Archiwa kategorii: Teatr

nie da się słuchać muzyki Jana Kaczmarka mając do dyspozycji ucho drewniane.

Powściągliwość w wydawaniu sądów, to dziś rzadka cecha. Ten kamień biblijny często jest nadużywany. Zanim rzucisz w kogoś słowem, należy sprawdzić, jakimi głazami patrzysz na kogoś, kto przed tobą stoi.
Kiedy myśl jest prosta i znana nam z obiektywnych formuł, odbiór intencji trudności nie nastręcza. Inaczej jest natomiast, kiedy spotykamy się z myślą twórczą, nie odpowiadającą żadnej z formuł obiegowych. Obserwator i słuchacz w jednym musi nieraz pokonać duże intelektualne trudności w rekonstrukcji intencji, którą nadaje bądź też odbiera, a której czasami pojąć nie potrafi z uwagi na swoje ograniczenia w percepcji swego zmysłowego postrzegania. Prymitywnie myślący słuchacz i odbiorca nie domyśli się co do niego dociera. Przypisuje winę swego niezrozumienia innym osobom, wzbudzając w sobie przekonanie, że to obcy mówią rzeczy ciemne i nierozsądne i że wszyscy są dziwakami, tylko nie on.
Przyczyną takiego rozumowania może być defekt intelektualny, braki w dziedzinie wykształcenia (informacji). Krótko mówiąc, nie da się słuchać muzyki Jana Kaczmarka mając do dyspozycji ucho drewniane.
Chcąc rozmawiać swobodnie z Einsteinem, na tematy, które były jego umysłową zdobyczą, trzeba znać się na fizyce i matematyce, gdy owej wiedzy nam brakuje odbiór będzie bajką, o Czerwonym Kapturku, bądź innym PiS-owskim koszmarem, który suweren na długie lata nam zafundował, biorąc za swoje, wodolejstwo pana prezesa i jego przybocznych wilków żelaznych. Umiaru i ostrożności zabrakło niestety i mamy to co mamy w tym szerokim horyzoncie historycznych doświadczeń suwerena. Gdyby ów „prymitywizm“, o którym wspominałem, był malarskim kierunkiem, to by było jeszcze pół biedy. Ale tak nie jest. Ów prymitywizm dotyczy niestety umysłów prymitywnych w zbiorowym owczym sposobie myślenia, w którym owca czarna odgrywa dominującą rolę. Kto żyje zamknięty w takim kręgu, może być bardzo sprytny, przebiegły i zaradny, ale nie jest nim człowiek inteligentny. To są owi „straszni mieszczanie“, o których tak mówi Tuwim:
/I oto idą zapięci szczelnie.
Patrzą na prawo, patrzą na lewo –
A patrząc – widzą wszystko oddzielnie;
Że dom… że Staszek… że koń… że drzewo…/

Zebrał i dodał swoje dwa grosze – Mreck

„Quod non fecerunt barbari, fecerunt Barberini“. Kamyczkiem do ogródka.

Znalezione obrazy dla zapytania urban viii

Urban VIII (łac. Urbanus VIII, właśc. Maffeo Barberini; ur. pod koniec marca lub na początku kwietnia 1568 we Florencji, zm. 29 lipca 1644 w Rzymie) – włoski duchowny katolicki, 235. papież w okresie od 6 sierpnia 1623 do 29 lipca 1644 roku.
W 1633 Urban VIII przyjął uroczyste poselstwo kanclerza wielkiego koronnego Jerzego Ossolińskiego. W jej wyniku papież zaakceptował scedowanie na nuncjusza apostolskiego swych uprawnień do rozpatrywania apelacji, ale nie zaakceptował polityki tolerancji religijnej ani nie udzielił subsydiów pieniężnych na walkę z Turcją, Moskwą i Szwecją. W latach 1636-1642 doszło do ostrego konfliktu króla Władysława IV Wazy z nuncjuszem Mario Filonardim, który oskarżał króla o sprzyjanie protestantom. W 1642 król aresztował nuncjusza i zmusił go do wyjazdu. Papież wziął w tym konflikcie stronę nuncjusza, jednak ostatecznie został zmuszony do uznania faktów dokonanych i odwołania go z placówki.
W 1629 Urban VIII mianował kardynałem Jana Alberta Wazę, syna króla Zygmunta III i brata jego następcy Władysława IV. Z uwagi na młodociany wiek królewicza jego nominację ogłoszono jednak dopiero trzy lata później.
W 1642 papież potępił tezy flamandzkiego biskupa Corneliusa Jansena, uznając jej za heretyckie. Stanowiło to początek trwających ponad sto lat kontrowersji wokół herezji jansenizmu.
Za jego pontyfikatu doszło do zawarcia unii z częścią kościoła ormiańskiego w Rzeczypospolitej (5 marca 1635). Na czele unitów stanął ormiański abp Lwowa Mikołaj Torosowicz.
W 1633 doszło do ponownego procesu astronoma Galileusza, oskarżonego o popieranie teorii heliocentrycznej mimo nałożonego na niego zakazu z 1616. Naukowiec, uprzednio protegowany Urbana VIII, został skazany na areszt domowy. Choć u podstaw procesu leżały najprawdopodobniej urazy osobiste papieża względem uczonego, który obraził go w jednej ze swych prac, miał on bardzo negatywny wpływ na postrzeganie stosunku Kościoła katolickiego do nauki. W 1992 papież Jan Paweł II oficjalnie zrehabilitował uczonego.
Urban VIII ogłosił, że teorie Mikołaja Kopernika, to większe zło „aniżeli teorie Kalwina i Lutra“. Luter również krytykował Kopernika. Pisał o tej krytyce w swoich „rozmowach przy stole“. Dzieła swe dedykował papieżowi Pawłowi III.
Urban VIII jeszcze jako kardynał dał się poznać jako patron sztuk. Na jego zlecenie (oraz jego krewnych) pracowali m.in. Giovanni Lorenzo Bernini, Pietro da Cortona czy Carlo Maderna. Wybudował potężną barokową rezydencję rodową przy Quattro Fontane. Rozpoczął budowę rezydencji papieskiej w Castel Gandolfo. Wykończył i konsekrował nową Bazylikę Watykańską (18 listopada 1626). Jednakże sposób, w jaki doprowadził on budowę Bazyliki do końca, budził kontrowersje, albowiem rozkazał wykorzystać w tym celu materiały z antycznych rzymskich budowli, zwłaszcza Panteonu. Anonimowy krytyk tego bezceremonialnego plądrowania pomników antyku skomentował to słynnym do dziś powiedzeniem Quod non fecerunt barbari, fecerunt Barberini („Czego nie zniszczyli barbarzyńcy, zniszczyli Barberini”).
Urban VIII sfinansował także wiele inwestycji w obronność Państwa Kościelnego, m.in. ufortyfikował port Civitavecchia, zbudował fort Castelfranco i umocnił Zamek Świętego Anioła w Rzymie.
Papież i kardynał Francesco byli też protektorami uczonych, m.in. historyków Ferdinando Ughelli i Felice Contelori, a początkowo także astronoma Galileusza. Potężne zbiory książek i manuskryptów zebrane przez przez papieża i kardynała dały początek Bibliotece Barberinich.
Nazywany papieżem-poetą, był ceniony jako autor dytyrambów łacińskich. Jako poeta był opiewany przez Macieja Kazimierza Sarbiewskiego, „chrześcijańskiego Horacego”. Papież w rewanżu nadał mu tytuł poeta laureatus.

Zebrał – Mreck

to się dzieje tu i teraz

Znalezione obrazy dla zapytania przygody franciszka villona

Boy-Żeleński był wizjonerem, kiedy pisał tekst: /Przygody Franciszka Villona w kraju okupowanym/. Kim był ów Franciszek?
(…) Lata poprzedzające rok 1431 – datę urodzenia Franciszka Villona – stają się dobą najgłębszego upadku politycznego i ekonomicznego Francji, najechanej przez Anglików, pustoszonej rabunkami i pożogą, zarazą i kontrybucjami, słowem wszystkimi klęskami, jakie wiodła za sobą długoletnia wojna. W tej to epoce, w roku, w którym spalono na stosie w Rouen Dziewicę Orleańską, urodził się w domy paryskich nędzarzy przyszły włóczęga, bandyta, sutener i złodziej, który część życia przepędzał w więzieniach, a cudem jedynie uniknął szubienicy, a który dziwną igraszką losu miał się stać, obok tej wielkiej patronki Francji, jedynym świetlnym punktem owej posępnej epoki.
To okoliczności przyjścia na świat Franciszka Villona, które przedstawia Tadeusz Boy-Żeleński, tłumaczył On /Wielki testament/, w nie mniej interesującym czasie: służąc jako lekarz podczas I wojny światowej. Na wstępie dodajmy, że sławne nazwisko Villon zostało przybrane przez poetę od jego nauczyciela i wychowawcy – kanonika przy klasztorze św. Benedykta, Wilhelma de Villona. Autor /Wielkiego testamentu/ naprawdę nazywał się Franciszek de Montcorbier lub des Loges. O jego prawdziwym ojcu wiemy tylko tyle, że zmarł wcześnie, osierocając małego Franciszka.
Boy-Żeleński pisze, że pewnego dnia przyszła mu chęć nieodparta, aby cała Polska święciła pięćsetlecie urodzin Villona, o którego istnieniu – w znakomitej większości  – nigdy nie słyszała. Boy postanowił pojechać po Polsce ze swoim odczytem, wyznaje, że lubi od czasu do czasu zajrzeć do oczu swojej publiczności. Autor wspomina, że dotąd „zwilonizował“ 24 miasta. Warszawę (z recydywą); Łódź, Kielce, Katowice, Sosnowiec… (w Bielsku odmówiono mu sali). Dalej Tarnów (gdzie omal nie powtórzył przygody gogolowskiego rewizora, wzięty przez miejscowe władze za komisję ministerialną, zdarzenie to opisał w innym miejscu. I inne miasta, których było wiele, by do ludzkiego rozsądku docierać ze swym odczytem w Polsce ówczesnej. Był także i Lwów, w którym od rana chodziły groźne wieści, że odczyt ma być zerwany, autor pobity i przepędzony z miasta. Nic takiego się nie stało, poza szemraną propagandą. Wieczorem sala przepełniona, komisarz policji bardzo się troska ilością dostawionych krzeseł. Boy go pyta, co mu to szkodzi? „Proszę pana – odpowiada dobrodusznie – krzesło normalne jest do podłogi przymocowane, a krzesłem dostawionym można w łeb dostać.“
W Gdyni miejscowa prasa starała się neutralizować odczyt Żeleńskiego na różne sposoby, tak, aby ten wróg Kościoła wypadł blado. „Boy miał być w Gdyni wygwizdany i obrzucony nawet jajami, ale że jedna z czołowych osobistości interweniowała wśród wzburzonej młodzieży, aby zaniechała podobnego czynu, nie licującego z godnością katolika… „Gazetka stwierdza na pociechę, że „mimo że udział publiczności był dość liczny, były to tylko elementy napływowe, które w imprezach religijnych (?) udziału nie biorą. Na szczęście ludność kaszubska na odczyt nie poszła, czym dała dowód, że zwolennicy rozwodów nie mają u nas nic do szukania.“
Kończąc ten urywek z /elementem napływowym/, chciałoby się zapytać. Skąd my to znamy?

To się dzieje tu i teraz!!!

Zebrał i swoje dwa grosze wtrącił – Mreck

ingres na Wawelu

Muskata

Homilia – rodzaj kazania, którego treść oparta jest na wybranych czytaniach liturgicznych. Jej celem jest objaśnianie wybranego na dany dzień fragmentu Pisma Świętego w kontekście okresu liturgicznego, całego Zbawienia, sytuacji społecznej i politycznej.
W trosce o historyczne fakty zobaczmy więc, co w śniegu piszczy na dzień dzisiejszy w kalendarzu gregoriańskim, który w spadku po sobie, w trosce o ludzkie zasoby, bullą Inter gravissimas darował nam w 1582 r., papież Grzegorz XIII. Dziś jego następca, pomazaniec samego Chrystusa jakimi są wszyscy papieże, oprócz tych wszystkich, których Kościół nie uznaje, bo byli antypapieżami papieży słusznych, do których zalicza się papież Polak, Jan Paweł II Wielki, jak dziś go nazwał dzisiejszy Metropolita krakowski, z woli papieża Franciszka, ks. abp Marek Jędraszewski. Wielkość papieża JP II jest tak ogromna, że można zaryzykować stwierdzenie, iż Katedra Wawelska po homilii ks. abpa Marka, stać się może drugim Watykanem, dla całego świata. Nasi rządzący i cała polska hierarchia kościelna, abp-owi bili gromkie brawa po jego namaszczeniu na duszpasterza krakowskiej metropolii.
Dziś jeszcze nie napiszą, ale być może już jutro będzie wzmianka o abp-ie Marku Jędraszewskim z Poznania w Kalendarium. Napiszą w nim, ten, który 28 stycznia 2017 r., objął pasterską misję nad archidiecezją krakowską po wielu jej zacnych i mniej chwalebnych krakowskich arcykapłanach. Do tych drugich należał zapewne bp Jan Muskata
http://ciekawostkihistoryczne.pl/2014/07/29/najwiekszy-wrog-polski-gdyby-temu-biskupowi-sie-udalo-dzisiaj-mowilibysmy-po-czesku/.
Z owym biskupem krakowskim walczył Władysław Łokietek zwany Małym Księciem. Walczył o swoje wpływy w Krakowie i zjednoczenie państwa polskiego. Temu dobroczyńcy miasto Tarnów wystawiło pomnik przy ulicy Wałowej.
Król Bolesław Śmiały z  sitwą Palatyna Sieciecha, również walczył, ale polityczni wrogowie króla, zdołali go pokonać i wygnać z kraju.
Abp Marek Jędraszewski zręcznie omijał niewygodne dla siebie szczegóły z historii Kościoła i państwa polskiego. Relikty naszej przeszłości żyją na Wawelu własnym życiem ich postaci spoczywający w katedrze wawelskiej. Jest wśród nich król Kazimierz Jagiellończyk musiał brać na swoją klatę w grobie, wszystko to, o czym mówił arcybiskup. Namawiam w tym miejscu krakowskiego reżysera Jana Klatę, dyrektora Narodowego Teatru Starego im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, by z tego dzisiejszego Ingresu zrobił sztukę teatralną, albo jakiś pastisz, o biskupie Jędraszewskim, zanim Jana pan minister kultury zdejmie ze stanowiska. Motywu sztuki nie będę podsuwał, bo jest ich tyle, że sam Gogol by ich nie wyczerpał biorąc je z naszej najnowszej i tej zamierzchłej historii Kościoła, za którą Jan Paweł II zdążył przeprosić. Tadeusz Kantor je poruszał, inni też o nie się potykali mając na myśli suwerena, z którego woli dzisiejsza kościelno-polityczna partia nami rządzi. Partia, która prawo i sprawiedliwość ma głęboko w poważaniu, by nie użyć bardziej dosadnego słowa.
LITURGIA DZIEJÓW, tak nazwał dziś swoją homilię abp Jędraszewski. Mówił o naszych trzech poetach w których moc wielka drzemie. Ja bym wymienił jeszcze Bolesława Leśmiana, ale widocznie sekretarz biskupa zapomniał nanieść korektę w tekście homilii.
W tej kolejce pasterskiego czuwania, albowiem czuwanie było głównym motywem kazania, arcypasterz Jędraszewski wspominał o swoich poprzednikach, i tych którzy na Wawelu spoczywają. Niczym w apelu, wymienił tylko trzy postaci pochowane w wawelskich grobowcach. Wspomniał o apostacie Marszałku Józefie Piłsudskim, który z miłości do Marii Juszkiewiczowej przeszedł na wiarę protestancką, o gen. Władysławie Sikorskim, który zginął na Gibraltarze w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach, by na końcu wspomnieć o prezydencie Lechu Kaczyńskim, który w opinii arcybiskupa dorównał swoim poprzednikom w dziele budowania Polski niepodległej.
Zatrzymam się jeszcze przy Piłsudskim, obok którego spoczywa Lech Kaczyński. Ocena faktu apostazji marszałka dokonywana przez niektórych duchownych katolickich jest bardzo surowa: „Piłsudski świadomie opuścił Kościół Katolicki – i równie świadomie przeszedł do Kościoła protestanckiego. Przepisy wiary katolickiej nie pozwalają na oddawanie podobnym jednostkom rytu modłów publicznych zastrzeżonych wyłącznie dla wyznawców wiary katolickiej. A więc: Nie wolno Piłsudskiemu oddawać rytu modłów publicznych ze strony czy to kleru czy też laikatu katolickiego”. Msza żałobna za marszałka jest więc niedopuszczalna. W 1937 roku wystąpił tzw. Konflikt Wawelski: z powodu formalnego luteranizmu marszałka, przeniesiono trumnę Józefa Piłsudskiego pochowanego na Wawelu z krypty św. Leonarda do krypty pod Wieżą Srebrnych Dzwonów (też na Wawelu).
Arcybiskup wspomniał o relacji cienia i światła i wolnej woli człowieka, by między cieniem, a światłem były w niej właściwe proporcje. Relacje człowieka z człowiekiem będą wówczas czytelne, ale niestety nie są, bo człowiek lubi ściemniać. Przykładem jeden z naszych obecnych ministrów, w hierarchii kościelnej też by się znaleźli. Podkreślił, by za wszelką cenę bronić życia poczętego i bronić królestwa Chrystusa w naszym narodzie, i że wolność nie jest dana raz na zawsze, że trzeba zdobywać ją codziennie.
Czy wolność i zdolność czuwania utracił abp Stanisław Wielgus? – Wiele żalu ks. abp. Stanisław Wielgus miał do ówczesnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Abp przyznaje, że „faktem jest, iż Lech Kaczyński stał się jego nieprzyjacielem i bardzo mu zależało, żeby nie został arcybiskupem warszawskim”.
https://prawy.pl/7887-ks-abp-stanislaw-wielgus-to-byly-naciski-na-lecha-kaczynskiego/
https://wirtualnapolonia.com/2013/02/21/stanislaw-wielgus-czlowiek-ktory-wystraszyl-elity/
Trud trwania w koronie cierniowej Chrystusa, bywa czasami bardzo bolesny.
Św. Tomasz z Akwinu, dr Kościoła, o którym dziś wspominał abp Jędraszewski napisał:
– „Kobieta, to zwierzęca niedoskonałość“. Być może kobieta Tomasza z Akwinu, podła była.

Mreck

Reflektorem w mrok–nasi okupanci.

DSC07251

Patron ulicy, to również zbiorowy obowiązek jej mieszkańców. Niestety, nie wszystkie ludzkie zasoby stosują się do niego, dlatego też przypominam. Mieszkam na Westerplatte skąd Tarnów z ulicą Boya Żeleńskiego mam na wyciągnięcie ręki.
Tadeusz Żeleński, znany powszechnie pod pseudonimem Boy, był niezwykle bogatą indywidualnością twórczą. Obok poezji i satyry oprawiał publicystykę, był mistrzem eseju i felietonu, pisał szkice, studia naukowo-literackie, recenzje teatralne i krytyki, a jego działalność jako tłumacza, to prawdziwy fenomen iście benedyktyńskiej pracowitości, połączonej z najwyższą sztuką translatorską – sztuką pięknego przekładu.
Data urodzenia Mistrza Tadeusza jest ważna, bo bez narodzin Boy’a kultura polska wiele by straciła. A więc Tadzio Żeleński, jeszcze nie Boy, urodził się zaraz przed świętami Bożego Narodzenia w dniu 21 grudnia 1874 roku w Warszawie, jako syn znanego kompozytora Władysława Żeleńskiego. Po ukończeniu gimnazjum św. Anny w Krakowie studiował medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim, po czym wyjechał na dalsze studia do Paryża.
Po kilku latach wrócił do Krakowa i objął funkcję asystenta w uniwersyteckiej klinice chorób dziecięcych. Był także przez sześć lat lekarzem kolejowym. Medycyna nie zdołała zatrzymać Żeleńskiego przy sobie – poświęcił ją dla literatury.
W Krakowie, po wyczerpującej pracy w klinice, wyrywał się do teatru, literackich kawiarni i malarskich pracowni, do gorących dyskusji o nowej sztuce, toczonych w burzliwej atmosferze charakterystycznej dla nurtu Młodej Polski. Zapewne nie podejrzewał wówczas nikt, że ten tak świetnie zapowiadający się lekarz stanie się jednym z najdowcipniejszych ludzi w Polsce, że cała epoka polskiej moderny z najdzie w nim swego kronikarza i satyryka, że będzie znakomitym tłumaczem i literatem o najostrzejszym w kraju piórze.
Działalność literacką rozpoczął Boy od lekkich, pełnych humoru wierszyków i piosenek satyrycznych, pisanych dla krakowskiego kabaretu artystycznego „Zielony Balonik“, a zebranych i wydanych w roku 1913 w tomie pt. „Słówka“.
Słówka Boya były właśnie owym „nabojem śmiechu“, wymierzonym w stary, czcigodny Kraków dewotek i kadzidlanych oparów, scudzoziemczałych hrabin, kamieniczników i właścicieli mieszczańskich handelków, w Kraków narodowych pamiątek, patriotycznych obchodów, pogrzebów, jubileuszy i tęsknot za c. k. Wiedniem. Były uderzeniem w miasto nadętych urzędniczych wielkości, hofratów i szambelanów austriackiego dworu, w ten gród arystokratycznego blichtru, tytułomanii, rautów, jour fixe’ów i przysłowiowej galicyjskiej biedy.
Całe to arystokratyczno-mieszczańskie kołtuństwo znalazło znalazło się na cenzurowanym, ośmieszone i wykpione do cna w szydliwych wierszach, piosenkach i kupletach Boy’a.
Żywot „Zielonego Balonika“ był krótki. Po kilku latach milknie jego śmiech, przygłuszony okrzykami oburzenia i zgrozy całej galicyjskiej konserwy, która rozdzierała szaty z powodu „szargania świętości“ przez zuchwałych bywalców „Jamy Michalikowej“ – „Cukierni Lwowskiej“ w Krakowie, przy ul. Floriańskiej, od nazwiska właściciela Jana Apolinarego Michalika.
W 10 tomach „Flirtu z Melpomeną“ (1920-1932) Boy recenzuje świat teatru wystawianych wówczas spektaklach w Krakowie i Warszawie. Przewietrzył starą uniwersytecką polonistykę wnosząc do niej nowe spojrzenie chociażby o Aleksandrze Fredrze i o Mickiewiczu, rzucając snop jaskrawego światła na twórczość mistrza polskiej komedii i dziedziny życia wieszcza narodowego.
Jego szkice o Przybyszewskim, Wyspiańskim, Żmichowskiej, Wojtkiewiczu, Grottgerze i Żeleńskim-ojcu, zebrane w tomie „Ludzie żywi“ (1929) – są cennym przyczynkiem do poznania osobowości tych twórców.
Boy, reprezentant kierunku liberalno-mieszczańskiego rozwijał jego najcenniejsze pierwiastki. Jest również wychowankiem francuskiego racjonalizmu poszukującym w dziele sztuki przede wszystkim społecznego sensu, tropiąc jego ideę, poddawał ocenie rolę, jaką dany utwór pełnił w odwiecznym pochodzie ludzkości ku postępowi. Kołtuństwa i wstecznictwa Boy nienawidził całym sobą, przez dziesiątki lat toczył boje z polskim „Ciemnogrodem“. Opluwany, szkalowany, narażony na tysięczne szykany ze strony polskiej reakcji. Nie był nigdy głuchy na bolączki życia społecznego w burżuazyjnej Polsce. W roku 1929 publikuje tom pt. „Dziewice konsystorskie“, a w 1930 roku „Piekło kobiet“. Porusza w nich problemy świadomego macierzyństwa, bije na alarm w obronie praw kobiety, żony i matki, piętnuje zastarzałe, krępujące jej rozwój normy i obyczaje, na których straży stoi ambona. Wywołało to nową falę ataków na Boy’a poglądy. Prasa różnych odcieni prześcigała się w oczernianiu Żeleńskiego, który odważył się zadrzeć z całą potęgą polskiej kołtunerii. Boy replikuje pisząc „Jak skończyć z piekłem kobiet“ (1931), w rok później publikuje nowy utwór „Nasi okupanci“, w której zaatakował główny bastion polskiego wstecznictwa, reakcyjny kler. Nie było też chyba wówczas w Polsce człowieka bardziej przez te koła znienawidzonego. Bojkotowano jego odczyty, nie dopuszczano jego książek do bibliotek i do czytelni, piętnowano ludzi mających odwagę je czytać i propagować myśl Boy’a. Podżegano przeciw niemu z kazalnic, nie było oszczerstwa, którego by na niego nie rzucano, obelgi której by na niego nie ciśnięto.
Również w kręgach liberalno-inteligenckich, miał Boy zaciętych wrogów – nie mieścił się w ramach mieszczańskiego konformizmu; swą polemiczną pasją, nieustanną walką przeciw fałszywym legendom literackim naraził się nie jednej potężnej koterii w kraju. Boy odbrązowił postać Adama Mickiewicza pisząc o jego przeżyciach miłosnych, konfliktach z towiańszczyzną, o jego socjalistycznych utopiach. Dziś „Pan Tadeusz“ z XIII Księgą A. Fredry jest w szkole obowiązującą lekturą.
Boy’a zaatakował w niesłychanie zjadliwy sposób jeden z wybitnych krytyków literackich XX-lecia międzywojennego, Karol Irzykowski w książce pt. „Beniaminek“. W swych „Wakacjach z prydumką“ (1933), Boy odpowiedział Irzykowskiemu na jego pamflet.
Do przeczytania polecam „Reflektorem w mrok“ Boy’a.
W ostatnich latach przed wybuchem wojny skierował Boy swoje zainteresowania w stronę historii pisząc książkę o Marysieńce Sobieskiej (1937).
Po klęsce wrześniowej znalazł się we Lwowie, wykładał na tamtejszym uniwersytecie literaturę francuską. Zginął w lipcu 1941 roku, zamordowany przez hitlerowców, wraz z wieloma innymi polskimi uczonymi.
Zapewne Tadeusz Boy Żeleński bywał w Tarnowie. Ma tu swoją ulicę, ale i pomnik na Europejskim Skwerze przy ulicy Tadeusza Romanowicza można by Żeleńskiemu postawić, albo w innym miejscu, przy dawnym sklepie Braha obok Wałowej. Nasi włodarze tarnowscy pewnie nie przewidzieli takiego wariantu.

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

Dobro, prawda i Piękno, to tylko chimery?

DSC02760

O tym, jak ceniona jest dana wartość, przesądza to, jakie ludzie nadają jej znaczenie.
Do popularyzacji rozważań o wartościach przyczyniła się twórczość Fryderyka, ale nie Szopena choć i ona wartości kształtuje. Nietsche zakwestionował istnienie trwałych, obiektywnych wartości, wskazywał natomiast subiektywne, biologiczne, sytuacyjne uwarunkowania wartości, odmienną – jego zdaniem – moralność „panów” i „niewolników”. Jego zdaniem, silni cenią dostojność, godność osobistą, stanowczość, sprawność, pewność działania, bezwzględność w realizacji swych zamierzeń. Słabi cenią zaś to, co im sprzyja, a więc: litość, czułość serca, miłość, altruizm i ambiwalencję.
Swoją cegiełkę w tym podziale dołożył również jeden polityk z kraju nad rzeką Wisłą, dzieląc zasoby ludzkie wedle własnych wartości.
Być może poeta Zbigniew Herbert, w którymś ze swoich utworów wieszczył o nowym demiurgu tego swoistego królestwa PiS i jego zwycięskiej opcji nad dotychczasową opcją letniej wody w politycznym kranie. Herbert nie czekał, aż prezes go zakwalifikuje wiedział, że bywają czasem wartości, których pogodzić nie sposób. Na tym podobno polega każdy tragiczny konflikt, bo nie można bezkarnie wymyślać lepszej wersji swojego życia i zarazem służyć prawdzie:
„Jaki chciałby pan być?
O wiele lepszy niż jestem.
[…]
Czego pan najbardziej nie cierpi?
Kłamstwa“.
Sam Herbert pewnie czuł, w jaką niebezpieczną grę się wplątał. W roku 1986, a więc w wieku już bardzo dojrzałym, tak o tym mówił w rozmowie z Renatą Gorczyńską:
„Bo ja uważam, że człowiek nie jest tym, czym jest w istocie – a któż z nas wie, kim jest – tylko tym, czym chciałby być. To jest moje podstawowe odkrycie z dziedziny psychologii. […] to dążenie, próba przeskoczenia siebie, to jest właśnie literatura. To tęsknota do lepszego „ja”, które sobie wymyśliłem i które się potem na mnie mści. Bo ludzie mówią: „Popatrzcie, on tak pisze, a tak żyje – coś takiego!”
Jak się zdaje, mit o Herbercie-konspiratorze porzuciła ostatecznie nawet rodzina poety, wpisując go do linii Mickiewicz – Słowacki i zarazem wypisując z linii Baczyński – Gajcy, to znaczy z linii poetów walczących:
„Może było z nim tak jak z Mickiewiczem i Słowackim, którzy jako słabego zdrowia uratowali się. Na szczęście…“.
Wiele autobiograficznych zmyśleń Zbigniewa Herberta kwalifikuje go poza nawiasem wartości prezesa Kaczyńskiego. Wisława Szymborska ma to samo:
Herbert twierdził, że ze Związku Literatów Polskich wystąpił w roku 1948, a powtórnie zapisali go tam koledzy w roku 1956. W rzeczywistości pracował do roku 1951 jako kierownik biura gdańskiego oddziału ZLP. Przez dwa lata pisał m.in. listy do cenzury, wygłaszał odczyty „Poezja broni pokoju” i brał udział w dyskusjach o estetyce marksistowskiej z okazji Miesiąca Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Został też odnotowany jako sygnatariusz apelu Komitetu Obrońców Pokoju. Ze Związku Literatów wystąpił w kwietniu 1951. Wstąpił ponownie w styczniu 1955.
Poeta twierdził, że przez piętnaście lat nie publikował (w innym miejscu podawał, że nawet nie próbował drukować niczego po 1948 roku). W rzeczywistości publikował, choć raczej skromnie i często pod pseudonimem, do marca 1953. Decyzję, by znów zacząć publikować, podjął mniej więcej w połowie roku 1954, przekazując wiersze do almanachu poetyckiego „…każdej chwili wybierać muszę”, tak więc przerwa trwała raczej piętnaście miesięcy.
Zbigniew Herbert twierdził, że w tym paxowskim almanachu wydrukował jedynie trzy wiersze. W rzeczywistości było ich dwadzieścia. Na dobitkę najprawdopodobniej zmyślił swoją rozmowę z szefem PAX-u, Bolesławem Piaseckim, któremu rzekomo „wyłuszczył”, dlaczego PAX-u nienawidzi. W każdym razie podana przez Herberta wersja wydarzeń jest nielogiczna.
Twierdził, że do roku 1957 nie mógł nigdzie znaleźć pracy, a gdy już nawet jakąś marną pracę znalazł, szybko go z niej wyrzucano jako „wroga klasowego”. W jednym z wywiadów powiedział nawet, że żył z „kopania torfu” (!). W rzeczywistości z kolejnych posad sam odchodził. W osławionym „Torfprojekcie” przepracował rok i nie była to wcale posadka aż tak bardzo marna. W 1956 roku dzięki Stefanowi Kisielewskiemu został dyrektorem biura Związku Kompozytorów Polskich. Również tę posadę sam rzucił po pół roku (a chciał jeszcze wcześniej).
Do tego sprawy pomniejsze, anegdotyczne, nigdy nie potwierdzone. Ukrywanie się przed wojskiem, by nie zostać prokuratorem wojskowym. Nagłe wysiedlenie z Warszawy z wyrzuceniem „na szosie w okolicach Brwinowa” włącznie. Pojedynek na szable w Lasku Bielańskim, przy tym opowiedziany tak, jak mógłby to zrobić Papkin-samochwała. Także słynna historyjka o Miłoszu domagającym się przyłączenia Polski do Związku Radzieckiego należy do tej kategorii.
Wiele wątków z wartości, w które Jarosław Kaczyński również bogaty. Na szczęście Lech Wałęsa nad nimi panował i nie dopuszczał by się ziściły już wówczas.
Po roku 1989 zabrakło motywacji, a w październiku 2015 prezes ze swoją drużyną triumfuje swymi wartościami irytując wszystkich dookoła, do rzeczy ważnych, doniosłych i banalnych, do świata piękna i brzydoty, zdrowia i choroby, prawdy i kłamstwa, świętości i diaboliczności. Słowem wcielony Boruta, który wciela swe wartości w ludzkie zasoby którymi dziś rządzi.
Wystarczy chwila refleksji i konstatacja sama się rysuje w tym polskim akwarium psychozy. Dobra, prawdy i piękna w tych wartościach nie ma.

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

teatr absurdu.

DSC01787Do Borzęcina, dróżką gładką, udałem się dosyć wartko, rowerem szosowym, z bidonem i peleryną przeciwdeszczową, w kolorze pomarańczy, bym mógł być widoczny dla innych kierujących, gdy będzie padało, jednak z nadzieją, że niedziela będzie pogodna, w sam raz, do /Tanga/ Sławomira Mrożka, który w Borzęcinie się narodził, i tu został ochrzczony, jeszcze bez /Tanga/, ale ku chwale miejscowych, nie on jeden zresztą.
Byli też i inni, którzy tu się urodzili, a o których być może wspomnę, choć nie muszę. Wystarczy wejść na stronę www. gminaborzęcin, by się o nich więcej dowiedzieć. Autora /Tanga/ niestety tam nie ma, ale Mrożka znalazłem w napotkanym borzęcińskim rowerzyście, który, na moje czucie, codziennie idzie w tango. O /Tangu/ Mrożka również wiedział, ale nie do końca, sam musiałem dociekać, gdzie chałupa Mrożka stała i kto był chrzestnym Sławomira.
Jechałem jak natchniony, trochę pod wiatr, trochę z wiatrem, po przetartej już trasie. Po drodze pokonując płytki Dunajec w Ostrowie, wypełniony majowymi plażowiczami, Wierzchosławice Wincentego Witosa, z Jego miejscem na cmentarzu (mojego kolegi również), kościołem i muzeum, pasmem słonecznych baterii, super kąpieliskiem w Niwce, aż do samego Rynku Kościuszki w Radłowie. Nie będę wspominał o kilku strategicznych skrzyżowaniach ze skrzyżowaniem na Siedlec w Radłowie i o ulicy Szpitalnej, na której onegdaj przeprowadziłem historyczny wywiad, dotyczący zacnych osobistości z Radłowa, które edukowały się w tym mieście (był nim również Władysław Bach, znakomity matematyk z Warysia). Być może siedziba biskupów krakowskich ma wpływ na adeptów tego miejsca – Oleśnicki, Hozjusz, Kowalczyk – mało? Jest ich więcej. Na swojej stronie YouTuba pod nazwą CK… można o nich usłyszeć. Będąc dobrym w jednej roli, można być lepszym w drugiej. Pisał o tym Sławomir Mrożek z Borzęcina. Władysław Bach z Warysia, również próbował, ale…
By uwiarygodnić siebie w mym podróżowaniu, pytam się o drogę, choć znam ja doskonale. Dobrze wracać do tych miejsc, gdzie ludzie są życzliwi i wskazują kierunek. W Radłowie przy Szpitalnej są tacy co pomogą. W innych miejscach również.
Obiecuję Sławomirowi i rowerzyście, który swoje Tango mi zaprezentował, że powrócę do Borzęcina i Warysia z wiedzą Wszystkich Świętych i poezją Barana, który być może, o tych matematycznych i innych tajemnych impoderabiliach jeszcze nie napisał.
Gmina nie zamieściła może chodzi o majątek i nazwę ulicy. W 1996 powrócił do Polski. W 2002 przeszedł udar mózgu, którego wynikiem była afazja. Skutkiem tego utracił możliwość posługiwania się językiem zarówno w mowie, jak i w piśmie. Dzięki terapii, która trwała około trzech lat, odzyskał zdolność pisania i mówienia. Efektem walki z chorobą jest jego autobiografia. Szóstego maja 2008 Sławomir Mrożek zapowiedział ponowne opuszczenie ojczyzny, by osiąść w Nicei na południu Francji z powodu klimatu, który bardziej sprzyjał zdrowiu dramatopisarza. Z Polski wyprowadził się dokładnie miesiąc później – 6 czerwca 2008 – wylatując z lotniska w Balicach.
Zmarł nad ranem 15 sierpnia 2013 r., w szpitalu w Nicei. Jego prochy spoczęły w Panteonie Narodowym w Krakowie. Uroczystości pogrzebowe odbyły się 17 września 2013 w kościele Świętych Piotra i Pawła w Krakowie. Mszy świętej przewodniczył metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz. Delegacja z Borzęcina też pewnie była.
Debiutował w 1950 r. jako rysownik, od 1953 systematycznie publikował cykle satyrycznych rysunków. Dzięki nim, a także pełnym komizmu opowiadaniom, wcześnie stał się autorem niezwykle popularnym, zajmującym osobne miejsce we współczesnej polskiej literaturze. Mrożek tropił i podważał absurdy życia w kraju realnego socjalizmu, ale też zbanalizowane, najczęściej postromantyczne, stereotypy, kształtujące świadomość Polaków. W języku potocznym na stałe zagościła fraza „jak z Mrożka”, określająca szczególnie bezsensowne, wynaturzone aspekty codzienności. Przykładami zaczerpniętymi z jego utworów posługiwano się dyskusjach.
Mrożek-dramaturg debiutował w 1958 roku sztuką „Policja”, ukazującą rzeczywistość państwa totalitarnego, w którym kluczową rolę odgrywają właśnie „policjanci” – funkcjonariusze jawnych i tajnych sił bezpieczeństwa. Aby utrzymywać władcę i społeczeństwo w przekonaniu o swojej niezbędności, Mrożkowa policja sama kreuje opozycjonistów, będących uwierzytelnieniem jej działalności.
Jego kolejne sztuki również zdobywały olbrzymie powodzenie. Mrożek posługiwał się groteską, absurdalnym przejaskrawieniem, satyrą i parodią, nieodmiennie przy tym zachowując talent komiczny. Jednocześnie zawierał w swych dziełach treści, pozwalające klasyfikować je jako przypowieści, moralitety czy powiastki filozoficzne. Tyczyły one tyleż opresyjnej rzeczywistości państwa na poły totalitarnego, jakim był PRL, co międzyludzkich relacji, gier jakie rozgrywamy, najczęściej dążąc do zniewolenia innych. Często ukazywał konflikt między – jak to określił jeden z krytyków – intelektualistami, będącymi de facto jedynie bezwolnymi marionetkami; ideologami czyli świadomymi twórcami społecznych sytuacji oraz bezrefleksyjnymi prostakami, „chamami”, posługującymi się jedynie siłą. Ofiarą zwykle stawał się „intelektualista”, katem zaś „cham”, wypełniający polecenia „ideologa”.
Mrożek pokazuje świat zniewolenia i konformizmu, systematycznie przeprowadzał demontaż narodowych mitów, łączył politykę z egzystencją. W Indyku (1960) ukazywał atmosferę całkowitej niemożności, zalegającą w duszach Polaków. W Tangu (1964) rozprawiał się z dziedzictwem awangardy (zarówno artystycznej, jak i obyczajowo-społecznej), wskazując, że kiedy wszystko już wolno, tęskni się do zakazu, sztywno obowiązującej normy, zaś normą tą może stać się naga przemoc. W Rzeźni (1973) zastanawiał się nad relacją między „naturą” a „kulturą” w człowieku, ukazując naturę jako cienką zasłonę, skrywającą zwierzęcość i okrucieństwo. W Emigrantach (1974) dał znakomity szkic psychologiczny polskiej mentalności, psychomachię rozgrywająca się między dwoma Polakami, nielegalnymi imigrantami w USA – „inteligentem” i „prostakiem”. Wreszcie w ostatniej jak dotąd sztuce, Miłości na Krymie (1993), analizował trzy oblicza Rosji: carskiej, radzieckiej i postsowieckiej.
Wprawdzie śmiałem się na rozmaite sposoby, i głośno i cicho, i biologicznie i intelektualnie, niemniej jednak mój śmiech nie dochodził do samego środka. Należę do pokolenia, którego śmiech zawsze bywa zaprawiony ironią, goryczą, czy rozpaczą. – Zwyczajny śmiech, śmiech dla śmiechu, pogodny i bez problemów, pocieszna gra słów – to wydaje się nam jakby nieco staroświeckie i budzi zazdrość.
[…] Mój ojciec, Antoni, był synem Ignacego, niezamożnego chłopa we wsi Porąbka Uszewska, powiat Brzesko, województwo krakowskie. Dzieci było siedmioro. Gdy skończył szkołę podstawową, samodzielnie i samowolnie powędrował do Brzeska, żeby się uczyć w gimnazjum. Podobno zaoszczędził w tym celu grosze zarobione u gospodarzy, którym wynajmował się do robót. Szczegółów nie znam, trzeba przyznać, że nigdy nie stawiał mi siebie za wzór przedsiębiorczości i wytrwałości w trudnych warunkach. Może dlatego, że w ogóle nie umiał ze mną rozmawiać, może dlatego, że wstydził się biedy, w owych czasach bieda była wstydliwa, może z ambicji, a może po prostu dlatego, że uważał to za rzecz zwyczajną.
Nie dane mu było jednak ukończyć szkoły. Po wojnie światowej przyszła wojna polsko-bolszewicka w roku 1920 i mój ojciec, siedemnastoletni, stawił się na ochotnika jak wielu innych. Opowiadał mi co nieco o tej wojnie. Były to same okropności. Głód i pragnienie, śmiertelne zmęczenie długich marszów, starcia wręcz na bagnety, pięści i zęby, zarzynanie jeńców i rozstrzeliwanie domniemanych szpiegów. (Był tylko świadkiem, nie uczestnikiem rzezi i rozstrzeliwań). Opowiadał jednak, jakby nie zdając sobie sprawy ze straszności, które przeżył. W jego pamięci bezsenność, zmęczenie i głód przeważały nad czynami heroicznymi i haniebnymi, nad śmiercią zadawaną i przyjmowaną. Może taka jest prawda o każdej wojnie widzianej oczami żołnierza, a może to beznamiętność ludowej opowieści o tym, co jest, jak jest, to jest i tyle. Cierpliwość odwieczna, stoickość sama siebie nieświadoma.
Był dumny ze swego udziału w tej wojnie, choć nigdy mi tego nie powiedział. I również nigdy nie usłyszałem od niego słowa: Polska, ojczyzna, naród. Należał do tych najliczniejszych, którzy po prostu narodem są, wcale o tym nie myśląc, tego nie nazywając. Żeby coś nazwać, trzeba się od tego trochę oddzielić, trochę tym i nie być. Tylko świadomość używa słów.
Kiedy umierał w 1987 roku, bardzo mu na tym zależało, żeby jego uczestnictwo w tej wojnie było wspomniane w nekrologu. To było zresztą jedyne jego życzenie.
Po zakończeniu wojny i demobilizacji nastąpił w jego życiu okres, o którym wiem mało, zaledwie tyle, że nie wrócił już do szkoły. Podobno prał swoją koszulę w toaletach publicznych, znamienny szczegół, bo wskazuje na wielką biedę, a nawet bezdomność. Wreszcie jakimś sposobem otrzymał posadę urzędnika pocztowego, jak się to wtedy mówiło: ajenta, we wsi odległej o 16 kilometrów od jego wsi rodzinnej. Ta wieś nazywa się Borzęcin i tam miałem się urodzić.
Porąbka Uszewska to wieś już podgórska, położona na południe od linii kolejowej Kraków-Tarnów. Borzęcin, na północ od tejże linii, leży na równinie. Porąbka jest biednawa, Borzęcin ma dobrą ziemię i w słowniku geograficznym wydanym w XIX wieku jest wymieniony jako najludniejsza wieś w Polsce. Być może utrzymał to pierwszeństwo do tej pory.
Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, jak wielki to był awans dla mojego ojca. Społeczna różnica między pracą rąk a pracą głowy, choćby najskromniejsza, była ogromna. Nagle mój ojciec znalazł się po drugiej stronie tej bariery, zazwyczaj nieprzekraczalnej. Stał się „panem”, miał teraz prawo, obowiązek, przywilej i zaszczyt nosić biały kołnierzyk z krawatem, kapelusz, rękawiczki i laskę. Jako „Ajent Urzędu Pocztowego” wszedł do miejscowej „inteligencji” złożonej z kierownika szkoły, nauczycieli, doktora, proboszcza, wikarego oraz właściciela mleczarni i sklepu „Towary Różne”. Ten ostatni odegrał dużą rolę w życiu nie tylko mojego ojca, ale i moim. Okazało się, że to mój dziadek.
Nazywał się Jan Kędzior i miał trzech synów i trzy córki. Jedna z nich, Zofia, często bywałą na poczcie, ponieważ jej ojciec, jako przedsiębiorca, stale miał coś na poczcie do załatwienia. Wydaje mi się, że moi rodzice nie byli dobraną parą. Za wielkie były różnice usposobień i upodobań. Na ślubnej fotografii moja matka wyraźnie stara się nie być wyższa od mojego ojca, pochyla ramiona i głowę, podczas gdy on stoi przesadnie wyprostowany. To zdjęcie jest symboliczne. Ale silne, obopólne uczucie im pozwoliło, a podstawowa, bezwarunkowa lojalność nakazała – przetrwać przez lata małżeństwa bez podawania niczego w wątpliwość. Żyli w czasach, kiedy „szczęście” osobiste nie było jeszcze demokratycznie postulowanym prawem ani światopoglądowo (czyli towarzysko) wymaganym obowiązkiem. Obowiązki były wtedy znacznie prostsze i znacznie mniej malownicze niż dzisiaj: utrzymać dom, wychować dzieci, nie opuszczać drugiego człowieka w potrzebie.
Pobrali się w roku 1927, on miał lat dwadzieścia cztery, ona dwadzieścia jeden. W rok później urodził się mój brat Jerzy (umarł, mając cztery lata), w trzy lata później – ja. Moja siostra urodziła się jako ostatnia.
Dziadek Kędzior pochodził z Rzeszowskiego, również z rodziny chłopskiej, czy też bardziej elegancko, rolniczej. W każdym razie chyba niebiednej, skoro ukończywszy szkołę przemysłu mleczarskiego, założył własne przedsiębiorstwo. Nie był lubiany. Uchodził za człowieka zimnego, twardego i zamkniętego w sobie. Miano mu za złe, że zatrudniał w przedsiębiorstwie – bez wynagrodzenia – swoje własne dzieci, a w stosunkach z dostawcami, czyli chłopami z Borzęcina i okolicy, jak również z personelem mleczarni, był podobno nieubłagany. Ja również go nie lubiłem i trochę się go bałem. Ale patrząc na jego fotografię, nie widzę twarzy tępego brutala. Myślę więc, że raczej postanowił być twardy niż takim był z natury. Czując się wśród ludzi niewygodnie i obco – nie miał daru towarzyskości ani wdzięku – i będąc, jak sądzę, raczej słabego charakteru, wymyślił sobie typ twardego człowieka i trzymał się go kurczowo, myląc siłę i przedsiębiorczość ze sztywnością i zatwardzialstem. Za moją tezą przemawia historia jego drugiego małżeństwa. Matka jego dzieci, Franciszka, z domu Hadera, umarła młodo, żałowana przez najbliższych i cały Borzęcin. Ożenił się powtórnie z osobą bardzo nieciekawą, szczerze mówiąc dosyć wredną, a mówiąc zupełnie otwarcie – z ohydną jędzą, paskudną na ciele i umyśle. (Duszy nie miała). Ta głupia, lecz widocznie sprytna prowincjonalna Lady Macbeth od razu nim zawładnęła bez reszty, oddał jej nie tylko władzę i terytorium, lecz także – i to bez jednego wystrzału – fortecę swojej osoby, bunkier swojej duszy i kasę pancerną swego serca. Otóż gdyby był z natury takim typem przebiegłego twardziela, bezwzględnym kalkulatorem, graczem i ambitnym rządcą, za jakiego uchodził, cała ta historia by się nie zdarzyła. Miałby bowiem wtedy jakąś znajomość ludzkiej natury choćby w celach manipulacji, jakieś doświadczenie, jakąś niebezbronność wobec tego rodzaju kobiet. Chyba że się zakochał. Wtedy cała ta moja analiza nie ma sensu. […] – Jakbym słuchał Ojca swego, Kazimierza (1906).
I pomyśleć, ze człowiek z Borzęcina Mrożek Sławomir, który do Borzęcina powracał, za tym wszystkim stoi. Wiedziało o tych przemyśleniach wielu miejscowych. Władysław Bach z Warysia również znał ten matematyczny polski problem. Po zagadkowej śmierci Bacha w Krakowie, w roku 1968, został pochowany w wielkiej manifestacji cmentarnej, na przeciw działki Mrożków w Borzęcinie.
Warto ten temat znowu pociągnąć. Mam zgodę pana Czesława na kontakt w tej sprawie.

Mreck