Archiwa kategorii: Teatr

WOKÓŁ BRYDŻA KRZYSZTOFA MARTENSA

 

Znalezione obrazy dla zapytania omar sharif

Osób, dla których brydż stał się jedynym źródłem utrzymania, jest w świecie może kilkaset, ale raczej kilkadziesiąt. Wśród nich znajdujemy też grono Polaków. Lepiej zna ich słynny aktor Omar Shariff czy Bill Gates, najbogatszy człowiek świata, niż rodacy. Jedynym, który zdobywa popularność także w kraju, jest Krzysztof Martens, były podkarpacki szef SLD.
Żeby żyć z kart, trzeba mieć sponsora. Sponsorką barona Martensa była Arabka, żona ważnej osobistości w Libanie. Potrzebowała go przeciętnie tydzień w miesiącu, pozostałe trzy mógł więc poświęcić żonie i partii. To i tak więcej niż koledzy posłowie, którzy zaniedbywali działaczy terenowych, bo większość czasu spędzali w Warszawie. Jako niezależny finansowo – dzięki brydżowi i sponsorce – Krzysztof Martens nie zabiegał o rady nadzorcze, co w polityce jest już standardem. Ta niezależność pozwoliła mu też nie kandydować do Sejmu, a posłowanie jest przecież zajęciem śmiertelnie nudnym, zwłaszcza przesiadywanie na komisjach. Nigdy nie pracował na etacie.
Jak już wspomniałem pierwszą arabską sponsorką Martensa była żona dyrektora banku. Grali kiedyś turniej w Ammanie, gdy na salę wpadło trzydziestu uzbrojonych, zamaskowanych mężczyzn. Przeszukali wszystkich, sprawdzili, czy nigdzie nie ma bomby, przeprosili i wyszli. Okazało się później, że powodem tego całego zamieszania jest jeden z uczestników tego turnieju, którego babcia była z rodziny panującej, a wnuczek zapragnął kibicować sponsorce.
Kobiety w krajach arabskich są o wiele lepsze w grze od mężczyzn – twierdzi Krzysztof Martens. Mężczyźni wcześnie są wysyłani do polityki czy biznesu, a kobiety, żeby nie przeszkadzały – do angielskich lub amerykańskich uczelni.
Jego obecna sponsorka ma już dorosłe dzieci, mąż w domu bywa rzadko, więc ona rozpaczliwie się nudzi. Jednocześnie obyczajowe tabu nakazuje jej obracać się w środowisku, które nie rzuci cienia na dobre imię męża. Pewne znaczenie ma również fakt, że tatuś przed śmiercią zdeponował na jej koncie sto milionów dolarów. Sponsorka ma z odsetek wszystkiego cztery i pół miliona rocznie, więc czasem w grudniu musi oszczędzać i wtedy Martens jest luźniejszy.
Brydża ze sponsorką porównuje do jazdy samochodem z kimś, kto bezustannie wyrywa kierownicę. Musi być wystarczająco skoncentrowany, aby odbierać jej emocje i chwile wahania, nie widząc partnerki. Jest ona za zasłoną, a licytacja odbywa się za pomocą karteczek, głosu więc też nie słychać. Ze sponsorem bowiem nie grywa się u cioci na imieninach, ale w międzynarodowych turniejach, na które stawia się czołówka graczy. Na szczęście także ze sponsorami.
Do sponsora należy regulowanie rachunków za przeloty, hotele oraz pokrywanie wszelkich innych kosztów, także wpisowego na turniej. To istotne, zważywszy że w wielu europejskich turniejach otwartych nagrody nie są oszałamiające. Zwycięska para dostaje np. pięć tysięcy euro, do tego kilka mniejszych nagród, a 90 proc. uczestników gra tylko dla przyjemności, za którą ktoś musi zapłacić.
Marzeniem graczy jest mieć sponsora, który gra na poziomie nieuniemożliwiającym osiągnięcie jakiegoś wyniku – tłumaczy Tomasz Przybora, były partner Martensa. Jeszcze lepiej jest trafić do stajni.
Stajnia Lavazzy
Najbardziej znana w Europie jest stajnia Marii Teresy Lavazzy, żony jednego z dwóch braci, do których należy ponad połowa włoskiego rynku kawy. Gracze mówią, że jest rozsądna. Lubi grać, ale lubi też wygrać, więc nie rwie się tak do kart jak inni sponsorzy. W stajni można pograć, bo uciążliwość sponsora rozkłada się na kilku. Przybora, jako pierwszy Polak, jeszcze w latach osiemdziesiątych trafił do Teresy Lavazzy, potem sponsorowała też innych Polaków. Stajnię poznaje się po tym, że drużyna przy zielonym stoliku siedzi w garniturach z logo firmy, a suma punktów składa się na wygraną sponsora, nie zaś poszczególnych zawodników. Polacy, obok Amerykanów i Włochów, uważani są za najlepszych brydżystów na świecie. Łatwo znajdują sponsorów, zwłaszcza że turniejami brydżowymi bardzo interesują się polonusi.
Stajnie europejskie, jak Lavazzy czy Don Giovanniego, właściciela największej fabryki grappy, grają latami w tym samym składzie, a zawodnicy zaprzyjaźniają się ze sponsorem. – Sympatia jest ważna, bo wpływa na morale drużyny – zauważa Przybora. I na ewentualny dalszy kontrakt. Księżniczka Liechtensteinu od dwudziestu lat zaprasza polską ekipę na dwutygodniowy turniej w Deauville w Normandii. Swoją stajnię przywoził tam też Omar Shariff. Bardzo ambitny, ale zdaniem Martensa gra średnio. Ma jednak wystarczająco dużo pieniędzy, żeby wynająć najlepszych i w drużynie osiągać mistrzostwo.
O wynik w otwartych turniejach walczy się nie tylko dla skromnej często nagrody, ale żeby rzucić się w oczy potencjalnym sponsorom. Brydż przyciąga dobre towarzystwo, polityków, finansistów. Grywa w turniejach Bill Gates, ale żeby wygrać, musi mieć partnera lepszego od siebie. Krzysztofowi Martensowi w brydżu podoba się to, że jest demokratyczny. W tym środowisku ludzi traktuje się według tego, co potrafią.
Oni wiedzą, że ja nigdy nie zagram z nimi dla przyjemności, bo co to za przyjemność grać z patałachem – powiada. Żeby móc zagrać ze mną, muszą zapłacić. Wielcy tego świata, których stać na to, aby mieć wszystko w najlepszym gatunku, także fordansera do kart muszą mieć ekstra. Sami jednak nie są w stanie ocenić jakości nabywanego towaru. Dlatego towar musi mieć tytuł. Krzysztof Martens jest mistrzem Europy, zdobył też olimpijskie złoto wspólnie z Tomaszem Przyborą. Równie utytułowani są Adam Żmudziński, Cezary Balicki, Piotr Gawryś i kilku innych. Wszyscy w kwitnącym wieku byli. Nie mieli następców. Razem z nimi skończyła się epoka polskiego brydża.
Tytuły zdobywa się na olimpiadach i mistrzostwach zamkniętych, na które organizatorzy zapraszają zawodników imiennie. Sławę – w turniejach amerykańskich, w których gra toczy się głównie o punkty. Piotr Żak, którego wielu pamięta jako polityka AWS (był rzecznikiem Solidarności), mówi o sobie, że od trzydziestu lat jest brydżystą. Niestety, nie aż tak dobrym, aby z tego żyć. Żak z powodu kilkuletniego flirtu z polityką spadł do drugiej ligi. Swoją szansę, chyba już bezpowrotnie, zmarnował Marek Borowski, w czasach studenckich zapowiadający się na świetnego brydżystę. Czy dziś jeszcze gra?
Marzeniem Żaka było być zaproszonym do Ameryki na turniej typu Kalkuta. Zapraszają sześćdziesiąt najlepszych par z całego świata – wspomina Żak. – Z naszych na pewno łapie się Martens, Balicki, Żmudziński i Gawryś. Pary są potem licytowane przez bogatych ludzi na aukcji.
Licytacji nie należy mylić ze sponsoringiem, gdyż można do niej stanąć nie mając pojęcia o grze. Wystarczą pieniądze i pociąg do hazardu. Licytujący przyglądają się startującym w turnieju parom jak koniom na padoku. Stawiają pieniądze, aby mieć prawo do ich wygranej. Najdroższe pary idą nawet po 50 tys. dol., tańsze po kilka tysięcy.
Pieniądze z aukcji wędrują do puli – wyjaśnia Piotr Żak, który kibicował w turnieju, w którym pula z licytacji wynosiła milion dolarów. Jej część po zakończeniu dostają oczywiście zawodnicy, ale większość pieniędzy zgarniają – jak na wyścigach – obstawiający. Jeśli ktoś postawił na zawodników 18 tys. dol., a dzięki nim otrzymał 200 tys., to nazwisko jego, ale także zawodników, stanie się głośne. Dla graczy najważniejsza staje się nie nagroda, ale sława, dzięki której rosną ich szanse na hojnego sponsora.
Nieodłącznym elementem wszystkich rozgrywek jest wzajemne taksowanie zawodników i sponsorów. Mistrza takiego turnieju zaprosi na brydża jakiś bogaty Teksańczyk i zapłaci mu za to mnóstwo pieniędzy – przypuszcza Piotr Żak. Ameryka jest krajem krótkich związków gracza ze sponsorem. Umawiają się na wspólny udział w dwóch, trzech turniejach i do widzenia. To nie Europa, gdzie kontrakty przeradzają się niekiedy w wieloletnie przyjaźnie.
W parze do Las Vegas
Ale prawdziwe pieniądze zarabia się oczywiście w Ameryce. Za dosiad, jak mówią zawodnicy, czyli jeden turniej, można otrzymać od sponsora nawet kilkanaście tysięcy dolarów. Wcześniej nieraz drugie tyle musi on wyłożyć na wpisowe.
Krzysztof Martens grał w Ameryce przez rok, ale opuścił ją z przyjemnością. Nie znosi sytuacji, gdy mu przypominają, że jest tylko fordanserem. Dostał, bodajże w 1990 r., zaproszenie z bardzo elitarnego Coventige Club, że byliby zaszczyceni, gdyby je przyjął i udał się z nim do ambasady po wizę. Tam go zapytali o etat, którego nie miał i – wobec tego – czy w ogóle stać go na wyjazd. Martens, który akurat miał przy sobie kilka tysięcy dolarów, wyjął je z kieszeni i powiedział, że na drobne wydatki pieniądze zawsze ma przy sobie. Po czym uświadomił konsulowi, że to jest wyróżnienie dla jego kraju, iż on zdecydował się wziąć udział w tym turnieju. I że prosi o wizę tylko na siedem dni, bo dłużej tam nie wytrzyma. Jako jeden z pierwszych dostał dziesięcioletnią, z której przedłużeniem nie miał potem cienia kłopotu.
Przy brydżu spotykają się intelektualne, polityczne i finansowe elity świata, więc najbogatsze kasyna w Las Vegas zabiegają, żeby rozgrywki odbywały się właśnie w nich. Fundują nagrody, oferują zniżki w hotelach dla zawodników. Tutaj liczą się tylko pary, z Polaków głównie Balicki i Żmudziński. Gra jest ostra, bo każdy chce wygrać. Od wyniku turnieju zależą kontrakty na następny rok.
W Ameryce gra się w lipcu. Najpierw Miami, potem Vegas, Reno i Chicago. W styczniu brydżyści spotykają się na mistrzostwach Australii. Tam także brylują Polacy. U siebie jest Marek Borewicz, który wyemigrował w latach 80., a potem pomagał kolegom znajdować sponsorów. Ma dobrą rękę. Sam gra ze sponsorem, którego zdarza mu się obrzucić najgorszymi słowami, jeśli zepsuje robra. Australijczyk znosi to z pokorą. Najwyraźniej obaj uznają, że ma to zapisane w kontrakcie.
W lutym grało się w Kairze. Marzec to Trans Montana w Szwajcarii, kwiecień – Damaszek, a w maju dwutygodniowy turniej na Rivierze Francuskiej. W kalendarzach zawodowych brydżystów nie ma wolnych miesięcy. W dzień plaża lub narty, wieczorem karty, potem wytworne kolacje ze sponsorami.
W tym fachu nie utrzyma się ktoś, kto tylko rewelacyjnie gra w brydża. – Trzeba mieć maniery, umieć konwersować przy stole w kilku językach, jednym słowem, znaleźć się w towarzystwie – zauważa Tomasz Przybora. To wszystko ma dla sponsora większe znaczenie niż wydatek rzędu 200 tys. dol. Z fordanserem tańczy się nie tylko przy kartach, ale przez cały okres trwania turnieju.
Sponsorka Krzysztofa Martensa była zachwycona, gdy do jej podopiecznego podchodzą wielcy tego świata, których wcześniej znała tylko z gazet i mówią: „maestro” albo „how are you”, „pozdrowienia dla żony”. Martens dokonuje prezentacji i dzięki niemu ona też czuje się ważna. Poza tym to on rezerwuje hotele, załatwia szczegóły techniczne i bierze na siebie wszystkie organizacyjne kłopoty. Ona tylko płaci i, co najważniejsze, nie nudzi się.
Atrakcyjność towarzyska jest bardzo ważna, ponieważ takich znajomości jak zawarte przy brydżu nigdzie indziej nawiązać nie można. Tylko wtedy premierzy i bankierzy patrzą na gracza z niekłamanym podziwem. Te znajomości mogą się potem przydawać. Taki aspekt sprawy przy decyzji, czy kandydować do Parlamentu Europejskiego, bierze także pod uwagę Krzysztof Martens.
Znajomy z turnieju bardzo się też przydaje, gdy w domowym budżecie, na przykład przed świętami, potrzebny jest nagły dopływ gotówki. Może bowiem wprowadzić do klubu w Londynie czy Paryżu, w którym tacy jak on marzą, żeby pograć z mistrzem. W Londynie za całkiem spore pieniądze.
Zdarza się, że gracze umawiają się nawet na sto funtów od punktu – mówi bywalec. Woli wypowiadać się anonimowo, jak większość zawodowych brydżystów, gdy mowa o pieniądzach. – Jeśli przegram, a nie mam pieniędzy, klub zapłaci za mnie, bo – wpuszczając mnie – zagwarantował moją wypłacalność. Tyle że już w żadnym innym klubie na świecie nie zagram. Otwarte konto w klubach całego świata ma, znany także z upodobania do hazardu, Omar Shariff.
Żony zawodowych brydżystów źle znoszą koczowniczy tryb życia mężów i ich nocne wędrówki po lokalach ze sponsorami. Żona Martensa od początku wiedziała, co robi. Poznali się, kiedy już grał w karty. Piotr Żak pamięta, że już na studiach mówił, że będzie zawodowym brydżystą. Martensowie, dzięki kartom, miesiąc miodowy za komuny mogli spędzić w Paryżu. On wieczorami zarabiał na życie, a w dzień oglądali miasto i stać ich było na wytworny obiad w restauracji.
Po powrocie do kraju powiedziała – fifty, fifty. Połowę czasu możesz grać, ale połowa musi być dla rodziny. Dzieci w szkole nie przyznawały się, jak tata zarabia na życie. Mówiły, że jest trenerem. Nie biorą kart do ręki. Ostatnio sponsorka całą rodzinę zaprosiła do Libanu. Dostali limuzynę z szoferem i przewodnikiem, w komfortowy sposób obejrzeli kraj. W ramach „przyzwoitego pokrycia kosztów”, bo tylko tyle są brydżyści gotowi mówić o swoich zarobkach.
Czasem wynikają z tego drobne kłopoty. Jeden z nich kupował luksusowe auto dla żony i na wszelki wypadek chciał zaciągnąć w banku kredyt. Choćby po to, żeby odpowiedzieć, skąd miał pieniądze. Prosił znajomego w banku, żeby mu dali tylko na rok. – Stary, nie mogą, przy twoich dochodach musisz spłacać co najmniej przez trzy.
Z tego samego powodu zawodowcy, nieustannie jeżdżący po całym świecie, nie mają też kart kredytowych. – Nie mam zaufania do plastikowych pieniędzy – twierdzi Krzysztof Martens. – Pewnie gdybym chciał mieć kartę, tobym ją dostał. Kiedy ma oficjalne kontrakty, jak na przykład ten, gdy Turcy zapłacili mu 5 tys. zł za tydzień trenowania ich drużyny, skrupulatnie wpisuje je do PIT.
Zdaniem Piotra Żaka, wiele lat temu bardzo atrakcyjny finansowo był turniej brydżowy w Słupsku, organizowany przez Solidarność. Przyjeżdżała stajnia Lavazzy i cała polska czołówka. Można było wygrać Lanosa albo komplet mebli czy choćby odkurzacz. Teraz logo Solidarności straciło na atrakcyjności i niestety coraz trudniej o sponsorów. Może należałoby wrócić do starej tradycji, Prezydent Biedroń pewnie nie pamięta. Dziś w Słupsku są inne atrakcje, choćby krucjata różańcowa. Może Czarek Pazura na nią przybędzie i przy okazji zapowie grę w Czarnego Piotrusia.
W Pucharze Europy, który odbywał się w Warszawie, Martens startował w parze z Markiem Borowskim. Marszałek poprosił go do domu w celu omówienia konwencji. Po czym zauważył, że zgodził się z nim grać tylko dlatego, że Martens jest niżej w hierarchii partyjnej, więc nie może go opieprzać. Baron turniej zmilczał potulnie, zwłaszcza że gdy wreszcie złapali rytm, to zajęli drugie miejsce i wygrali koniak. Dziś jednak zauważa, że marszałek kartami nie zarobiłby na życie. Podobnie jak Jerzy Hausner, którego Martens miał podciągnąć, ale zrezygnował. Uznał, że łatwiej będzie nauczyć wicepremiera, aby czasem uśmiechał się do kamery, a nawet namówić go, by się przejęzyczył. Ciągle jednak ma szansę aktorka Renata Dancewicz, najlepsza zawodniczka w Polsce. Gdyby znalazła sponsora… Historia polskiego brydża kobiecego zna przypadki, gdy w karty wygrywano męża, który wcześniej był sponsorem. Polski biznes jeszcze nie odczuwa takiej potrzeby; grających sponsorów można policzyć na palcach. Wyrżnia się szef Computerlandu Tomasz Sielicki.
Piotr Żak, który przez kilka sezonów grał w pierwszoligowej drużynie brydżowej z Martensem, uważa, że złotą epokę polskiego brydża zawdzięczamy komunie. Wtedy z brydża żyły setki osób. Teraz już tylko kilka. Inni co najwyżej mogą dorabiać do pensji. Pierwszą polską zawodową drużyną byli przecież Czarni Słupsk.
Zawodnicy się nie starzeją
Do brydża garnęli się utalentowani młodzi ludzie, którzy mogli być świetni w innym fachu – zauważa Tomasz Przybora. Ale w Polsce tylko brydż otwierał świat i stwarzał możliwość zarobienia wielkich, jak na owe czasy, pieniędzy. Bo na sukcesach Polaków w sporcie zależało także państwu. Stan wojenny zastał Przyborę w Paryżu, z którego jednak – ze względu na rodzinę – wrócił. Ale już w lutym był na turnieju w Monte Carlo. Przed bananowym studentem Martensem stawał na baczność sekretarz w Rzeszowie, kiedy z Warszawy zadzwonili, że ma się stawić na mistrzostwa. Do brydża z uczelni uciekali wybitnie zdolni młodzi naukowcy. Świetny matematyk, teraz ciągle zawodowy brydżysta, Jerzy Klukowski, Stefan Doroszewicz, Cezary Balicki, Łukasz Lebioda, który jednak rzucił karty i zdecydował się na karierę naukową w Stanach Zjednoczonych. Dobrze zapowiadający się architekt Piotr Gawryś ani dnia nie przepracował w swoim fachu.
Paszporty leżały w szufladzie Polskiego Związku Brydżowego, państwo finansowało ich wyjazdy. Oni mieli tylko wygrywać. I wygrywali. Zanim jednak zdobyli tytuły i sponsorów, posilali się w hotelach zabranymi z kraju puszkami i kiełbasą myśliwską, popijając kolację kranówą. Przez pierwsze lata krezusami byli tylko w domu.
Nowe przyszło, kiedy już mieli pewne oszczędności. Krzysztof Martens zainwestował je w jont venture z kolegą z Francji. Założyli w Rzeszowie sieć sklepów i początkowo interes kręcił się doskonale. Dziś baron nie chce o tym mówić, ale w Rzeszowie można usłyszeć, że jego biznes padł pod ciosami proboszcza, który spowodował odebranie mu licencji na handel alkoholem. Epizod kapitalistyczny był krótki i nie odbił się na karcianej karierze Martensa.
Tomasz Przybora z przykrością zauważył, że pieniądze, które zarabiał na brydżu, gwałtownie straciły na wartości w kraju. Maria Teresa Lavazza, z którą przez lata zdążył się zaprzyjaźnić, zaproponowała mu wejście do jej interesu. Miał w Polsce otworzyć firmę handlującą małymi ekspresami do kawy marki Lavazza. Warunki oferowane przez sponsorkę były bardzo korzystne.
Wziąłem wspólnika, żeby biznes za bardzo nie przeszkadzał mi w kartach – przyznaje Przybora, który wkrótce jednak zauważył, że firma puchnie i musi jej poświęcać coraz więcej czasu. W końcu musiał wybierać. Jako jedyny z brydżowej czołówki przeszedł do biznesu i to z powodzeniem. Jego Dyspensa, do której z powodu dobrej kuchni często przychodzą koledzy od zielonego stolika, jest tylko małą odnogą kawowego interesu. Na turnieje do Deauville jeździ już za swoje. W brydża nie przestaje się umieć grać, ale żeby zachować mistrzowską formę, trzeba grać ciągle. Przybora, obecnie mistrz kuchni w Dyspensie, przy kartach jest już tylko podkuchennym.
Krzysztof Martens pociesza się, że brydżyści się nie starzeją. Najlepsza para amerykańska właśnie zdobyła mistrzostwo świata w Monte Carlo, a obaj zawodnicy mają już koło sześćdziesiątki. – Młody zawodnik ma umysł bardziej błyskotliwy, ale gdy popełni błąd, to nie może się z nim pogodzić i to go dekoncentruje, więc popełnia kolejne – wyłuszcza były baron podkarpacki. – Rutyniarz popełnił ich już setki, ma szansę wygrać z młodym dzięki sile spokoju.
Martensa jego koledzy nazywają romantykiem, który świetnie pilnuje własnych interesów. Zazdroszczą mu, że wstrzelił się w kraje arabskie, choć równie dobrze potrafi grać ze sponsorem z Izraela.
Gawrysia, który gra na rynku amerykańskim, ale zmienia partnerów, nazywają modliszką. – Żeby mieć dużo adrenaliny, żywi się ich błędami – mówi jeden z nich. – Ciągle je wytyka, niszczy psychicznie. Para Balicki-Żmudziński balansuje na granicy depresji.
Nić między partnerami brydżowymi jest silniejsza niż w niejednym małżeństwie – twierdzi zawodowiec. – Gra o bardzo wysokie stawki, obawa, że można stracić kontrakt na następny rok, powodują nieustanny stres. Każdy błąd prowokuje wybuch emocji i kłótnię jak w starym małżeństwie. A ponieważ w brydżu na tak wysokim poziomie trudno jest powiedzieć, kto komu nadepnął na nogę, czołowe światowe pary serdecznie się nienawidzą. Kiedyś wszedłem z mistrzem świata do restauracji, w której przy posiłku siedział jego partner. Przeklął i zmieniliśmy lokal.
Po co grają, skoro tak ich to spala? – Bo wszystko inne będę robić tylko gorzej – przypuszcza Tomasz Przybora. – Przecież nikt się nie dziwi, że Fischer nie rzuca szachów, aby otworzyć pizzerię.
Złota epoka polskiego brydża skończyła się wraz z jej mistrzami. Nie dlatego, że zdolni młodzi ludzie nie pasjonują się już kartami, ale że nie ma w nich kto zainwestować, żeby mogli zmierzyć się z mistrzami. Zawodowcy niechętnie grywają w coraz popularniejszym wśród brydżystów Internecie. Zbyt dużo czasu zabiera im odpowiadanie na pozdrowienia wielbicieli i znajomych. Przeważają stare nawyki, a ostatnio na brydżowym rynku pojawili się atrakcyjni sponsorzy rosyjscy.

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

CHŁOPCY Z PLACU BRONI

Podobny obraz

/…Chłopcy z Placu Broni (węg. A Pál utcai fiúk) – powieść węgierskiego pisarza Ferenca Molnára, która ukazywała się od 1906 w odcinkach w gazecie Tanulók Lapja (węg., dosł. Gazetka uczniowska), a w 1907 jako książka pt. A Pál utcai fiúk (węg., dosł. Chłopcy z ulicy Pawła, przyległej do placu Broni).
Akcja powieści rozgrywa się wiosną 1889 roku w Budapeszcie, stolicy Węgier. Oś fabuły stanowią walki o tytułowy plac pomiędzy dwiema grupami chłopców. Grupa broniąca swego rzekomego prawa do placu określa siebie jako Chłopcy z Placu Broni, natomiast ich przeciwnicy, chcący zająć teren, by grać na nim w palanta, to Czerwone Koszule (w pierwszej wersji polskiego tłumaczenia nazwa grupy, wywodząca się od nazwy uczestników wyprawy Giuseppe Garibaldiego na Sycylię, brzmiała błędnie Czerwonoskórzy). Przywódcą pierwszej grupy jest Janosz Boka, zaś jej najmniej poważanym członkiem Ernest Nemeczek (główny bohater książki); przywódcą drugiej jest Feri Acz, a członkami m.in. Sebenicz, bracia Pastorowie i Wendauer.
Powieść przedstawia serię heroicznych wyczynów Ernesta Nemeczka, w wyniku których bohater zapada na zdrowiu – najpierw przeziębia się po tym, jak podczas przeszpiegów ukrywa się w basenie, następnie dostaje zapalenia płuc po „kąpieli”, jaką serwuje mu wroga drużyna, gdy samotnie próbuje się zakraść na jej terytorium. Mimo choroby w dniu decydującej bitwy chłopiec ucieka z domu i bierze udział w walce, ostatkiem sił przyczyniając się do zwycięstwa swojej grupy. Zostaje zaniesiony do domu przez swego przywódcę (Bokę) i niedługo później umiera. Przed domem Nemeczka Janosz Boka spotyka Feriego Acza, zaniepokojonego o stan zdrowia chłopca.
Ostatecznie Plac Broni zostaje sprzedany pod budowę domu. Zgnębionych chłopców pociesza fakt, że Nemeczek, który oddał za niego życie, nie dożył chwili sprzedania Placu Broni.
Interesującym zagadnieniem w interpretacji „Chłopców z Placu Broni” jest relacja książki do idei nacjonalistycznych, popularnych na przełomie XIX i XX wieku na Węgrzech, podobnie jak w całej Europie. Bohaterowie mówią o sobie jako „armii” broniącej swojej „ziemi” bądź też „ojczyzny”, a wartością, która zdaje się dla nich najważniejsza, jest wierność „sprawie”, mającej charakter nieomal narodowy, nawet jeśli wymaga ona ofiary życia.
Powieść często bywa czytana jako propagująca tego typu system wartości, jednak można ją również interpretować jako satyrę na europejski nacjonalizm i mroczne przeczucie nadchodzącej I wojny światowej, która wybuchła kilka lat po publikacji.

/…Wielka bitwa o Plac Broni rozegrała się w piękny, słoneczny dzień. Chłopcy pod wodzą Janosza Boki zajęli ustalone pozycje – niektórzy z nich umacniali fortece, inni zajęli się produkcją bomb z błota i piachu. Kilku wartowników siedziało na pobliskim płocie, by móc już z daleka dojrzeć zbliżające się oddziały wroga i w porę ostrzec swoich.
Około godziny drugiej po południu Boka przy pomocy swego adiutanta Kolnaya zarządził ostateczny przegląd wojska. Później zajął miejsce dowódcy na dachu budki stróża, by stamtąd przez lornetkę obserwować przebieg wypadków.
Nadejście „Czerwonych Koszul” oznajmił dźwięk trąbki. Bitwa rozpoczęła się.
Wróg podzielił swoje siły na dwie grupy. Pierwsza uderzyła od ulicy Marii, dowodzona była przez starszego z braci Pastorów. Część chłopców z Placu Broni wyszła im naprzeciw, lecz po chwili zgodnie z planem Boki walczący udali, że uciekają przed napastnikami. „Czerwone Koszule” ruszyły za nimi w pościg, lecz tamci ukryli się w wozowni i w budce stróża – Słowaka.
Boka wydał komendę do ataku. Ukryci w fortecach chłopcy zaczęli bombardować wrogów błotem, reszta sił czekała na kolejne rozkazy…/.
Ferenc Molnar ma dziś swoich politycznych naśladowców, w bitwie o Plac Piłsudskiego w Warszawie.

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

nie da się słuchać muzyki Jana Kaczmarka mając do dyspozycji ucho drewniane.

Powściągliwość w wydawaniu sądów, to dziś rzadka cecha. Ten kamień biblijny często jest nadużywany. Zanim rzucisz w kogoś słowem, należy sprawdzić, jakimi głazami patrzysz na kogoś, kto przed tobą stoi.
Kiedy myśl jest prosta i znana nam z obiektywnych formuł, odbiór intencji trudności nie nastręcza. Inaczej jest natomiast, kiedy spotykamy się z myślą twórczą, nie odpowiadającą żadnej z formuł obiegowych. Obserwator i słuchacz w jednym musi nieraz pokonać duże intelektualne trudności w rekonstrukcji intencji, którą nadaje bądź też odbiera, a której czasami pojąć nie potrafi z uwagi na swoje ograniczenia w percepcji swego zmysłowego postrzegania. Prymitywnie myślący słuchacz i odbiorca nie domyśli się co do niego dociera. Przypisuje winę swego niezrozumienia innym osobom, wzbudzając w sobie przekonanie, że to obcy mówią rzeczy ciemne i nierozsądne i że wszyscy są dziwakami, tylko nie on.
Przyczyną takiego rozumowania może być defekt intelektualny, braki w dziedzinie wykształcenia (informacji). Krótko mówiąc, nie da się słuchać muzyki Jana Kaczmarka mając do dyspozycji ucho drewniane.
Chcąc rozmawiać swobodnie z Einsteinem, na tematy, które były jego umysłową zdobyczą, trzeba znać się na fizyce i matematyce, gdy owej wiedzy nam brakuje odbiór będzie bajką, o Czerwonym Kapturku, bądź innym PiS-owskim koszmarem, który suweren na długie lata nam zafundował, biorąc za swoje, wodolejstwo pana prezesa i jego przybocznych wilków żelaznych. Umiaru i ostrożności zabrakło niestety i mamy to co mamy w tym szerokim horyzoncie historycznych doświadczeń suwerena. Gdyby ów „prymitywizm“, o którym wspominałem, był malarskim kierunkiem, to by było jeszcze pół biedy. Ale tak nie jest. Ów prymitywizm dotyczy niestety umysłów prymitywnych w zbiorowym owczym sposobie myślenia, w którym owca czarna odgrywa dominującą rolę. Kto żyje zamknięty w takim kręgu, może być bardzo sprytny, przebiegły i zaradny, ale nie jest nim człowiek inteligentny. To są owi „straszni mieszczanie“, o których tak mówi Tuwim:
/I oto idą zapięci szczelnie.
Patrzą na prawo, patrzą na lewo –
A patrząc – widzą wszystko oddzielnie;
Że dom… że Staszek… że koń… że drzewo…/

Zebrał i dodał swoje dwa grosze – Mreck

„Quod non fecerunt barbari, fecerunt Barberini“. Kamyczkiem do ogródka.

Znalezione obrazy dla zapytania urban viii

Urban VIII (łac. Urbanus VIII, właśc. Maffeo Barberini; ur. pod koniec marca lub na początku kwietnia 1568 we Florencji, zm. 29 lipca 1644 w Rzymie) – włoski duchowny katolicki, 235. papież w okresie od 6 sierpnia 1623 do 29 lipca 1644 roku.
W 1633 Urban VIII przyjął uroczyste poselstwo kanclerza wielkiego koronnego Jerzego Ossolińskiego. W jej wyniku papież zaakceptował scedowanie na nuncjusza apostolskiego swych uprawnień do rozpatrywania apelacji, ale nie zaakceptował polityki tolerancji religijnej ani nie udzielił subsydiów pieniężnych na walkę z Turcją, Moskwą i Szwecją. W latach 1636-1642 doszło do ostrego konfliktu króla Władysława IV Wazy z nuncjuszem Mario Filonardim, który oskarżał króla o sprzyjanie protestantom. W 1642 król aresztował nuncjusza i zmusił go do wyjazdu. Papież wziął w tym konflikcie stronę nuncjusza, jednak ostatecznie został zmuszony do uznania faktów dokonanych i odwołania go z placówki.
W 1629 Urban VIII mianował kardynałem Jana Alberta Wazę, syna króla Zygmunta III i brata jego następcy Władysława IV. Z uwagi na młodociany wiek królewicza jego nominację ogłoszono jednak dopiero trzy lata później.
W 1642 papież potępił tezy flamandzkiego biskupa Corneliusa Jansena, uznając jej za heretyckie. Stanowiło to początek trwających ponad sto lat kontrowersji wokół herezji jansenizmu.
Za jego pontyfikatu doszło do zawarcia unii z częścią kościoła ormiańskiego w Rzeczypospolitej (5 marca 1635). Na czele unitów stanął ormiański abp Lwowa Mikołaj Torosowicz.
W 1633 doszło do ponownego procesu astronoma Galileusza, oskarżonego o popieranie teorii heliocentrycznej mimo nałożonego na niego zakazu z 1616. Naukowiec, uprzednio protegowany Urbana VIII, został skazany na areszt domowy. Choć u podstaw procesu leżały najprawdopodobniej urazy osobiste papieża względem uczonego, który obraził go w jednej ze swych prac, miał on bardzo negatywny wpływ na postrzeganie stosunku Kościoła katolickiego do nauki. W 1992 papież Jan Paweł II oficjalnie zrehabilitował uczonego.
Urban VIII ogłosił, że teorie Mikołaja Kopernika, to większe zło „aniżeli teorie Kalwina i Lutra“. Luter również krytykował Kopernika. Pisał o tej krytyce w swoich „rozmowach przy stole“. Dzieła swe dedykował papieżowi Pawłowi III.
Urban VIII jeszcze jako kardynał dał się poznać jako patron sztuk. Na jego zlecenie (oraz jego krewnych) pracowali m.in. Giovanni Lorenzo Bernini, Pietro da Cortona czy Carlo Maderna. Wybudował potężną barokową rezydencję rodową przy Quattro Fontane. Rozpoczął budowę rezydencji papieskiej w Castel Gandolfo. Wykończył i konsekrował nową Bazylikę Watykańską (18 listopada 1626). Jednakże sposób, w jaki doprowadził on budowę Bazyliki do końca, budził kontrowersje, albowiem rozkazał wykorzystać w tym celu materiały z antycznych rzymskich budowli, zwłaszcza Panteonu. Anonimowy krytyk tego bezceremonialnego plądrowania pomników antyku skomentował to słynnym do dziś powiedzeniem Quod non fecerunt barbari, fecerunt Barberini („Czego nie zniszczyli barbarzyńcy, zniszczyli Barberini”).
Urban VIII sfinansował także wiele inwestycji w obronność Państwa Kościelnego, m.in. ufortyfikował port Civitavecchia, zbudował fort Castelfranco i umocnił Zamek Świętego Anioła w Rzymie.
Papież i kardynał Francesco byli też protektorami uczonych, m.in. historyków Ferdinando Ughelli i Felice Contelori, a początkowo także astronoma Galileusza. Potężne zbiory książek i manuskryptów zebrane przez przez papieża i kardynała dały początek Bibliotece Barberinich.
Nazywany papieżem-poetą, był ceniony jako autor dytyrambów łacińskich. Jako poeta był opiewany przez Macieja Kazimierza Sarbiewskiego, „chrześcijańskiego Horacego”. Papież w rewanżu nadał mu tytuł poeta laureatus.

Zebrał – Mreck

to się dzieje tu i teraz

Znalezione obrazy dla zapytania przygody franciszka villona

Boy-Żeleński był wizjonerem, kiedy pisał tekst: /Przygody Franciszka Villona w kraju okupowanym/. Kim był ów Franciszek?
(…) Lata poprzedzające rok 1431 – datę urodzenia Franciszka Villona – stają się dobą najgłębszego upadku politycznego i ekonomicznego Francji, najechanej przez Anglików, pustoszonej rabunkami i pożogą, zarazą i kontrybucjami, słowem wszystkimi klęskami, jakie wiodła za sobą długoletnia wojna. W tej to epoce, w roku, w którym spalono na stosie w Rouen Dziewicę Orleańską, urodził się w domy paryskich nędzarzy przyszły włóczęga, bandyta, sutener i złodziej, który część życia przepędzał w więzieniach, a cudem jedynie uniknął szubienicy, a który dziwną igraszką losu miał się stać, obok tej wielkiej patronki Francji, jedynym świetlnym punktem owej posępnej epoki.
To okoliczności przyjścia na świat Franciszka Villona, które przedstawia Tadeusz Boy-Żeleński, tłumaczył On /Wielki testament/, w nie mniej interesującym czasie: służąc jako lekarz podczas I wojny światowej. Na wstępie dodajmy, że sławne nazwisko Villon zostało przybrane przez poetę od jego nauczyciela i wychowawcy – kanonika przy klasztorze św. Benedykta, Wilhelma de Villona. Autor /Wielkiego testamentu/ naprawdę nazywał się Franciszek de Montcorbier lub des Loges. O jego prawdziwym ojcu wiemy tylko tyle, że zmarł wcześnie, osierocając małego Franciszka.
Boy-Żeleński pisze, że pewnego dnia przyszła mu chęć nieodparta, aby cała Polska święciła pięćsetlecie urodzin Villona, o którego istnieniu – w znakomitej większości  – nigdy nie słyszała. Boy postanowił pojechać po Polsce ze swoim odczytem, wyznaje, że lubi od czasu do czasu zajrzeć do oczu swojej publiczności. Autor wspomina, że dotąd „zwilonizował“ 24 miasta. Warszawę (z recydywą); Łódź, Kielce, Katowice, Sosnowiec… (w Bielsku odmówiono mu sali). Dalej Tarnów (gdzie omal nie powtórzył przygody gogolowskiego rewizora, wzięty przez miejscowe władze za komisję ministerialną, zdarzenie to opisał w innym miejscu. I inne miasta, których było wiele, by do ludzkiego rozsądku docierać ze swym odczytem w Polsce ówczesnej. Był także i Lwów, w którym od rana chodziły groźne wieści, że odczyt ma być zerwany, autor pobity i przepędzony z miasta. Nic takiego się nie stało, poza szemraną propagandą. Wieczorem sala przepełniona, komisarz policji bardzo się troska ilością dostawionych krzeseł. Boy go pyta, co mu to szkodzi? „Proszę pana – odpowiada dobrodusznie – krzesło normalne jest do podłogi przymocowane, a krzesłem dostawionym można w łeb dostać.“
W Gdyni miejscowa prasa starała się neutralizować odczyt Żeleńskiego na różne sposoby, tak, aby ten wróg Kościoła wypadł blado. „Boy miał być w Gdyni wygwizdany i obrzucony nawet jajami, ale że jedna z czołowych osobistości interweniowała wśród wzburzonej młodzieży, aby zaniechała podobnego czynu, nie licującego z godnością katolika… „Gazetka stwierdza na pociechę, że „mimo że udział publiczności był dość liczny, były to tylko elementy napływowe, które w imprezach religijnych (?) udziału nie biorą. Na szczęście ludność kaszubska na odczyt nie poszła, czym dała dowód, że zwolennicy rozwodów nie mają u nas nic do szukania.“
Kończąc ten urywek z /elementem napływowym/, chciałoby się zapytać. Skąd my to znamy?

To się dzieje tu i teraz!!!

Zebrał i swoje dwa grosze wtrącił – Mreck

ingres na Wawelu

Muskata

Homilia – rodzaj kazania, którego treść oparta jest na wybranych czytaniach liturgicznych. Jej celem jest objaśnianie wybranego na dany dzień fragmentu Pisma Świętego w kontekście okresu liturgicznego, całego Zbawienia, sytuacji społecznej i politycznej.
W trosce o historyczne fakty zobaczmy więc, co w śniegu piszczy na dzień dzisiejszy w kalendarzu gregoriańskim, który w spadku po sobie, w trosce o ludzkie zasoby, bullą Inter gravissimas darował nam w 1582 r., papież Grzegorz XIII. Dziś jego następca, pomazaniec samego Chrystusa jakimi są wszyscy papieże, oprócz tych wszystkich, których Kościół nie uznaje, bo byli antypapieżami papieży słusznych, do których zalicza się papież Polak, Jan Paweł II Wielki, jak dziś go nazwał dzisiejszy Metropolita krakowski, z woli papieża Franciszka, ks. abp Marek Jędraszewski. Wielkość papieża JP II jest tak ogromna, że można zaryzykować stwierdzenie, iż Katedra Wawelska po homilii ks. abpa Marka, stać się może drugim Watykanem, dla całego świata. Nasi rządzący i cała polska hierarchia kościelna, abp-owi bili gromkie brawa po jego namaszczeniu na duszpasterza krakowskiej metropolii.
Dziś jeszcze nie napiszą, ale być może już jutro będzie wzmianka o abp-ie Marku Jędraszewskim z Poznania w Kalendarium. Napiszą w nim, ten, który 28 stycznia 2017 r., objął pasterską misję nad archidiecezją krakowską po wielu jej zacnych i mniej chwalebnych krakowskich arcykapłanach. Do tych drugich należał zapewne bp Jan Muskata
http://ciekawostkihistoryczne.pl/2014/07/29/najwiekszy-wrog-polski-gdyby-temu-biskupowi-sie-udalo-dzisiaj-mowilibysmy-po-czesku/.
Z owym biskupem krakowskim walczył Władysław Łokietek zwany Małym Księciem. Walczył o swoje wpływy w Krakowie i zjednoczenie państwa polskiego. Temu dobroczyńcy miasto Tarnów wystawiło pomnik przy ulicy Wałowej.
Król Bolesław Śmiały z  sitwą Palatyna Sieciecha, również walczył, ale polityczni wrogowie króla, zdołali go pokonać i wygnać z kraju.
Abp Marek Jędraszewski zręcznie omijał niewygodne dla siebie szczegóły z historii Kościoła i państwa polskiego. Relikty naszej przeszłości żyją na Wawelu własnym życiem ich postaci spoczywający w katedrze wawelskiej. Jest wśród nich król Kazimierz Jagiellończyk musiał brać na swoją klatę w grobie, wszystko to, o czym mówił arcybiskup. Namawiam w tym miejscu krakowskiego reżysera Jana Klatę, dyrektora Narodowego Teatru Starego im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, by z tego dzisiejszego Ingresu zrobił sztukę teatralną, albo jakiś pastisz, o biskupie Jędraszewskim, zanim Jana pan minister kultury zdejmie ze stanowiska. Motywu sztuki nie będę podsuwał, bo jest ich tyle, że sam Gogol by ich nie wyczerpał biorąc je z naszej najnowszej i tej zamierzchłej historii Kościoła, za którą Jan Paweł II zdążył przeprosić. Tadeusz Kantor je poruszał, inni też o nie się potykali mając na myśli suwerena, z którego woli dzisiejsza kościelno-polityczna partia nami rządzi. Partia, która prawo i sprawiedliwość ma głęboko w poważaniu, by nie użyć bardziej dosadnego słowa.
LITURGIA DZIEJÓW, tak nazwał dziś swoją homilię abp Jędraszewski. Mówił o naszych trzech poetach w których moc wielka drzemie. Ja bym wymienił jeszcze Bolesława Leśmiana, ale widocznie sekretarz biskupa zapomniał nanieść korektę w tekście homilii.
W tej kolejce pasterskiego czuwania, albowiem czuwanie było głównym motywem kazania, arcypasterz Jędraszewski wspominał o swoich poprzednikach, i tych którzy na Wawelu spoczywają. Niczym w apelu, wymienił tylko trzy postaci pochowane w wawelskich grobowcach. Wspomniał o apostacie Marszałku Józefie Piłsudskim, który z miłości do Marii Juszkiewiczowej przeszedł na wiarę protestancką, o gen. Władysławie Sikorskim, który zginął na Gibraltarze w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach, by na końcu wspomnieć o prezydencie Lechu Kaczyńskim, który w opinii arcybiskupa dorównał swoim poprzednikom w dziele budowania Polski niepodległej.
Zatrzymam się jeszcze przy Piłsudskim, obok którego spoczywa Lech Kaczyński. Ocena faktu apostazji marszałka dokonywana przez niektórych duchownych katolickich jest bardzo surowa: „Piłsudski świadomie opuścił Kościół Katolicki – i równie świadomie przeszedł do Kościoła protestanckiego. Przepisy wiary katolickiej nie pozwalają na oddawanie podobnym jednostkom rytu modłów publicznych zastrzeżonych wyłącznie dla wyznawców wiary katolickiej. A więc: Nie wolno Piłsudskiemu oddawać rytu modłów publicznych ze strony czy to kleru czy też laikatu katolickiego”. Msza żałobna za marszałka jest więc niedopuszczalna. W 1937 roku wystąpił tzw. Konflikt Wawelski: z powodu formalnego luteranizmu marszałka, przeniesiono trumnę Józefa Piłsudskiego pochowanego na Wawelu z krypty św. Leonarda do krypty pod Wieżą Srebrnych Dzwonów (też na Wawelu).
Arcybiskup wspomniał o relacji cienia i światła i wolnej woli człowieka, by między cieniem, a światłem były w niej właściwe proporcje. Relacje człowieka z człowiekiem będą wówczas czytelne, ale niestety nie są, bo człowiek lubi ściemniać. Przykładem jeden z naszych obecnych ministrów, w hierarchii kościelnej też by się znaleźli. Podkreślił, by za wszelką cenę bronić życia poczętego i bronić królestwa Chrystusa w naszym narodzie, i że wolność nie jest dana raz na zawsze, że trzeba zdobywać ją codziennie.
Czy wolność i zdolność czuwania utracił abp Stanisław Wielgus? – Wiele żalu ks. abp. Stanisław Wielgus miał do ówczesnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Abp przyznaje, że „faktem jest, iż Lech Kaczyński stał się jego nieprzyjacielem i bardzo mu zależało, żeby nie został arcybiskupem warszawskim”.
https://prawy.pl/7887-ks-abp-stanislaw-wielgus-to-byly-naciski-na-lecha-kaczynskiego/
https://wirtualnapolonia.com/2013/02/21/stanislaw-wielgus-czlowiek-ktory-wystraszyl-elity/
Trud trwania w koronie cierniowej Chrystusa, bywa czasami bardzo bolesny.
Św. Tomasz z Akwinu, dr Kościoła, o którym dziś wspominał abp Jędraszewski napisał:
– „Kobieta, to zwierzęca niedoskonałość“. Być może kobieta Tomasza z Akwinu, podła była.

Mreck

Reflektorem w mrok–nasi okupanci.

DSC07251

Patron ulicy, to również zbiorowy obowiązek jej mieszkańców. Niestety, nie wszystkie ludzkie zasoby stosują się do niego, dlatego też przypominam. Mieszkam na Westerplatte skąd Tarnów z ulicą Boya Żeleńskiego mam na wyciągnięcie ręki.
Tadeusz Żeleński, znany powszechnie pod pseudonimem Boy, był niezwykle bogatą indywidualnością twórczą. Obok poezji i satyry oprawiał publicystykę, był mistrzem eseju i felietonu, pisał szkice, studia naukowo-literackie, recenzje teatralne i krytyki, a jego działalność jako tłumacza, to prawdziwy fenomen iście benedyktyńskiej pracowitości, połączonej z najwyższą sztuką translatorską – sztuką pięknego przekładu.
Data urodzenia Mistrza Tadeusza jest ważna, bo bez narodzin Boy’a kultura polska wiele by straciła. A więc Tadzio Żeleński, jeszcze nie Boy, urodził się zaraz przed świętami Bożego Narodzenia w dniu 21 grudnia 1874 roku w Warszawie, jako syn znanego kompozytora Władysława Żeleńskiego. Po ukończeniu gimnazjum św. Anny w Krakowie studiował medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim, po czym wyjechał na dalsze studia do Paryża.
Po kilku latach wrócił do Krakowa i objął funkcję asystenta w uniwersyteckiej klinice chorób dziecięcych. Był także przez sześć lat lekarzem kolejowym. Medycyna nie zdołała zatrzymać Żeleńskiego przy sobie – poświęcił ją dla literatury.
W Krakowie, po wyczerpującej pracy w klinice, wyrywał się do teatru, literackich kawiarni i malarskich pracowni, do gorących dyskusji o nowej sztuce, toczonych w burzliwej atmosferze charakterystycznej dla nurtu Młodej Polski. Zapewne nie podejrzewał wówczas nikt, że ten tak świetnie zapowiadający się lekarz stanie się jednym z najdowcipniejszych ludzi w Polsce, że cała epoka polskiej moderny z najdzie w nim swego kronikarza i satyryka, że będzie znakomitym tłumaczem i literatem o najostrzejszym w kraju piórze.
Działalność literacką rozpoczął Boy od lekkich, pełnych humoru wierszyków i piosenek satyrycznych, pisanych dla krakowskiego kabaretu artystycznego „Zielony Balonik“, a zebranych i wydanych w roku 1913 w tomie pt. „Słówka“.
Słówka Boya były właśnie owym „nabojem śmiechu“, wymierzonym w stary, czcigodny Kraków dewotek i kadzidlanych oparów, scudzoziemczałych hrabin, kamieniczników i właścicieli mieszczańskich handelków, w Kraków narodowych pamiątek, patriotycznych obchodów, pogrzebów, jubileuszy i tęsknot za c. k. Wiedniem. Były uderzeniem w miasto nadętych urzędniczych wielkości, hofratów i szambelanów austriackiego dworu, w ten gród arystokratycznego blichtru, tytułomanii, rautów, jour fixe’ów i przysłowiowej galicyjskiej biedy.
Całe to arystokratyczno-mieszczańskie kołtuństwo znalazło znalazło się na cenzurowanym, ośmieszone i wykpione do cna w szydliwych wierszach, piosenkach i kupletach Boy’a.
Żywot „Zielonego Balonika“ był krótki. Po kilku latach milknie jego śmiech, przygłuszony okrzykami oburzenia i zgrozy całej galicyjskiej konserwy, która rozdzierała szaty z powodu „szargania świętości“ przez zuchwałych bywalców „Jamy Michalikowej“ – „Cukierni Lwowskiej“ w Krakowie, przy ul. Floriańskiej, od nazwiska właściciela Jana Apolinarego Michalika.
W 10 tomach „Flirtu z Melpomeną“ (1920-1932) Boy recenzuje świat teatru wystawianych wówczas spektaklach w Krakowie i Warszawie. Przewietrzył starą uniwersytecką polonistykę wnosząc do niej nowe spojrzenie chociażby o Aleksandrze Fredrze i o Mickiewiczu, rzucając snop jaskrawego światła na twórczość mistrza polskiej komedii i dziedziny życia wieszcza narodowego.
Jego szkice o Przybyszewskim, Wyspiańskim, Żmichowskiej, Wojtkiewiczu, Grottgerze i Żeleńskim-ojcu, zebrane w tomie „Ludzie żywi“ (1929) – są cennym przyczynkiem do poznania osobowości tych twórców.
Boy, reprezentant kierunku liberalno-mieszczańskiego rozwijał jego najcenniejsze pierwiastki. Jest również wychowankiem francuskiego racjonalizmu poszukującym w dziele sztuki przede wszystkim społecznego sensu, tropiąc jego ideę, poddawał ocenie rolę, jaką dany utwór pełnił w odwiecznym pochodzie ludzkości ku postępowi. Kołtuństwa i wstecznictwa Boy nienawidził całym sobą, przez dziesiątki lat toczył boje z polskim „Ciemnogrodem“. Opluwany, szkalowany, narażony na tysięczne szykany ze strony polskiej reakcji. Nie był nigdy głuchy na bolączki życia społecznego w burżuazyjnej Polsce. W roku 1929 publikuje tom pt. „Dziewice konsystorskie“, a w 1930 roku „Piekło kobiet“. Porusza w nich problemy świadomego macierzyństwa, bije na alarm w obronie praw kobiety, żony i matki, piętnuje zastarzałe, krępujące jej rozwój normy i obyczaje, na których straży stoi ambona. Wywołało to nową falę ataków na Boy’a poglądy. Prasa różnych odcieni prześcigała się w oczernianiu Żeleńskiego, który odważył się zadrzeć z całą potęgą polskiej kołtunerii. Boy replikuje pisząc „Jak skończyć z piekłem kobiet“ (1931), w rok później publikuje nowy utwór „Nasi okupanci“, w której zaatakował główny bastion polskiego wstecznictwa, reakcyjny kler. Nie było też chyba wówczas w Polsce człowieka bardziej przez te koła znienawidzonego. Bojkotowano jego odczyty, nie dopuszczano jego książek do bibliotek i do czytelni, piętnowano ludzi mających odwagę je czytać i propagować myśl Boy’a. Podżegano przeciw niemu z kazalnic, nie było oszczerstwa, którego by na niego nie rzucano, obelgi której by na niego nie ciśnięto.
Również w kręgach liberalno-inteligenckich, miał Boy zaciętych wrogów – nie mieścił się w ramach mieszczańskiego konformizmu; swą polemiczną pasją, nieustanną walką przeciw fałszywym legendom literackim naraził się nie jednej potężnej koterii w kraju. Boy odbrązowił postać Adama Mickiewicza pisząc o jego przeżyciach miłosnych, konfliktach z towiańszczyzną, o jego socjalistycznych utopiach. Dziś „Pan Tadeusz“ z XIII Księgą A. Fredry jest w szkole obowiązującą lekturą.
Boy’a zaatakował w niesłychanie zjadliwy sposób jeden z wybitnych krytyków literackich XX-lecia międzywojennego, Karol Irzykowski w książce pt. „Beniaminek“. W swych „Wakacjach z prydumką“ (1933), Boy odpowiedział Irzykowskiemu na jego pamflet.
Do przeczytania polecam „Reflektorem w mrok“ Boy’a.
W ostatnich latach przed wybuchem wojny skierował Boy swoje zainteresowania w stronę historii pisząc książkę o Marysieńce Sobieskiej (1937).
Po klęsce wrześniowej znalazł się we Lwowie, wykładał na tamtejszym uniwersytecie literaturę francuską. Zginął w lipcu 1941 roku, zamordowany przez hitlerowców, wraz z wieloma innymi polskimi uczonymi.
Zapewne Tadeusz Boy Żeleński bywał w Tarnowie. Ma tu swoją ulicę, ale i pomnik na Europejskim Skwerze przy ulicy Tadeusza Romanowicza można by Żeleńskiemu postawić, albo w innym miejscu, przy dawnym sklepie Braha obok Wałowej. Nasi włodarze tarnowscy pewnie nie przewidzieli takiego wariantu.

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck