Archiwa kategorii: Teatr

PARAGRAF 22 j. HELLERA NADAL AKTUALNY

Znalezione obrazy dla zapytania wojsko memy

Powieść amerykańskiego pisarza, Josepha Hellera, zdaje się wołać – Tora! Tora! Tora! – Czytajcie mnie ze zrozumieniem, bo wkrótce, może już być za późno.
Tytuł powieści, to także potoczne określenie sytuacji bez wyjścia, w której, aby wypełnić jakieś kryterium, trzeba jednocześnie spełniać inny warunek, który to kryterium wyklucza.
W Polsce na podstawie powoeści Hellera, w 1981 r., w Teatrze Telewizji nagrano spektakl pod tytułem Paragraf 4 z Piotrem Fronczewskim w roli głównej. Natomiast w adaptacji radiowej Paragrafu 22 Yossarianem był Roman Wilhelmi.
Tytułowy paragraf 22 dawał żołnierzowi możliwość natychmiastowego zakończenia pełnienia służby na własną prośbę z powodu choroby psychicznej, jednak ktoś, kto w trosce o uratowanie własnego życia wnosi o zwolnienie ze służby, udowadnia tym samym, że jest psychicznie zdrowy, a tym samym nie może prosić o zwolnienie z powodu choroby psychicznej.
Książka ukazuje w groteskowy sposób bezsens i absurdy współczesnej wojny, prywatę i chęć awansu dowódców kosztem życia młodych pilotów.
Heller zaczął pisać książkę w 1953 roku, opierając się na osobistych doświadczeniach. Początkowo miała ona nosić tytuł Paragraf 18. Powieść została wydana w 1961 roku, zdobywając ogromną popularność i dzieląc krytyków.
Bez większego trudu można było przekształcić występek w cnotę, oszczerstwo w prawdę, impotencję w abstynencję, bezczelność w skromność, rabunek w filantropię, złodziejstwo w zaszczyt, bluźnierstwo w mądrość, brutalność w patriotyzm i sadyzm w wymiar sprawiedliwości. Każdy mógł to zrobić; rzecz nie wymagała specjalnych zdolności. Wystarczyło nie mieć charakteru.
Czy nie możemy modlić się o coś dobrego, na przykład o bardziej precyzyjne bombardowanie?
Joseph Heller to niedawno zmarły, amerykański pisarz. Urodził się w 1923 roku w nowojorskiej dzielnicy Brooklyn. W czasie drugiej wojny świtowej brał udział w lotach bojowych jako bombardier w latających fortecach B-25. Po zakończeniu wojny studiował w Stanach Zjednoczonych i Anglii. Jako bezpośredni uczestnik wojny, znając jej realia, zaczął pisać groteskowe powieści o absurdzie wojny i militaryzmu, demaskując mentalność kasty dowódczej. Jego dzieła to „Bombardowaliśmy w New Heaven”, „Good as gold”, „Coś się stało” oraz chyba najbardziej znany „Paragraf 22”.
Świat jednostki, to jeden potworny absurd. Młodzi Amerykanie, w większości nie chcący walczyć, zmuszani są do lotów, w których kolejni bohaterowie powieści giną. Ich śmierć jest bezcelowa, gdyż tak naprawdę ich walka nie ma żadnego znaczenia strategicznego. Liczba obowiązkowych lotów jest bez przerwy podnoszona, ambitni i nieludzcy dowódcy pragną kosztem życia i śmierci młodych ludzi zdobyć prestiż, awanse i zaszczyty. W powieści odnajdujemy też ludzi, którzy paradoksalnie traktują wojnę jako świetny interes.
Świat paragrafu to świat, który zupełnie nie pasuje do naszych wyobrażeń. Wartości ludzkie, takie jak uczciwość, wola życia i pacyfizm znajdują tutaj własne przeciwstawieństwa. Jednostki ludzkie są pozbawione własnej woli, wpisane w struktury panującego, wszechobecnego systemu. Jedynym bohaterem, który z nim walczy jest Yossarian. W nienormalnym świecie udaje szaleńca, by przetrwać. Niestety im zacieklej walczy, tym bardziej jest przez system pochłaniany. Zdesperowany bohater postanawia zdezerterować, uciekając samolotem do wolnej i szczęśliwej Szwecji.
„Paragraf 22” podobnie jak „Dżuma” Camusa, powieści Orwella i Kafki jest parabolą. Tytułowy paragraf 22 to niedokładne tłumaczenie angielskiego tytułu „Catch-22”. Catch to idiom nie tylko paragrafu, ile haczyk, kruczek. A więc „na każdego można znaleźć haczyk”. Paragraf 22 nie istnieje, ale władza wojskowa, czy też polityczna, powołuje się na niego, aby uzasadnić każdy, najbardziej nawet absurdalny, rozkaz. Zwykli żołnierze wierzą w jego istnienie i podporządkowują się jemu. Paragraf to doskonałe narzędzie systemu. Szczególnie dotkliwie odczuwa jego moc Yossarian, który by nie latać przyjmuje postawę szaleńca. Paragraf tłumaczy – gdyby był wariatem, nie mógłby latać, ale gdyby był wariatem, latałby chętniej, bo tylko wariat chce brać udział w walce. Skoro jednak zabiega o zwolnienie z lotów, udowadnia swą normalność i troskę o życie. Tym samym nie ma szans na zwolnienie. Heller przedstawia jednostkę wojskową i panującą tam wojskową machinę biurokracji podobnie jak Camus swój wyizolowany świat zadżumionego Oranu. Poprzez czarny humor, błyskotliwe i absurdalne dialogi postaci, autor naświetla również inne problemy zawarte w powieści.
Był więc tylko jeden kruczek – paragraf 22 – który stwierdzał, że troska o własne życie w obliczu realnego i bezpośredniego zagrożenia jest dowodem zdrowia psychicznego.
Człowiek, który chce się zwolnić z działań bojowych, nie jest prawdziwym wariatem.
Głównym problemem ukazanym w książce jest doskonale zorganizowany absurd wojny. Heller pokazał stosunek dowódców do podwładnych. Traktowali on młodych żołnierzy jedynie jako wielkości wojskowe, które powinny być gotowe oddać życie z a ideały, dążenia przełożonych. Nie obchodziły ich losy szeregowców, jedyne czego chcieli to osiągnąć rozgłos, prestiż i sławę. Działania strategiczne związane z zakończeniem wojny schodziły na drugi plan. Wojna absurdalnie została ukazana przez Hellera nie jako dążenie do pokoju, lecz jako idealny sposób na zarobienie pieniędzy i osiągnięcie jak najwyższego szczebla w hierarchii wojskowej. Całe dowództwo było jednym wielkim syndykatem, który wykorzystywał samoloty w celach gospodarczych. Żołnierz staje się własnością państwa, który nie walczy o dobro ojczyzny, ale w imię chorych i paradoksalnych celów.
Może prezes przeczyta, albo jego MINISTER.
Powieść, Paragraf22, powinna być na liście, obowiązkowych szkolnych lektur.

Ech… marzenie ściętej głowy.

Zebrał i swoje swa grosze wtrącił – Mreck

ŚWIĄTECZNE ŻYCZENIA

*/Życzę ci, abyś miał człowieka, który cię nie sprzeda, nawet wtedy, gdy będzie mógł na tym interesie nieźle zarobić. Abyś mógł spokojnie iść obok niego, nie bojąc się, że cię zepchnie z drogi. Abyś mógł go spokojnie puścić przed sobą, wiedząc, że ci nie zatarasuje przejścia. Abyś mógł go zostawić poza sobą bez strachu, że ci wbije nóż w plecy. – Abyś miał człowieka, który za tę lojalność wobec ciebie nie zagarnie ci twojej wolności, twojego czasu, ciebie samego.
    Życzę ci, żebyś nie sprzedał swojego przyjaciela nawet wtedy gdy będziesz mógł na nim dobrze zarobić. Abyś go nie zepchnął w przepaść, abyś mu nie tarasował drogi, abyś mu nie wbił noża w plecy – abyś za tą lojalność wobec niego nie zażądał wyłącznego miejsca w jego życiu, w jego myślach, w jego czasie. – Abyś go nie chciał zagarnąć dla siebie, jako swoją własność./

* /Przyjaciele/ – ks. Mieczysław Maliński – „NASZ CHLEB POWSZEDNI“

Zebrał – Mreck

ŚMIECH PRZEZ ŁZY, CHOCIAŻ WIELKANOC NADZIEJĘ DAJE – /…jeśli nie pogodzimy się ze śmiercią, chorobą i cierpieniem, nie będziemy żyć naprawdę…

 

Aby czerpać satysfakcję z życia, nie wolno nam ani na chwilę zapomnieć o jego marności, smutku, jaki się z nim wiąże i o śmierci – twierdzi francuski filozof Clément Rosset. Tylko w ten sposób pozbędziemy się strachu, pogodzimy z losem i odzyskamy spokój. Ten, kto chce zapomnieć o tragizmie egzystencji, doświadczy jej dramatów w jeszcze większym stopniu.

Znalezione obrazy dla zapytania clément rosset

Clément Rosset: Dziś nikt nie chce dostrzec śmierci, choroby ani cierpienia, a tym bardziej pogodzić się z nimi. Takie sprawy ukrywa się przed dziećmi.
La Vanguardia: Śmierć źle się sprzedaje.
A jednak jeśli nie pogodzimy się ze śmiercią, chorobą i cierpieniem, nie będziemy żyć naprawdę. Obraz radosnego i szczęśliwego życia narzucony nam przez masową kulturę konsumpcyjną zmienia naszą planetę w sielankową fermę, a my wszyscy jesteśmy jak ogłupiałe kurczaki: mamy tylko spać, jeść, produkować, konsumować… Jak te kurczaki żyjemy uśpieni i nieświadomi czekającego nas końca. Jeśli nie pogodzimy się ze śmiercią, nasze życie będzie wyglądało tak jak życie na tej kurzej fermie lub jak reklama w telewizji.
Są lepsze i gorsze reklamy; tak samo życie może być lepsze lub gorsze.
Aby żyć pełnią życia musimy najpierw uświadomić sobie, że nasze istnienie to jakiś niesamowity żart: wszyscy umrzemy i ta pewność kryje się za wszystkim, co robimy.
Nic dziwnego, że jest pan przygnębiony.
Wręcz przeciwnie. Tylko jeśli mamy świadomość tego całego życiowego tragizmu, jesteśmy w stanie odczuwać prawdziwą, głęboką radość.
Fizycznie umieramy tylko raz. Po co mamy umierać codziennie przypominając sobie o tym?
Ponieważ uświadomienie sobie nieuchronności śmierci i cierpienia jest niezbędnym warunkiem prawdziwej radości. Poza tym uważam, że ta umiejętność radowania się to ogromny wkład kultury iberyjskiej do uniwersalnej skarbnicy mądrości.
Może pan wyjaśnić, na czym miałby polegać ten wkład?


Znalezione obrazy dla zapytania asteriks i obeliks osiedle bogówMoże to zabrzmi nieco niepoważnie, ale przytoczę tu jedną z przygód Asteriksa… Kiedy bohater przybywa na Półwysep Pirenejski, Iberowie informują go, że wkrótce odbędzie się wielka uczta: „Dziś wieczorem będzie święto” – słyszy zewsząd. A kiedy w końcu nadchodzi wieczór i wszyscy zaczynają ucztować, wychodzi gitarzysta i śpiewak i obaj zaczynają zawodzić: „Ach, po co ja się urodziłem…”. Asteriks, rzecz jasna, nic z tego nie rozumie.
To lament charakterystyczny dla muzyki flamenco.
Doskonale oddaje poczucie tragizmu istnienia oraz związaną z nim radość i pewność. Życie jest jak grzęda w kurniku, krótkie, ciasne i zafajdane… Ale to nie znaczy, że nie mamy śpiewać i śmiać się siedząc na tej grzędzie. Śmiejcie się, bo rzeczywistość i tak jest smutna. Cioran bardzo lubił się śmiać, ale potrzebował do tego towarzystwa. „Koszmar – mawiał – to jedyna dostępna forma oświecenia”. On sam był oświecony ponieważ zawsze umiał być „szczęśliwy mimo wszystko”. Dziś, w społeczeństwie pogrążonym w letargu i umierającym ze strachu, próbujemy zapomnieć o tym, że wesołym i szczęśliwym można być jedynie „mimo wszystko”.
Dlaczego się tak boimy?
Ponieważ jeśli człowiek zaneguje śmierć, choroby i cierpienie, to dużo bardziej boi się wszystkiego wokół. Boimy się, że ktoś chory lub co gorsza martwy pojawi się nagle w galerii handlowej i obudzi nas z konsumpcyjnego snu. Proszę spojrzeć na Stany Zjednoczone: tam ludzie żyją w nieustannej paranoi. Właśnie dlatego, że postanowili ukryć ciemną stronę życia. Jeśli się ją zaakceptuje jako coś naturalnego, to budzi ona znacznie mniejszy strach. Człowiek akceptuje fakt, że będzie chory, brzydki, nieszczęśliwy, że się zestarzeje i umrze, że będzie samotny…
Nie ma pan rodziny, która mogłaby pana pocieszyć?
Moje życie przypomina paradoks jeżozwierza. Kiedy jeżozwierzowi jest zimno, zbliża się do stada, ale wtedy kolce innych osobników zaczynają go kłuć i musi się odsunąć. Znów jest sam i znowu jest mu zimno…
Cała tajemnica polega więc na tym, aby odnaleźć właściwy dystans między własnymi i cudzymi kolcami.
O to mi właśnie chodzi! Dalej są ci, którzy koniecznie chcą nami rządzić.
Czy próba rządzenia innymi nie jest aby kolejną formą oszukiwania się, dodawania sobie znaczenia?
Władza jest najbardziej kruchą ze wszystkich naszych ludzkich konwencji, ponieważ opiera się na zbiorowym złudzeniu, że jest silna i sprawiedliwa. W rzeczywistości władza zawsze jest słaba i krucha. Król zawsze jest nagi, chociaż my nie chcemy tego widzieć: to cud, iż wciąż chcemy wierzyć, że jest ubrany. Wszystkie formy sprawowania rządów przez ludzi są bardzo kruche, demokracja oczywiście również, ponieważ jedynym fundamentem na którym się opiera jest potrzeba zastąpienia brutalnej siły jakąś formą rządów. Jednak problem władzy nie należy do dziedziny rozważań filozoficznych.
A co jest głównym przedmiotem tych rozważań?
Fakt, że wszyscy umrzemy. Dla mnie od początku było oczywiste, że na tym stwierdzeniu opiera się każdy system filozoficzny. Mogę tylko dodać, że zawdzięczam to Nietzschemu i jego „Narodzinom tragedii”.
Nietzsche też smutno skończył.
To był oświecony filozof. Potrafił odnaleźć się wśród tego całego udawania i hipokryzji. Spotkanie z Nietzschem było dla mnie, proszę mi wybaczyć zarozumialstwo, spotkaniem ze sobą samym. Od czasów studenckich byłem głęboko przekonany, że każda filozofia, której punktem wyjścia nie jest przekonanie o nasze własnej marności to jedynie mniej lub bardziej elegancka spekulacja. Nietzsche miał świadomość, że życie to szaleństwo. Tylko człowiek oświecony może sprawić, że będzie to szaleństwo radosne.

Clément Rosset

Zebrał – Mreck

ARTYSTA JAKO PROTEZA …

Marek Piwowski

Teresa Krzemień : – W 1979 roku powiedział pan Januszowi Głowackiemu w wywiadzie dla „Kultury“ rzecz następującą: cholera, nie wiadomo, z kim się teraz identyfikować …
Marek Piwowski: – nie pamiętam. Uważam nadto, że wszystkie wywiady są nieszczere. Bo wówczas ludzie kogoś udają i najczęściej odchodzą od własnych przekonań i własnego ja. Robią to po to, żeby lepiej wypaść, być dowcipnym, inteligentnym, ale już nie sobą.
Odpowiem otwarcie: Będę wciskał Pani kity.
TK: – czy jest dziś (1979) kierunek myślenia w Polsce, pogląd, postawa, albo konkretna grupa ludzi, z którą mógłby się Pan utożsamić?
MP: – Mimo iż mamy rok 1981, to obawiam się, czy to co bym odpowiedział byłoby drukowane. Mam opór wobec samego aktu identyfikacji, bo ona zakłada jakąś rezygnacje z siebie samego. Nie można z siebie rezygnować nawet na bezludnej wyspie, gdzie indziej również. Częściowa rezygnacja z siebie samego nie zaszkodzi o ile jest świadoma, to znaczy, wie się, że to o czym mówimy, stanowi kompromis, ale konieczny, ustępstwo na rzecz pewnej umowy społecznej. Kompromis, to jakaś tam zawsze porażka, bo inaczej, identyfikacja z programem, z grupą może grozić w końcu fanatyzmem. Wolność zakłada uniki od tej identyfikacji, nie przed pytaniami, ale przed gotowością do pełnej identyfikacji z najbardziej nawet słusznym programem. Kompromis zawsze kończy się fatalnie, ponieważ znajdą się tacy, którzy ci zarzucą, że wdałeś się w ten ohydny układ. I pewnie mają rację, bo bierze się na siebie część odpowiedzialności za tych którzy kłamią i mówią głupoty.
Nie lubię marzyć, a kryminały zrobiłem z tych samych powodów, dla których zrobiłem również krótkie filmy przeciwalkoholowe. One przychodzą najtrudniej, więc ćwiczenie w rzemiośle. Jedne i drugie bardzo mnie nudzą, bo wymagają banalnie zdyscyplinowanej narracji. Praca z prawdziwymi aktorami ma tą zaletę, że zdejmuje ona z reżysera 80 procent pracy. Z nimi robi się łatwiej i szybciej. Robiąc „Paragraf 22„ zobaczyłem, że od aktorów można się wiele nauczyć. Potrafią stworzyć „superficial“ wcale bądź prawie wcale bez psychologii. Chodzi o to by każdy milimetr taśmy nasycony był konkretem. Film kryminalny to taki „hot dog“. Całą scenę trzeba posiekać na detale, a następnie posklejać tylko te kawałki, które pchają sprawę. Taki proces może dawać właśnie złudzenie czegoś syntetycznego.
…historia deprawacji studenta, który współpracując z milicją staje się przestępcą… Chodzi o to czy można świadomie produkować drobnego przestępcę tylko po to, by ująć przestępcę większego kalibru. Można się z tym zgodzić, albo nie. W jednej ze scen milicjanci preparują konfidenta, starają się osłabić jego naturalną barierę moralną, argumentują: z chorym na raka też się postępuje nieuczciwie oszukując go, że jest zdrów, aż do śmierci. Poglądy autora filmu nie mają z tą sceną nic wspólnego, ale publiczność czasem wyciąga własne wnioski.


Tablica pamiątkowa filmu Rejs na Bulwarze Filadelfijskim w Toruniu od strony starówkiPo filmie „Rejs“ nastąpił tzw. efekt projekcji. Mówi się, że jesteśmy wychowani na literaturze i prasie, która nauczyła nas czytać między wierszami. Otóż w „Rejsie“ szukano klucza do każdej postaci, czy ten to Gomułka, a tamten taki a taki. Kiedy mówiłem, że nie, to uznano, że się boję przyznać. Próbowałem pokazywać typy i postawy, a nie opowiadać kluczem z zakresy znaków drogowych, że ten znaczy to i wyłącznie to. Może nie chcę również rozumieć podziału na dokument i fabułę. Nie lubię fałszywego poglądu stawiającego znak równości pomiędzy dokumentem, a obiektywnym zapisem rzeczywistości. Wątpię w możliwość obiektywnego zapisu rzeczywistości. Sam fakt skierowania kamery w jedną a nie w inną stronę jest wynikiem subiektywnego wyboru. Nie wierzę w obiektywny zapis, bo sam wybór postaci do golmu, odpowiedni moment naciśnięcia guzika kamery, montaż filmu jest ciągiem działań subiektywnych. Obiektywizm jest możliwy, ale jest to tylko niebezpieczny mit. Ważne jest tylko to, czy ten subiektywny ciąg zdarzeń jest dokonywany przez autora uczciwego, czy przez szuję.
TK: Brzmi to szlachetnie, ale w praktyce może stać się usprawiedliwieniem dla każdej dowolności.
MP: Wręcz przeciwnie, z tych wszystkich podziałów filmowych, proponuję podział na filmu uczciwe i nieuczciwe, albo dobre i złe. Rozstrzygać o tych wartościach może tylko sumienie autora,kolaudantów i widza. Rzecz w tym, żeby to sumienie widza mogło dojść do głosu.
Artystę widzę jako protezę. Musiał on zastępować sejm, związki zawodowe w tych funkcjach, które zostały im amputowane. Artysta musiał mówić o tych problemach, które nie mogły znaleźć form w instytucjach do tego powołanych. Uważam siebie za protezę amputowaną, zmuszoną do pokazywania kalekiego, poobcinanego obrazu rzeczywistości. Ten obraz niepoobcinany byłby bardziej prawdziwy, ale i subiektywny również.
Wyszukiwanie różnic pomiędzy obrazem subiektywnym, a prawdziwym, to pożyteczna praca. To trochę jak science-fiction – obraz społeczeństwa nie istniejącego obiektywnie, ale prawdziwy obraz mechanizmów nim rządzących.
O filomatach i filaretach Mickiewicza, z wiarą że filmowe laurki i lekarze zmienią się na lepsze…
W roku 1993 Piwowski w ciągu zaledwie trzech miesięcy (po 17 latach przerwy) nakręcił film Uprowadzenie Agaty, który nawiązywał do nagłośnionej przez media sprawy ucieczki z domu Moniki, córki wicemarszałka sejmu Andrzeja Kerna. Film miał premierę miesiąc przed wyborami parlamentarnymi, z udziału w których zrezygnował Kern. Według mediów film powstał na polityczne zamówienie mające na celu dyskredytację popularnego wówczas polityka PC (producentem filmu był związany z lewicą Lew Rywin). W wywiadzie dla „Dziennika Łódzkiego” Monika Kern stwierdziła, ze film był „luźno związany” z jej historią, a cała „afera” ze zniknięciem jej z domu została przedstawiona w mediach w fałszywy sposób.

Zebrał i swoje dwa subiektywne grosze wtrącił – Mreck

CO I KIEDY MÓWIĆ DZIECIOM–NADAL AKTUALNE …

Mreck

„- Gdy wojna wybuchła, biliśmy się dzielnie. Tylko było nas mało. I mało mieliśmy czołgów, samolotów…
– Teraz mamy dużo czołgów. I samolotów i mamy rakiety! – zawołał Adam. – I każdego pobijemy!
– My nikogo nie chcemy bić. Ale też nikogo się nie boimy, bo jesteśmy teraz silni i mamy mocnych przyjaciół. My chcemy, żeby zawsze był pokój! – powiedziała babcia“. (Z elementarza „Literatury“).
„10 stycznia1945, już dawno przestaliśmy wchodzić na dachy i drzewa, żeby zobaczyć, jak płonie Warszawa. Nie widać już łuny i czarnych dymów, jest cicho i ciemno. Ale tam ciągle są Niemcy! Pan porucznik i kapral Sowa mówią, że trzeba czekać, aż Wisła zamarznie. Wtedy uderzą i na pewno zdobędą Warszawę. A wtedy może spotkamy ciocię i Tomka, i wszystkich, wszystkich, którzy tam zostali. Ale czy przeżyli powstanie?
(…) Najpierw było bardzo wesoło i kapral Sowa opowiadał o różnych frontowych przygodach. Ale potem tatuś zaczął mówić o poważniejszych sprawach, zrobiło się późno i myśmy z Jurkiem zasnęli na maminym łóżku (…) Ale poszli w stronę Warszawy, więc może przepędzą hitlerowców. Od Wisły walą armaty tak głośno, że aż trzęsie się dom“. („Umiemy czytać“, podręcznik dla kl. I).
Pytania, na które nie umiem sobie odpowiedzieć: Czy dzieci sześcio-siedmioletnie, są w stanie zrozumieć, że Polska była cmentarzem Europy, że odrodziła się w gruzach i popiołach? Czy jedynie wzmianki o historii naszego kraju, jakie znajdą w tych książkach, powinny dotyczyć największej tragedii, a nie np. początków państwa polskiego? Czy jedynym nazwiskiem, oprócz Drapieżnego Sępa i Mruczącego Niedźwiedzia, powinno być nazwisko zbrodniarza? Czy dziecko siedmioletnie może i powinno zrozumieć, co to jest wojna? Czy dzieci na podwórzach powinny bawić się w wojnę, w której żadne nie chce być wrogiem? …(był taki więzienny eksperyment, ale o nim innym razem)…
Czy Warszawa powinna płonąć, a pytanie: „Czy przeżyli powstanie?“ powinno pojawić się pomiędzy opowiadaniem małego Plastusia i „Deszczowym figielkiem“ ze „Świerszczyka“? Moje dzieci dotychczas nie zapytały mnie, gdzie są moi rodzice, gdzie babcia, gdzie dziadek – czy mam im to powiedzieć sam? Od ilu lat powinno się pełnić wartę przy miejscach straceń i można zrozumieć, dlaczego tam się stoi?
Wątpię, czy nauka w szkole powinna się zaczynać od zagłady i zwycięstwa, chętnie wysłuchałbym, co na ten temat myślą psychologowie i pedagodzy, a także rodzice innych dzieci. Jeśli są filmy dozwolone od lat 7, 12, 14, 16, 18, to czy Powązki powinny być otwarte dla wycieczek w każdym wieku? Czy ślady ruin, inwalidzi, nieobecność dziadków i babć, a w zamian za to obecność seriali i rozmowy w domu, to nie wystarczy?
Czy wreszcie, jeśli pytania moje są nieuzasadnione, natomiast nauka i praktyki takie są wskazane, to czy są one skuteczne? Czy nie grozi niebezpieczeństwo, że największa tragedia w dziejach nie tylko naszego narodu, ale także wszystkich Słowian, Żydów, Niemców i Cyganów, zostanie zbanalizowana? Co naszym dzieciom powiedzieć – o ile i na ile, powtarzam, jest to konieczne w tak młodym wieku – jeśli my sami nie jesteśmy w stanie pojąć do końca, jak mogło dojść do takiego upadku i zdziczenia ludzkich wartości w centrum cywilizacji?
„…nikt przecież z morderców, tak samo jak nikt z bezbronnych, nie jest w stanie zgruntować myślą sensu słów <<miliony, miliony, miliony zamordowanych>> (…) Sprawa stała się tajemnicą, jak zawsze, kiedy człowiek czyni coś, co przekracza go fizycznie i pojęciowo. A jednak trzeba iść w tę porażającą strefę, nie tyle przez pamięć ofiar, lecz przez wzgląd na żywych“ – pisze Stanisław Lem w znakomitym eseju „Prowokacja“ na łamach numeru „Odry“ – miesięcznika, któremu można tego tekstu tylko pozazdrościć.
Najbardziej znany na świecie polski pisarz współczesny, który właściwie był filozofem w kostiumie autora prozy fantastyczno-naukowej, wymyślił w tym artykule książkę Horsta Aspernicusa, zachodnioniemieckiego antropologa i historyka, o ludobójstwie hitlerowskim. Widać, że dobrały się tu dwie półkule w jednym mózgu: jedna, niemiecka, w której zrodziła się myśl nowa i oryginalna na temat tak już przeżuty, a jednak ledwie nadgryziony, i druga, nasza, krajowa, która z wysokości wielkiego pisarstwa pochyliła się, by się z nią zapoznać i publiczność polską poinformować. (Mateusza Morawieckiego, syna Kornela, jeszcze wówczas nie było).
Tematem Lema jest „lokata śmierci w kulturze“. Nie ludobójstwo /tout court/ stanowi znamię XX wieku, lecz mord o totalnie sfałszowanym uzasadnieniu, maskowany w przebiegu i skutkach tak dobrze, jak to jest możliwe. Nie chodziło o pobór afrykańskiego niewolnika, kolonizacje Ameryki Południowej, czy wyzwalanie Ziemi Świętej. „Nastąpiło dokładne odwrócenie sytuacji wyjściowej: czy to militarna, czy gospodarcza korzyść wynika z praktyki ludobójczej z rzeczywistej stała się urojoną i to właśnie wywołało potrzebę zupełnie nowych uzasadnień mordu“.
Lem zastanawia się, dlaczego mając do dyspozycji tańsze i mniej kłopotliwe zasoby żydobójstwa (np. rozdzielenie płci w gettach i obozach), wybrali wariant kosztowny i kłopotliwy – „…żadne czynniki nie przemawiały za rozwiązaniem we krwi prócz woli mordu“.
Sprawa kolejna to kłamstwo. Dlaczego, przy całym rozpalaniu nienawiści – (dziś prezes nas dzieli i ją podsyca) – drogę do gazu nazywano przesiedleniem“, a mord określano eufemizmem „ostatecznego rozwiązania“? „Właśnie w tym zakłamaniu objawia się, zdaniem autora, wbrew aspiracjom hitleryzmu – owa przynależność Niemiec do kultury chrześcijańskiej, gdyż byli nią zaimpregnowani tak, że mimo najlepszej woli wykroczenia poza Ewangelię, nie ze wszystkim mogli to uczynić. W kręgu tej kultury, powiada autor, gdy już wszystko można robić, nie wszystko można jeszcze powiedzieć“.
Dalej, trzy różne wykładnie hitleryzmu: gangsterska, socjoekonomiczna (kryzys, kapitał w rękach lewicy i prawicy), oraz nihilistyczna, Mannowska, „czyniąca Niemcy -Faustem, a Hitlera – szatanem“. Niedostatki każdej z tych teorii omawia Lem, niestety bardzo krótko i można w dalszym skrócie streścić to tak: gangsterska pomija zakłamanie, socjoekonomiczna nie tłumaczy, dlaczego Mussolini nie został „instygatorem ludobójstwa“, a nihilistyczna jest zbyt ogólnikowa.
Imponująca jest zdolność autora do racjonalnego rozpatrywania ludobójstwa hitlerowskiego, które jego zdaniem stało w swoim zakłamaniu na dwóch kolumnach: na etyce zła i na estetyce kiczu. Hitleryzm potrzebował legitymizacji, gdyż nasz wiek nie zna innych władców poza dobrymi. W odróżnieniu do Dżingis-chanów, musiał mieć ideologię dobra, żyjemy w epoce politycznych doktryn. „Dobro – formułuje Lem – nigdy nie powołuje się na zło, jako na swą rację, lecz zło zawsze podaje swoją rację jakieś dobro“.
Co do kiczu, to bez niego „umknie nam najgłębszy, bo ostatni sens owego ludobójstwa“. W odróżnieniu od markiza de Sade, „arystokraty z dziada pradziada“, „konkwista hitlerowska była arywizmem lumpów, prostaków, synów podoficerskich, pomocników piekarskich i trzeciorzędnych pismaków, co łaknęli wywyższeń jak zbawienia, a osobisty udział w rzezi, do tego permanentny, zdawał się utrudniać im ten awans. Jakiż więc wzór mogli ścigać, jak mieli udawać i kogo, żeby choć po kolana we flakach nie utracić w tej rzezi z oczu górnych aspiracji? Droga dla nich najdogodniejsza, kiczu, daleko ich doprowadziła, bo do samego Boga… Do surowego Boga Ojca oczywiście, a nie do mazgaja Jezusa, Boga litości i zbawienia przez złożoną z siebie ofiarę. Jakże mają stanąć ludzie na Sądzie Ostatecznym? Nago?“. Nago do gazu, nago do piachu. „Jakby nie mogąc zabić Boga. Niemcy zabili jego <<wybrany naród>>, ażeby zająć jego miejsce i po krwawej detronizacji /in effigie/ zostać samozwańczymi wybrańcami dziejów“.
Lem twierdzi, że nie da się ludobójstwa współczesnego wyjaśnić za pomocą żadnej teorii, która opiera się li tylko na historii, analizie stosunków klasowych czy psychologii, gdyż stanowi ono część naszej cywilizacji i kultury, a nie jednorazowy wybuch splotu okoliczności, choć autorowi tego tekstu względy polityczno-ustrojowe wydają się najważniejsze.
Podobnie Lem patrzy na zjawiska współczesne, neohitleryzm i terroryzm: „W państwie totalitarnym, w którym wszystko, co ludzkie, uległo upaństwowieniu, tylko najwyższa władza była w prawie typowania ofiar. W państwie wielkich swobód osobniczych byli samozwańczy likwidatorzy zła, swobodni w jego rozpoznawaniu i ściganiu. Ta zależność wyjaśnia pokrewieństwo obu formacji – w rozgrzeszeniach, jakie dają sobie mordercy, bo zarówno totalna uległość autorytetom, jak i totalna negacja wszelkiej wątpliwości, wyklucza z rachunku czynów sumienie, różnymi drogami prowadząc do tożsamości finału we krwi“.
Czyż kiedy przeczyta się to wszystko, nie nasuwa się pytanie: co i kiedy mówić dzieciom?
/Owo pytanie nie jest igraszką…

Daniel Passent – 16 VIII 1980

– Zebrał i swoje dwa grosze wtrącił – Mreck

ZA ADRIANA ADAM? OD WIATRU ZALEŻY…

Podobny obraz

W Eurosporcie trąbią, że Adrian się nie popisał, ale w jakiej konkurencji tego nie dosłyszałem, bo wiatr mocno hulał. Skoczkowie natomiast, przegrać mogli z gąską i wiatrem Kim Dzong Una, oraz konflikt z Ziobrą.

Znalezione obrazy dla zapytania mapa pogody świat

Pewien Adrian w Korei witał się już z gąską/
Że nasi skoczkowie wygrają z nawiązką/
Za Adriana Adam/
W Ziobro palec wkładam/
By nie wiało Kim Dzong Unem, w kraju zwanym Polską.

Mreck

/…LICZĄ SIĘ PRECEDENSY, ALE PRZEWAŻNIE FAKTY ZWYCIĘŻAJĄ …

Józef Szajna – powrót do punktu wyjścia…

Józef Szajna

W sztuce i życiu „ liczą się precedensy, a zwyciężają fakty“.
Józef Szajna, twórczy kontestator, wizjoner własnej odrębności.
Na dnie tej konstatacji stoi człowiek. Człowiek z sobą samym, na dnie tej siatki tak bardzo przepuszczalnej przecież i zarazem hermetycznej, że aż nie sposób samemu określić, na ile udało się to, co się miało udać. Sprawy wielkie, które chciało się przybliżyć sobie samemu i na co dzień nimi żyć. Nie ma rzeczy wielkich, bo te, które takie były i o które zabiegałem, walczyłem – wypadły mi z rąk. Powrót do punktu wyjścia: walka o harmonię i równowagę świata okazuje się prowadzić do dysharmonii, wykoślawienia równowagi, cel się rozsypuje, a rzeczywistość karykaturalizuje. (Im wyżej się wspinam Karakorum się karykaturalizuje). Sprawy humanitarne, zbiorowe, wspólne i nasze winy, winny być przecież wyznacznikiem życia. A przez samo życie stały się czymś innym: przywilejem diabelskiego czynu – niczym więcej. Jest to dosyć smutne. Można to zresztą inaczej wyrazić, to, co kształtowało się w jakimś zbiorowym moralitecie, co chciało nim być – zbiorową materią ograniczoną zmysłową duchowym zamysłem konstruktywnej rzeczywistości – rozpadło się i dziś jest już niczym.
Sztuka zawodzi, ta o społecznym wydźwięku właśnie, konkretnym przeznaczeniu, usiłowania jej utrwalenia, by były dotykiem tajemnicy naszego bytu, spełzły na niczym.

Znalezione obrazy dla zapytania bunkier sztuki
Sztuka, jako formuła życia ze zbiorowości i ze zbiorowością zawodzi i nie jest to żadna manifestacja. Po wielu doświadczeniach, jest to wyznanie wewnętrznej konieczności.
Gdyby mi ktoś powiedział, że mam się nadal interesować sztuką, to z przekory odpowiem: przestało mnie to bawić. Niech to będzie źle nazwane – trochę się na społeczności, zbiorowości zawiodłem. Sztuka u swoich podstaw wiąże się z bezinteresownością. A widać, że wytwarzanie produktu sztuki staje się przeceną. Sztuka standeciała – ot tandeta. Trzeba z pokorą uznać, że sztuka jedna jest związana bardziej z wyobcowaniem człowieka, jest sygnałem zwracania uwagi na ludzką niedoskonałość, by nie powiedzieć – chorobliwość.
W Polsce, słowo człowiek, zaczyna się od stanowiska. Bez niego człowiek jest nikim. Przez negację do afirmacji z duszą anarchisty. Przezwyciężanie siebie samego, może z chęcią dominacji – może.
Patrzę na kolegów: żyją, pracują. Ten maluje pejzaże, tamten rzeźbi. Nie stawiają przed sobą zagadnień do rozwiązania, malują i rzeźbią.
Moja najbliższa przyszłość to bunkier – samotność, bunkier – izolacja. Jaka to forma? Sześcian, bryła niezmienna. Jest coś w tej regularności kostki – to właściwie trzy dziewiątki.
Słowo stało się tak banalne, że preferuję precedens milczenia, coś godniejszego od słów i dokonywanych faktów.
Zawsze wymagałem od odbiorcy tego samego co od siebie. Tak było od początku, że tworzyłem dla rówieśników, dużo młodszych od siebie. Przeżyłem drugą wojnę światową, co podzieliła mi świat i przeorała życie. Musiałem wytrzymać i to, czego nie wytrzymał Borowski. Borowski popełnił samobójstwo, bo całą duszą zaangażował się w polityczne życie. ono go zjadło. Ja porzuciłem publicystykę i politykę. Dzisiaj lepiej znam słowa piękne i słowa brzydkie. Do brzydkich należy polityka. Oznacza ona coś śliskiego, coś zagmatwanego i tak bardzo powiązanego z pragmatycznym wynikiem, a ten pragmatyzm jest tak krótkonogi, że musi być obcy artyście.
Chęć dominowania u artysty, to dawanie, a nie branie. Być arystokratą, a chcieć nim być, to ta różnica, że jeden awansuje, a drugi jest i nie awansuje.
W swoim dekadenckim myśleniu widzę perspektywę, a w awansie – małość starości. I to mi się wszystko poplątało i rozsypało. Chciałbym objąć Pana Boga za nogi, tylko tych nóg nie widzę, są za daleko. Marzy mi się życie, co się nigdy nie kończy, by w życiu znaleźć nieobecne. Szukanie zależności pomiędzy tym co jest, a tym co jest nieobecne, czego pozornie nie ma. Opowieść o nieskładności rzeczy i ich wzajemnych powiązaniach i współzależnościach jest tym co mnie interesuje. Otwieranie komórek ludzkiej chłonności. Etykiety są różne. Chodzi o to by nie uśpić wolnej woli, która w nas jest obecna.
Artysta w pracy zbiorowej może być tylko autorytatywny, nigdy inny.
Studio Szajny umarło – co robić z pięknym kłamstwem jakim jest teatr? Aktorzy utracili autentyczność środowiskową. Zanik wartości duchowych zastępujemy sportem. Jak bardzo niewolniczą mamy duszę, gdy w Mundialu, a nie w kulturze, uczestniczą głowy państwa.
Może tylko bunkier i wieża z kości słoniowej. One nie odbierały ludziom ich sfery milczenia, to milczenie mnożyły i dzieliły na troje.
Istotą teatru było prostytuowanie się. Pisarze dają idee, a publicystyka – działacze? To zabawa z jawnogrzesznicą. Idei brakuje w teatrze. Brakuje jej wielu ludziom, aktorom też. (Seriale)
Teatr przywykł do pieszczot, niestety. Musi z nich zrezygnować w imię ratowania swojej istoty i jeśli chce być kochany przez publiczność. Wczoraj i dziś zbyt często bywał i bywa teatrem sprzedajnym. Dawanie jest to rozdawanie siebie. Samotność może przyniesie odnalezienie swoich twórczych impulsów. Byłem pedagogiem ASP w Krakowie i Warszawie. Studentom przekazywałem swój sposób myślenia o teatrze, trzydziestu zagranicznym stażystom wystawiłem opinię. Otrzymałem teatr w 1971, Klasyczny, Centrum Sztuki – Studio. Zostawiłem to wszystko, by skoncentrować się na twórczości. Teatr przestał być twórczy, jest rozgadany,statyczny i muzealny. Bo nie wrażliwy już, a tylko wyuczony. Teatr dziś, to teatr paniki i ulicy. Pytanie tylko: skończy się, czy umocni?
Co to jest reżyseria – sztuka kontekstu? Słowa? Emocji i obrazu? Wyspiański, Młoda Polska. Nie epoka króla Stasia. Broni się tylko teatr amatorski, trzeba go tylko naładować nabojami myśli i idei. Aktora już w teatrze nie ma. Zszedł przecież, poprzez proscenium, do ludzi. Mój Boże, nie ingerujmy się tak bardzo z muskulaturą! To łatwizna. Reżyserów nie ma. Egalitaryzm nas zabija, obowiązuje nieśmiertelne: równaj w dół.

Znalezione obrazy dla zapytania józef szajna twórczość
Ile ofiar musi ponieść sztuka, by zrównoważyć barbarzyństwo?
W szkole teatralnej kształcimy recenzentów – kibiców, a że artystów – reżyserów brak, cały teatr kręci się wokół aktorskiej machiny. Rezultat: wzajemne układy, komeraże i zachłanność. Ogromna zachłanność na to, co doraźne. Wszyscy właściwie się poddali.
Więc idę do bunkra. W czwarty wymiar. Wszystko. (1982)

Zebrał i swoje dwa grosze wtrącił – Mreck