Archiwa kategorii: Przyroda

ŚWIAT JEST TRUJĄCY

Chloroza jest rezultatem bardzo częstego kontaktu skórnego z czynnikiem toksycznym, ale może być także spowodowana wchłanianiem takiego czynnika przez przewód pokarmowy lub drogą wziewną. Objawia się w jakiś czas od bezpośredniego kontaktu i może się utrzymywać wiele lat. Powodują ją ekotoksyny chlorowcopochodne.
Skórne objawy tego schorzenia obejmują trwałe wysypki, pokrzywki, krostowacenie, czyraki i zwiotczenie tkanek. Objawom dermatologicznym towarzyszą ból i osłabienie kończyn dolnych, oznaki niedowładu, zaburzenia pracy serca i układu wegetatywnego. Później następuje ciężka degeneracja wątroby (marskość lub martwica), bronchit, porażenie wielonerwowe, uszkodzenie nerek i śledziony. Z chorobą tą wiążą się też wielopostaciowe trwałe zmiany psychopatologiczne i neurologiczne. Przez dziesięciolecia objawy te, obserwowane u pracowników stykających się z chlorowcopochodnymi organicznymi (rozpuszczalnikami, herbicydami, pestycydami, wielochlorowanymi dwufenylami itp.), przypisywano alkoholizmowi.
Dioksyny należą do najsilniej działających trucizn; są rakotwórcze. Są to ekotoksyny chlorowcopochodne organiczne, obecne w środowisku wskutek działalności człowieka. Ponad 60 proc. dioksyn obecnych w biosferze Ziemi to uboczny produkt spalarni odpadów. Obecność dioksyn w „czystej ekologicznie” okolicy przypisuje się zaś zanieczyszczeniom środkami ochrony roślin. Blisko 95 proc. dziennej dawki dioksyn dostaje się do naszego organizmu wraz z pożywieniem. Ponieważ mają one zdolność do bioakumulacji w łańcuchu pokarmowym człowieka, są uważane za szczególnie groźny czynnik ryzyka ekologicznego. Przyjmowane w niskich dawkach wywołują zmiany osobowości, obniżają libido, są przyczyną obniżenia zdolności do rozmnażania.

http://doczz.pl/doc/683835/analityka-zanieczyszcze%C5%84-%C5%9Brodowiska

Zebrał – Mreck

 

 

planty kolejowe

DSC00827

Historyk tarnowski pan Antoni Sypek w swojej książkowej publikacji z (2005) i tej wznowionej w (2017) książce /Mój Tarnów/ podejmuje wiele ważkich historycznych wątków w obrębie byłego wojewódzkiego miasta Tarnów. Otóż w jednym z nich, pt. /Na Stawkach i Planty Przybyłkiewicza/, pan Antoni wychodzi z siebie i w mocnych, ale trafionych słowach poddaje krytyce tzw. /Komisję Wielkiej Inkwizycji/ Magistratu im. ks. Jana Marszałka, która jak chce, zmienia ulice i place miasta według własnego uznania. Chodzi o wiele miejskich ulic, ale w tym przypadku o ulicę Na Stawkach i Plantach Przbyłkiewicza. Stara tarnowska ulica Na Stawkach niestety zniknęła, zastąpił ją ks. Jan Marszałek. Pan Sypek  tych ulicznych wnioskodawców nazywa dosadnie i domaga się w swej książce i pewnie na żywo, by nazwiska tych politycznych manipulatorów i małych hochsztaplerów były w końcu opublikowane, i aby społeczeństwo wiedziało kto za tymi krzywdzącymi zmianami stoi. Życzy im ponadto, by owymi poprawiaczami historii, zajęły się diabły w piekle, by smażyć ich członki i dusze. Ks. Jan pewnie tego piekielnego kotła dopilnuje, wypełnionego tymi wszystkimi członkami co go z ulicą Na Stawkach raczyli zamienić.
Z Plantami Ignacego Przybyłkiewicza (1846-1898), a dziś Józefa Jakubowskiego (1861-1948), założyciela Muzeum tarnowskiego, historia jest podobna. Ignacy Przybyłkiewicz propagator sportu i kultury fizycznej w Tarnowie zasługuje na osobną opowieść, którą być może ktoś napisze. Materiałów nie brakuje. Współtwórca z druchem Wilhelmem Muldnerem gniazda TG Sokół (1883) jako drugie gniazdo po Lwowie w Galicji), i „Piaskowej Góry“ znanej dla ówczesnej młodzieży, postaci lubianej i szanowanej przygotowującej młodych skautów na trudne czasy do udziału w odzyskanie przez Polskę niepodległości w 1918 r. Miasto Tarnów odzyskało ją jako pierwsze, być może dzięki zabiegom Przybyłkiewicza. Życie miał godne pióra, podkreśla pan Antoni; powstaniec styczniowy (1863), ukończył gimnazjum w Rzeszowie i studia na wydziale filozoficznym UJ w Krakowie. W tarnowskim gimnazjum uczył matematyki i fizyki. Zawód nauczyciela porzuca dla pracy w charakterze urzędnika w Kasie Oszczędności, a następnie policji magistrackiej. Był propagatorem ruchu cyklistów i pieszych wycieczek po okolicach Tarnowa. Urządzał aktywne wakacyjne kolonie letnie dla młodzieży.  Może pan Kazimierz Bańburski weźmie śp. Ignacego na swój twórczy historyczny warsztat?

DSC07623
Jak wspomina o Przybyłkiewiczu pan Antoni Sypek, pogrzeb miał okazały i ludny. Spoczywa w zaniedbanym grobowcu przy głównej alei Starego Cmentarza w Tarnowie, nieopodal kaplicy XX Sanguszków. Może ktoś się zlituje i o ów grobowiec Przybyłkiewicza w nim spoczywającego zadba wreszcie jeszcze przed świętem Wszystkich Świętych zmarłych w 2017. Grobowiec Polityńskich też woła o pomstę do Nieba, ale póki co powróćmy na zielone trawniki i stary drzewostan Plant Kolejowych w Tarnowie.
O procedurze nadania Kolejowym Plantom im. Ignacego Przybyłkiewicza nie będę wspominał, bo pisze o niej pan Antoni Sypek we wspomnianej już książce /Jego Tarnów/. Czarno na białym stoi w niej jak w Piśmie, że Przybyłkiewicza nikt nie zwolnił z patronowania Plantom, a Józef Jakubowski podobnie jak ks. Jan Marszałek pewnie czują się nie swojo na swoich aktualnych miejscach. Nie wiem jak się czuje św. Faustyna po ś.p. Lucjanie Szenwaldzie, ale pewnie bosko.

DSC00892
Drzewostan Plant zasiedlany codziennie przez nocujące na nim ptaki ma swoją historię i kilka białych kruków, które na liście starych drzew w Polsce zajmują czołowe miejsce. Na Plantach rośnie m.in. klon polny, szósty w kraju, (ok. 200 lat wys. ok. 19 m), oraz kasztanowiec biały (ok. 180 lat, wys. ok. 25 m) ósmy w kraju. Kolejnym białym krukiem jest pamiątkowa stara kamienna tablica przed pniem starego dębu i rosnącego przy niej młodego drzewa z napisem: – „Dąb zasadzony w X rocznicę niepodległości Polski“.

Mreck

ślady litewskich wierzeń króla

Kod Władysława Jagiełły

Znalezione obrazy dla zapytania nagrobek władysława jagiełły

Ogień z nieba
Rebusem zajmującym kolejne pokolenia badaczy jest nagrobek króla Władysława Jagiełły, monarchy wyróżniającego się wśród władców łacińskiej Europy przełomu XIV i XV stulecia. Jego matka, księżniczka ruska Aleksandra, z perspektywy zachodniego chrześcijaństwa była prawosławną heretyczką, a ojciec, wielki książę litewski Olgierd, poganinem. Piętnastoletni Jagiełło po śmierci ojca w 1377 roku objął władzę nad Wielkim Księstwem Litewskim, ogromnym państwem rozciągającym się bez mała od Bałtyku po Morze Czarne i ostatnim pogańskim władztwem kontynentu. W obliczu permanentnej wojny domowej z pretendującymi do tronu kuzynami oraz zagrożenia krzyżackiego litewski władca w 1384 roku zdecydował się porzucić starych bogów i przyjąć chrześcijaństwo w obrządku łacińskim. Razem z nową wiarą (i imieniem Władysław) przyjął rękę Jadwigi Andegaweńskiej i polską koronę.
Możni, którzy oddali Jagielle polski tron, wiedzieli, że zakonna propaganda nie omieszka wykorzystać pogańskiej przeszłości nowego władcy. Według Krzyżaków Litwin jedynie udawał wiernego syna Kościoła, a naprawdę nadal hołdował pogańskim zabobonom. Przez dziesięciolecia polska dyplomacja nie szczędziła wysiłków, by zbić krzyżackie argumenty. Zapewne część polskich możnowładców liczyła, że będzie mogła wykorzystać niepewną pozycję Jagiełły do swoich celów. Widzieli się w roli przewodników czy kuratorów „dzikiego” króla w chrześcijańskim „cywilizowanym” świecie. Srogo się w tych kalkulacjach zawiedli. „Prostak”  – jak określali niektórzy swego litewskiego władcę – nie pozwoliłby łatka eks-poganina ograniczała jego monarsze prerogatywy. Wręcz przeciwnie, ku rozczarowaniu wielu, jak pisze kronikarz Jan Długosz, król niegodność dawnego stanu swego nie tylko nie ukrywał, ale rad nawet o nim wspominał.
Jak było naprawdę? Czy zwycięzca spod Grunwaldu pozostał w głębi serca wierny wierzeniom przodków? Wstąpił na polski tron jako w pełni ukształtowany dwudziesto- czy trzydziestoparoletni (nie znamy dokładnej daty jego urodzin) mężczyzna. Trudno było mu wyzbyć się wyniesionych z Litwy przekonań i zwyczajów. Dlatego też nierzadko dziwił, a nawet szokował, polskich poddanych swym zachowaniem. Podobnie jak otoczenie króla, możemy się jedynie domyślać, co się za tym kryje.
Zaraz po wstaniu z łoża oraz przy wyjściu z domu monarcha miał w zwyczaju łamać w palcach gałązki lub słomki. Być może w ten sposób zwykł sobie wróżyć. Może pytał litewskich bogów o powodzenie planów w zaczynającym się dniu? Innym zwyczajem Jagiełły było zaplatanie w palcach włosów wyrwanych z brody. Czyżby władca tworzył wokół siebie magiczną ochronę przez urokiem?
Wyniesione z Litwy wielobóstwo sprawiało, że Władysław miał kłopoty z zaakceptowaniem podstawowego dogmatu wiary chrześcijańskiej o jednym omnipotentnym Bogu. Utrwalona przez tradycję anegdota świetnie oddaje nieortodoksyjne poglądy króla w tej materii. Otóż, Jagiełło miał udać się w święto Bożego Ciała na nabożeństwo do kościoła w Poznaniu (lub w Krakowie, jak chcą inne przekazy). Tam zobaczył figurę Zbawiciela depczącego rogatego diabła. Monarcha zafrasował się i kazał postawić przed rzeźbą Chrystusa świecę, a chwilę później – ku konsternacji obecnych – mniejszą wysłannikowi piekieł. Stąd poszło w lud powiedzenie: Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Niemiecki historyk Jakub Caro trafnie scharakteryzował jego postawę: Jagiełło odbierał impulsy raczej z tej sfery, która jest wspólna religiom, anieżeli z tej, która je rozdziela i wyodrębnia. Jego prostota i naturalna dusza pojmuje wszystko możliwe w katolicyzmie, ale nie przyjmuje wyłączności katolicyzmu, jego roszczeń do nieomylności.
Szczególnie mocno wstrząsnęło (w przenośni i dosłownie) królem wydarzenie z 1419 roku, które opisał Jan Długosz: Późną godziną podążył [król jadący na wozie ze swym orszakiem] z Poznania w kierunku Środy […]. Kiedy zaś przybyli do gaju położonego przed Tulczą, niebo z pogodnego i jasnego stało się nagle wzburzone i ciemne. Zaczęły się ukazywać groźne błyskawice i bić pioruny. A kiedy król wjechał do gaju i znalazł się koło góry położonej blisko lasu, piorun, który spadł z nieba z ogromnym i gwałtownym hukiem, swoim uderzeniem zabił cztery konie ciągnące wóz królewski i dwu ludzi ze służby królewskiej […], którzy idąc pieszo, podtrzymywali boki wozu od upadku. Zabił też [cztery] konie, których dosiadali [członkowie królewskiej świty]. Piorun zabił też konia króla, którego pokojowiec Forstek […] dosiadał […]. Władysław dygocąc z przerażenia, kiedy panowie i rycerze podbiegli do niego po uderzeniu pioruna i pytali go, jak się czuje, gdy przez długi czas z powodu utraty przytomności czy przerażenia nie dawał odpowiedzi. Rycerze opłakiwali go jak zmarłego. Odzyskawszy siły, które sparaliżował strach, podniósł się w końcu i zaczął mówić. […] Z tego uderzenia pioruna czuł król Władysław ból w prawej ręce, który w ciągu paru dni minął. Zostało mu pewnego rodzaju ogłuszenie, a szaty jego pachniały siarką.[…] Niektórzy też twierdzili, że jako neoficie przychodziły do głowy wątpliwości dotyczące wiary chrześcijańskiej. Jak na wiernego poddanego przystało, Długosz natychmiast dodaje: Ale on sam ani wtedy, ani potem nie przyznał się do występku swej chwiejności w wierze i nikomu bez trudu nie przyszło do głowy, że to było prawdą.

Niewątpliwie porażenie ogniem spadającym z nieba mogło skierować myśli króla ku wierze. Pytanie tylko której? Oczywiście Kościół dostrzegł w wydarzeniu palec Boży. Król miał być ukarany za poślubienie Elżbiety Granowskiej, swojej siostry duchowej (matka Elżbiety była matką chrzestną Jagiełły). Jagiełło jednak mógł uznać, że to nie jego nowy Bóg zesłał mu znak, lecz że w wielkopolskim lesie usłyszał i poczuł gniew najpotężniejszego z litewskich bogów – Perkuna, władcy piorunów. Piorun odgrywał ważną rolę w wierzeniach pogańskich Litwinów jako znak zwiastujący nieszczęście. Być może uderzenie pioruna oraz śmierć ukochanej żony rok później skłoniła sędziwego już króla do zatroszczenia się o miejsce wiecznego spoczynku.

Nowy Krzysztof
Oczywiste było, że król po śmierci dołączy do koronowanych poprzedników Władysława Łokietka i Kazimierza Wielkiego, pochowanych w krakowskiej katedrze na wawelskim wzgórzu. Miejscem najgodniejszym była nawa główna, tuż przy konfesji (czyli ołtarzu z relikwiarzem) św. Stanisława, biskupa i męczennika, patrona Królestwa Polskiego. Tu też stanął królewski grób – między kolumnami arkady oddzielającej nawę główną od południowej nawy bocznej, prawej dla wchodzącego do katedry.
Miejsce to wybrano jeszcze z innego względu. Otóż już w 1393 roku królowa Jadwiga ufundowała w tej arkadzie ołtarz pod wezwaniem św. Krzysztofa. Sam Władysław w 1421 roku, a więc w czasie, gdy powstawał jego pomnik nagrobny, uposażył ołtarz dodatkowymi sumami, zaznaczając w dokumencie, że mają być tam odprawiane msze za jego duszę.
Nabożeństwa do św. Krzysztofa nie były popularne wśród Piastów i Andegawenów. Nie fundowali oni kościołów ani ołtarzy pod jego wezwaniem. Skąd więc taki patron i dbałość o miejsce jego kultu?
Św. Krzysztof świetnie nadawał się na niebieskiego orędownika króla neofity. Podobnie jak Jagiełło, przyszedł na świat jako poganin i dopiero po latach przyjął chrzest. Za radą pustelnika osiadł nad rzeką, trudniąc się przenoszeniem podróżnych na drugi brzeg. Pewnego razu miał mu się ukazać Chrystus pod postacią dziecka, które święty przeniósł przez wodę, dziwiąc się niezwykłemu ciężarowi. Ta pobożna legenda objaśniała imię świętego: Krzysztof pochodzi od greckiego Christo phorus (niosący Chrystusa). Analogia wydaje się jasna – teraz nowym „niosącym Chrystusa” był Władysław Jagiełło, który zaniósł prawdziwą wiarę na pogańską Litwę. Ślady łączenia kultu św. Krzysztofa z Władysławem Jagiełłą znajdujemy również na Litwie. Na najstarszej pieczęci Wilna znalazł się wizerunek św. Krzysztofa przenoszącego Chrystusa przez rzekę. Teraz scena ta zdobi herb stolicy Litwy.
W tym świetle nie dziwi złożenie ciała króla w cieniu ołtarza jego świętego opiekuna. Wątek chrztu dodatkowo wzmacniał inny element wyposażenia katedry. Tuż obok arkady św. Krzysztofa stała chrzcielnica, w której ochrzczono litewskiego księcia. I ten chrzcielny motyw odnajdujemy w litewskiej heraldyce. W polu tarczy Trok, drugiego co do znaczenia miasta Wielkiego Księstwa, przedstawiono głowę Jana Chrzciciela. Trudno o czytelniejszą aluzję do Jagiełły – chrzciciela Litwy.
Pierwotnie nagrobek zwrócony był lekko na lewo od osi wyznaczonej przez szereg kolumn oddzielających nawę główną od bocznej. Wynikało to zarówno ze względów praktycznych, jak i głębszego przesłania religijnego. Wspomniany ołtarz św. Krzysztofa był oparty o kolumnę i trzeba było przed nim zostawić dość miejsca na mensę i celebransa. Nie mniej ważny (jeśli nie ważniejszy) był efekt ideologiczny. Przedstawiony na płycie nagrobnej władca przez wieczność miał kontemplować relikwie św. Stanisława i wraz ze zgromadzonym ludem uczestniczyć w nabożeństwach przy grobie świętego męczennika.
Dziś nagrobek Jagiełły stoi wciśnięty między kolumny podtrzymujące arkadę, równolegle do osi świątyni. To ustawienie pomnika jest wtórne. W latach 1749-1900 nagrobek stał w jednej z bocznych kaplic katedry. Gdy powrócił na pierwotne miejsce, nie było już ołtarza św. Krzysztofa, który zajmował część miejsca w arkadzie, a w nawie głównej potrzebne było miejsce dla żywych. Dlatego grobowiec „wyprostowano”.

Niezwykły pomnik niezwykłego władcy
Grób zwycięzcy spod Grunwaldu przyciąga wzrok wchodzącego do katedry. Przede wszystkim zwraca uwagę szlachetny materiał, w którym wykuto nagrobek. To przepiękny marmur węgierski o głęboko czerwonym połysku i białym żyłkowaniu. W takim kamieniu wykuto również nagrobki Jagiełłowego syna Kazimierza Jagiellończyka i jego wnuków Jana Olbrachta oraz Zygmunta I Starego. Także nagrobne przedstawienie ostatniego z Jagiellonów na polskim tronie Zygmunta II Augusta wyrzeźbiono w tym samym materiale.
Nie wiemy, kto był twórcą grobowca Jagiełły. Jedni historycy sztuki szukają śladów artystycznej inspiracji za Alpami – w kręgu mistrzów rzeźby quattrocenta, inni bliżej – na Węgrzech lub w Niemczech. Wszyscy są jednak zgodni – to dzieło niezwykłej klasy, niemające odpowiednika w Europie Środkowej. Nagrobek jest wspaniałym owocem złotej jesieni średniowiecza, kiedy w Europie ścierały się, jednocześnie uzupełniając, tradycje sztuki gotyku i prądy nowej epoki – renesansu.
Królewski grób ma formę kenotafium, czyli pozornego grobu. Trumna z królewskim ciałem nie została zamknięta w ścianach nagrobka, lecz spoczywa pod nim, w grobie umieszczonym pod posadzką katedry. Gdy więc nagrobek wędrował po katedrze, nie naruszano spokoju królewskich zwłok.
Kamienny król spoczywa wyprostowany, w spokojnej pozie, odziany w szatę zwaną jopulą, wciętą w talii i zapinaną na ozdobne guziki, na której znajduje się płaszcz królewski, podbity gronostajami i zapinany z boku. Całości dopełniają regalia – korona na głowie oraz berło w prawej i jabłko w lewej ręce. O tym, że mamy do czynienia nie tylko z królem, ale również rycerzem, świadczy rycerski pas na biodrach i ostrogi przypięte do trzewików, a przede wszystkim miecz schowany w pochwie oplecionej ozdobnym pasem, który monarcha podtrzymuje lewą ręką. Jan Długosz, który widział króla u schyłku jego życia, uważał, że nagrobek dobrze oddaje królewską postać i rysy.
Uwagę widza przyciąga monarszy profil. Jak pisze Karol Estreicher, który poświęcił nagrobkowi dogłębne studium, widzimy twarz wydłużoną o wzniosłym, łysym czole, przeoranym kilku zmarszczkami. Koło skroni pęki włosów, niżej małżowiny uszu dużych, mięsistych i płaskich.[…] Łuki brwi obejmują wielkie oczy, z powiekami jakby ledwo co przed chwilą zamkniętymi. Nos posiada garb i opada. Silnie wystają kości policzkowe. Wyraźne fałdy pod policzkami nadają twarzy grymas nieco ironiczny. Warga górna jest płaska, ale za to tym silniej występuje odwinięta gwałtownie warga dolna i ostry podbródek.
Głowa króla spoczywa na ozdobionej ornamentem poduszce, za którą leżą dwa lwy. To nie przypadek, gdyż lwy symbolizują królewski majestat. Jednocześnie są personifikacją brutalności, dzikości, nieokiełznanej siły. Z lwią symboliką wiąże się przedstawienie smoka o krokodylich kształtach, którego depcze władca. Smok oznacza dzikość, pogaństwo i szatana. Ta wieloznaczność pozwala na różnorodne interpretacje. Smok może przypominać o poskromieniu przez króla w zwycięskich wojnach nieprzyjaciół królestwa. Może również symbolizować smoka pogaństwa zgniecionego stopą nowego Krzysztofa.
Boki tumby zdobią tarcze herbowe – po trzy z dłuższych i po jednej z krótszych boków. Tarcze podtrzymują pary żałobników opłakujących zmarłego króla. Po prawicy królewskiej (od strony nawy bocznej) umieszczono tarcze z Orłem Białym, litewską Pogonią i herbem ziemi dobrzyńskiej, przedstawiającej popiersie męża o długich włosach i obfitej brodzie. Na lewym boku grobowca od strony nawy głównej powtórzono tarcze z Orłem Białym i Pogonią, a na trzeciej rzeźbiarz wykuł łeb tura (lub wołu) na tle szachownicy – herb Wielkopolski. U królewskiego wezgłowia umieszczono herb ziemi wieluńskiej: Baranka Bożego w aureoli i z chorągiewką, natomiast u królewskich stóp znajduje się herb Rusi – lew.
Heraldycy nie są zgodni co do interpretacji zespołu herbów. Kłopoty sprawia badaczom ustalenie, dlaczego podwojono tarcze z ukoronowanym Orłem i Pogonią. Orzeł Biały może symbolizować zarówno całe Królestwo Polskie, jak i Małopolskę. Ale dwie Pogonie? Być może zdwojone tarcze miały patrzącym z obu stron tumby ukazywać dwie główne części składowe władztwa Jagiełły i najważniejsze jego tytuły: króla polskiego i wielkiego księcia litewskiego.
Pozostałe herby (oprócz herbu Wielkopolski) dają się interpretować jako oznaczenie ziem odzyskanych przez Jagiełłę. Ziemię wieluńską odebrał Władysławowi Opolczykowi w 1392 roku, a ziemię dobrzyńską, utraconą w sierpniu 1409 roku, odbił w wielkiej wojnie z zakonem krzyżackim. Ruś natomiast trwale przyłączyła do Korony królowa Jadwiga w 1387 roku. Nagrobek byłby zatem wieczystym świadectwem chwały Władysława Jagiełły jako zwycięskiego wodza, odzyskującego utracone ziemie.
Możliwa jest też inna – niewykluczająca poprzedniej – interpretacja tarcz herbowych. Być może lew Rusi ma na tumbie podobne znaczenie co smok pod królewskimi stopami. Lew był nie tylko figurą władcy, ale też dzikości, grzechu czy samego szatana. Król więc depcze zło i występek.
Ale gdzie jest w tym labiryncie symboli Ten, którego Jagiełło „Krzysztof” zaniósł w litewskie ostępy? Gdzie jest Ten, w imię którego przyjął chrzest? Gdzie jest w tym kodzie miejsce dla Absolutu? Najprościej można odpowiedzieć – wszędzie. Nie zapominajmy, że nagrobek stoi pośrodku kościoła. Lecz to wytłumaczenie wydaje się zbyt proste. Tworzący zamkniętą strukturę symboli i znaków kod nie mógł pominąć tak ważnego elementu. I nie pomija. Symbol Boga jest tam, gdzie powinien być – nad głową monarchy. W figurze Baranka Bożego, symbolu Odkupiciela, na tarczy herbowej ziemi wieluńskiej.
Pogański stos w krakowskiej katedrze
Jest na nagrobku jeszcze jeden element, który nie poddaje się prostej i łatwej interpretacji. Dookoła, u jego podstawy, umieszczono figury ptaków (najpewniej sokołów) oraz psów. Rzeźbiarz nie ograniczył się do ustawienia figur, lecz cały ten „zoologiczny fryz” udramatyzował: psy skradają się od tyłu do ptaków.
Nie udało się znaleźć analogii dla takiego przedstawienia w średniowiecznej rzeźbie nagrobnej. Interpretacji jest prawie tyle ilu badaczy nagrobka Jagiełły. Jedni widzą w tym artystyczny komentarz do fragmentu Psalmu 21: Boże, ratuj duszę moją z łap psa. Inni odwołują się do znaków zodiaku – psy i sokoły podążają ze wschodu na zachód, tak jak gwiazdozbiory pchane Primum Mobile. Wśród uczonych przeważa jednak pogląd, że zwierzęce wizerunki są aluzją do łowieckich pasji króla. Polowanie było ulubioną formą rozrywki Władysława Jagiełły. Kiedy tylko nadarzała się okazja, monarcha udawał się w leśne ostępy na łowy. Wedle Jana Długosza, który, co tu ukrywać, za królem nie przepadał, Jagiełło był człowiekiem bardziej nadającym się do polowania niż do rządzenia krajem, a w zabawach myśliwskich ani miary zachować, ani czasu oszczędzać umiał. Nie dziwi więc, że król myśliwy zażyczył sobie, by wierni towarzysze polowań zostali uwiecznieni na jego nagrobku.
Ale jest też teoria bardziej niezwykła. Według niej rzeczone psy i sokoły są widomym śladem litewskich wierzeń zmarłego i pogańskich praktyk pogrzebowych. Może jednak piorun, który o mało nie pozbawił króla życia, wbrew zapewnieniom Długosza, skierował myśli monarchy w stronę litewskich zaświatów, krainy Welów?
Za tą teorią przemawia kilka przesłanek. Król nie byłby pierwszym z grona ochrzczonych Olgierdowiczów, którzy nie hołdowali katolickiej ortodoksji. Krewni Jagiełły mieli problemy z akceptacją chrześcijańskiej wizji życia pozagrobowego, gdy sami bądź ich bliscy wchodzili w „smugę cienia”. Nic w tym dziwnego – w obliczu śmierci pytanie „co po” staje szczególnie ostro.

Zebrał – Mreck

Dopamina, dąb zupa ząb, z PiS’imi wartościami.

okiws.bmp

Do niektórych tekstów zespół‭ „‬Skaldowie‭” pasuje jak ulał, do tego również mam nadzieję.
Nie jestem pewien czy z wątku tego już nie korzystałem,‭ ‬ale jak to się mówi raz na wozie, raz pod wozem. Wszystko zależy od dopaminy, od WR również.
Nie chcę ci ja na brzozę wchodzić,‭ ani tym bardziej osła poganiać, ‬bo to mądre zwierzęta. Koza to żywicielka narodu, w jego trudnych chwilach, kiedy uciskany bywał.‭ Abstrahując od tego, ‬chodzi mi tym razem, o białko z zarodkiem.‭ ‬Nie chcę zwalać na‭ „‬Skaldów‭”‬,‭ ‬ale to właśnie oni śpiewają,‭ ‬że‭ „‬życie jest formą istnienia białka‭”‬.
Nie będę się spierał o klauzulę sumienia w sprawie ‘In Vitro,‭ ‬bo wiem,‭ ‬że są w tej metodzie tworzenia życia pewne ograniczenia, wynikające z wyrzutów tego, co się zwie sumieniem.‭
Dotychczas nie ma odpowiedzi na pytanie,‭ z czego‬ życie się składa i jaka wola nim kieruje.‭ ‬Poseł Jarosław Gowin i prof. Bogdan Chazan, mają święte przekonanie i zarazem konflikt z definicją życia materialnego i jego duchowej substancji.‭ Słowem, nie chcą Pana Boga poprawiać i grzebać w jego zarodkach, by łańcuch DNA uzdrawiać np. ‬Taka chodząca polityczna wyrocznia.‭ ‬Ale mniejsza o Gowina i Chazana i ich poglądami, przecież nie muszę się z nimi zgadzać.
Sprawa z białkiem jest o wiele poważniejsza niż‭ „‬Skaldom‭” ‬się wydaje.
Przy obecnym stanie nauki nie można podać definicji,‭ ‬która by określała istotę życia.‭ ‬Uczeni w sugerują,‭ ‬że definicja taka jest niepotrzebna,‭ ‬gdyż życie jest jak woda,‭ od ‬której zależy również jakość piwa i wiele innych składników ludzkiej diety.
Życie człowieka i innymi organizmów zwierzęcych związane jest od dawien dawna z chemią, a chemia, to pył kosmiczny rozsiany po całym wszechświecie, który z czasem w sprzyjających okolicznościach, potrafi z siebie ewoluować w rozmaitych formach, których tą pierwszą sprawczą człowiek nazwał Bogiem. Jak naprawdę było, zawarte jest w słowach – wiem, że nic nie wiem.‭ ‬Od tego czasu historia ludzkości potoczyła się kamieniem milowym. W dzisiejszej Polsce liczy się na kroki. Jeden krok do przodu, dwa kroki do tyłu.
Powracając do kwestii merytorycznych.‭ Wielu uważa,‭ ‬że życie może być wyjaśnione jedynie w języku chemii.‭ ‬Na wieczną pamiątkę tej chemicznej konstatacji rosyjski uczony Dmitrij Mendelejew ustanowił swoją tablicę,‭ ‬z której do dziś z różnym skutkiem korzystamy.‭ ‬Z punktu widzenia biologii ośrodek czasu dla każdego mózgu‭ „‬tyka‭” ‬nieco inaczej i nie zawsze tak samo.
Największe wzmocnienie sygnału z dwóch niezależnych źródeł‭ (‬np.‭ ‬oko i ucho‭) ‬pojawia się,
gdy wzrok odbiera sygnał ok.‭ ‬150‭ ‬milisekund wcześniej niż słuch.‭ ‬Wtedy oba bodźce
rejestrujemy jako równoczesne.‭ ‬Gdyby oba bodźce dotarły faktycznie jednocześnie‭ ‬-‭ ‬nie
odebralibyśmy nic, albo prawie nic‭!
Dźwięk i obraz razem pozwalają zobaczyć‭ ‬np.‭ ‬królika w krzakach o zmierzchu,‭ ‬mimo że
szmer jaki wywołuje jest zbyt cichy,‭ ‬aby go zarejestrowało ucho,‭ ‬zaś kształt i barwa zbyt
niewyraźne,‭ ‬aby zarejestrowało go oko‭!
Wewnętrzny zegar zależy od hormonów.‭ ‬Niedobór neuroprzekaźnika:‭ ‬dopaminy spowalnia
upływ czasu‭ (‬np.‭ ‬choroba Parkinsona‭)‬,‭ ‬zaś nadmiar‭ (‬w schizofrenii‭), ‬przyspiesza.‭ ‬Poziom
dopaminy zależny jest od wieku:
-‭ Kikuletnim dzieciom czas się dłuży.
-‭ K‬ilkudziesięcioletnim ludziom płynie szybciej.
-‭ T‬ylko dwudziestolatkowie określają prawidłowo upływ czasu.
Udowodniono także,‭ ż‬e czas płynie inaczej w zależności od nastroju.‭ ‬Myszy pojone nie wodą,‭ ‬ale cieczą,‭ ‬w której atomy wodoru zastąpiono dwukrotnie cięższymi atomami jego izotopu‭ – ‬deuteru,‭ ‬wykazywały, że ich biologiczny zegar wewnętrzny, niezależnie od bodźców zewnętrznych:‭ ‬światło‭ – ‬ciemność,‭ znacznie ‬zwalniał.‭ ‬Czyli fizyczna zmiana środowiska zwolniła postrzeganie czasu.
Długość życia zależy od masy zwierzęcia.‭ ‬Im większa masa,‭ ‬tym wolniejsze tempo
metabolizmu.‭ ‬Wynika to z tego,‭ ‬że przyrost masy ciała następuje szybciej niż przyrost jego powierzchni,‭ ‬a nadmiar ciepła‭ (‬produkt uboczny metabolizmu‭) ‬oddawany jest przez skórę.‭ ‬Zatem osobnik o dużej masie musi mieć dość‭ ‬wolną przemianę‭ ‬materii,‭ ‬aby się ‭„‬nie zagotował‭” ‬wewnątrz.‭ ‬Dodatkowo, np.‭ ‬mysz ma więcej wrogów niż słoń,‭ ‬więc nie miała
czasu,‭ ‬aby wytworzyć mechanizmy wydłużające życie.
Niestety życie skracają wolne rodniki,‭ ‬czyli wolne,‭ ‬niesparowane elektrony tlenu,‭ ‬powstające
w wyniku przemian metabolicznych.‭ ‬Uszkadzają DNA i powodują mutacje.‭ ‬Aby temu
zapobiec pozostaje niskokaloryczna dieta.
Uważajmy zatem na cukrowego i politycznego zajączka.
Okazuje się,‭ ‬że wbrew temu,‭ ‬co o białku śpiewają‭ „‬Skaldowie‭”‬,‭ ‬nośnikiem życia nie jest jakakolwiek cząsteczka białka,‭ ‬nie jest nim również układ związków organicznych o właściwych stosunkach ilościowych i ich proporcjach.‭ Summa summarum,‬ życie to nie je bajka, o Raju, Szatanie i Edenie. Ono dobrze sobie radzi w każdych warunkach, również tych podziemnych, bo tam właśnie mimo wszystkich za i przeciw, rodzą się i rosną korzenie naszej radosnej ludokracji, która niczym oliwa, na wierzch zawsze wypływa, płynąc korytem prawa, sprawiedliwości i równości metaboliczno-politycznej, w siedmioletnim cyklu tłustych i chudych lat, wraz z cyklem biorytmu i innych kosmicznych uwarunkowań od naszych narodzin. Powiem krótko, za Ferdkiem Kiepskim, że o tych ważkich i ważnych sprawach, to nawet fizjologom się nie śniło nimi zajmować.
A zatem, chrońmy naszą ziemską świadomość, tą racjonalną i polityczną, przed zakusami wolnych rodników (WR-PiS), płynąc z nią zawsze pod prąd naszego ziemskiego żywota, by od gumna się oderwać.
Amen.
Ps. Wolne Rodniki (WR), to cząsteczki charakteryzujące się brakiem elektronu na zewnętrznej orbicie. Dążąc do uzupełnienia brakującego elektronu mają zdolność utleniania innych cząsteczek, czyli „przywłaszczania elektronu” od cząsteczek sąsiadujących. WR powstają w wielu procesach fizjologicznych (oddychanie komórkowe, reakcji obronne układu immunologicznego np. z udziałem makrofagów i limfocytów B) oraz na skutek działania czynników zewnętrznych (zanieczyszczonego powietrza, wysoko przetworzonej żywności, leków, przetrenowania organizmu) i chorobotwórczych (zakażenia wirusowe, bakteryjne czy grzybicze).

Zebrał i swoje dwa grosze wtrącił – Mreck

by na oczy przejrzeć ruszaj do ciężkowic

P1050046

Ciężkowice, obok Tarnowa, na mapie turystycznej Małopolski i Polski całej, jawią się jako malowniczo położona miejsko-wiejska gminna miejscowość. Tarnów jest dużo większy, ale nie o niego chodzi tym razem. Ciężkowice leżą nad rzeką Białą na Pogórzu Ciężkowickim. Można tu smacznie zjeść i odpocząć, choć niektóre jej atrakcje, takie jak kąpielisko, oraz źródło solno-alkalicznej wody siarkowej, z zawartością wolnego siarkowodoru, wskazanej przy leczeniu reumatyzmu, zapalenia nerwów, chorób skóry, oraz do inhalacji przy nieżytach dróg oddechowych, nie jest zagospodarowane. Odwiercone w roku 1954 źródło na wzgórzu Ostrusza (405 n.p.m.) – Rakuszowa, czeka cierpliwie na zagospodarowanie. Swoją atrakcyjność Ciężkowice zawdzięcza bogatej historii, oraz licznym przyrodniczym atrakcjom znajdującym się w pobliskim terenie. Historia, to legenda związana z Cieszko, stryjem Mieszka I, a pierwsze wzmianki o osadzie pochodzą z 1125 r., wieś była wówczas własnością benedyktynów tynieckich. Osada została założona w 1288 r., a zezwolenie na lokację nadał 29 lutego 1348 r. Kazimierz Wielki. Zasadzenie miasta dokonali dwaj mieszczanie ze Starego Sącza. Byli nimi bracia Minard i Mikołaj. Handlowano tu znanym ciężkowickim nabiałem, wyrobami tkackimi i rzemieślniczymi. W okresie po lokacyjnym miasto nosiło niemiecką nazwę Hardenberg. Przez Ciężkowice przebiegały liczne szlaki handlowe. Po drugiej stronie rzeki Białej w miejscowości Kąśna Dolna znajduje się dworek Ignacego Jana Paderewskiego, któremu bardzo spodobała się okolica. Tu między podróżami odpoczywał. Obecnie to jedyna zachowana posiadłość kompozytora. w roku 1903 Paderewski odsprzedał dworek. W 1979 r. dworek po wielu jego lokatorach przejęło Tarnowskie Towarzystwo Muzyczne, a w roku 1998 Urząd Rejonowy w Tarnowie dworek wraz z parkiem przekazuje w użytkowanie dla Centrum Paderewskiego.
Na cmentarzu z I wojny światowej w Bogoniowicach, nieopodal parku z dorodnym drzewostanem. Przy jednym z tych drzew odpoczywał król Jan III Sobieski. W centralnej części cmentarza wojennego znajduje się charakterystyczny nagrobek rotmistrza Oswalda von Richthofena z 2 GARDE ULANEN R.G.T. poległego 14 maja 1915 roku. Niektóre źródła piszą, że należał on do bliskiej rodziny pilota, którego nazywano /Czerwonym Baronem/.

DSC05310
Kolejną atrakcją Ciężkowic obok zabytkowego rynku z jego ratuszem i drewnianymi domami konstrukcji zrębowej z XVIII i XIX w., jest kościół parafialny pw. Pana Jezusa Miłosiernego i Świętego Andrzeja Apostoła z 1903 r. Powstał on na miejscu starej świątyni z roku 1336. fundowanej przez Kazimierza Wielkiego. Kościół projektował lwowski architekt Jan Karol Sas-Zubrzycki w stylu gotyku nadwiślańskiego. Od 2003 r. kościół jest Sanktuarium.

DSC05311

Znajduje się w nim cudowny obraz Chrystusa Miłosiernego Ecce Homo, podarowany miastu przez papieża Innocentego XI. Podobnie jak z pochowanym domniemanym bratem /Czerwonego Baroneta/, niektóre źródła podają, że darczyńcą cudownego obrazu Chrystusa Miłosiernego, „ECCE HOMO“, w 1632 r., był papież Urban VIII (1623-1644), a nie papież Innocenty XI (1676-1689). Obraz umieszczony jest w ołtarzu głównym, a jego losy i oddziaływanie niezwykle interesujące. Obraz po opuszczeniu Ciężkowic w roku 1720, powrócił w roku 1795.

DSC05312

Historia obrazu została uwieczniona na freskach bocznej nawy przez malarza Józefa Dudkiewicza, wykonawcy polichromii całego kościoła. W XVI wieku o dobrym urządzeniu miasta świadczyło funkcjonowanie tu: wodociągów, szpitala, młynów, folusza, postrzygalni, mnóstwa jatek, wagi – a także prawa do 13 jarmarków. W 1529 r., zasłynął na Rusi Czerwonej wikary – luteranin – Stanisław z Ciężkowic. W połowie XVI wieku notowano tu dużo przypadków odchodzenia od wiary katolickiej. W wyniku ataku zarazy w 1622 r., zmarło w Ciężkowicach ponad 1500 osób, a w czasie Potopu szwedzkiego notuje się wielki pożar i zniszczenia.  Skalny Rezerwat Przyrody /Skamieniałe Miasto/, o pow. 15 ha., został utworzony w roku 1948.

DSC05275

W roku 1968, do Skalnego Rezerwatu dołączył jego sąsiad,  przyrodnicza ciekawostka o pow. 1,6 ha. zwana /Wodospadem Ciężkowickim/, lub /Wąwozem Czarownic/. Głębokim na kilkadziesiąt metrów skalnym jarem, prowadzącym do miejsca o charakterystycznym mikroklimacie, do którego nigdy słońce nie dochodzi, a w którym to miejscu znajduje się oryginalny strunowy wodospad  – zimą zamarza i równie pięknie się prezentuje.
Powiadają, że /Skamieniałe Miasto/, to wynik kary boskiej, którą ściągnął na gród jego właściciel Cieszko, pragnąc zagarnąć wieś Kąśną, własność Rożena z Rożnowa. Patronem miasteczka jest św. Florian. Jego zabytkowy posąg stoi na rynku obok klasycystycznego ratusza.

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

Maria Salomea Skłodowska-Curie herbu Dołęga

Maria Salomea Skłodowska-Curie herbu Dołęga (ur. 7 listopada 1867 w Warszawie, zm. 4 lipca 1934 w Passy).
Albert Einstein mówił o Marii Skłodowskiej: – /Była jedynym człowiekiem niezepsutym przez sławę/.
Jako jedyna kobieta dwukrotnie otrzymała Nagrodę Nobla – w 1903 roku z fizyki wraz z mężem i Henrim Becquerelem za badania nad zjawiskiem promieniotwórczości, po raz drugi w 1911 – już samodzielnie – z chemii za wydzielenie czystego radu. Jako jedyny naukowiec Nobla otrzymała w dwóch różnych dziedzinach nauk przyrodniczych.
Pierwsza kobieta profesor na francuskiej Sorbonie. Jako jedyna kobieta pochowana w paryskim Panteonie.
18 lipca 1898 Maria Skłodowska-Curie i jej mąż Piotr Curie poinformowali świat, że odkryli polon. Uczeni nazwali nowy pierwiastek na cześć Polski.
Odkrywając polon i kilka miesięcy później rad, Maria Skłodowska-Curie stała się prekursorką współczesnej radiochemii.
Nowoczesna walka z rakiem zaczęła się od dwóch epokowych odkryć: promieni X, dokonanego przez Roentgena w 1895 r. oraz polonu i radu. Dało to impuls do rozwoju nowych gałęzi chemii, fizyki oraz medycyny.
Małżonkowie Curie sami poddawali się eksperymentom, wykorzystując do badań odkryte przez siebie pierwiastki. Piotr Curie poddał swoje ramię kilkugodzinnemu działaniu radu, a powstałą trudno gojącą się ranę obserwował i opisał.
M-C-S powiedziała:
– /Narażamy się na wiele rozczarowań, jeśli wszystkie nasze życiowe zainteresowania uzależniamy od uczuć burzliwych, jak miłość…/.
– /Niech każdy z nas, jak jedwabnik, tka swój kokon i nie żąda wyjaśnień, po co i na co. Jeżeli robota nasza będzie dobra, to powiemy sobie, żeśmy się nie gorzej od jedwabników zachowali. Reszta zaś nie od nas zależy/.
– /Polacy nie mają prawa opuszczać swojej ojczyzny!/.
– /Są uczeni-sadyści, którzy chętniej wyszukują błędy, niż stwierdzają prawdę/.
– /Życie układa się jakoś… Chociaż układa się źle/.
– /Człowiek nigdy nie ogląda się na to, co zrobione, ale na to patrzy, co ma przed sobą do zrobienia/.
M. Skłodowska była trzykrotną laureatką Akademii Nauk w Paryżu, posiadała doktoraty honorowe uniwersytetów m.in. w Edynburgu, Genewie, Manchesterze, była członkiem Akademii Nauk w Petersburgu, Bolonii, Pradze, członkiem Akademii Umiejętności w Krakowie. Przezwyciężyły jednak seksistowska postawa wobec kobiet i ksenofobiczna postawa wobec cudzoziemców. Pierwszą kobietę członkowie Akademii Nauk przyjęli ponad pół wieku później, w 1962 roku. Była nią Marguerite Perey, doktorantka Marii Skłodowskiej-Curie.
Wkrótce po porażce w Akademii ujawniony został romans Marii Skłodowskiej-Curie z fizykiem francuskim Paulem Langevinem, który trwał około roku, w latach 1910–1911. Langevin był żonaty i porzucił swoją rodzinę. Maria Skłodowska-Curie w oczach prasy, zwłaszcza brukowej, była osobą rozbijającą rodzinę Langevinów, w dodatku była od Paula o 4 lata starsza, a poza tym była cudzoziemką. Michel Langevin, wnuk Paula, ożenił się wiele lat później z Hélène Joliot, wnuczką Marii Skłodowskiej-Curie. Oboje byli, podobnie jak ich rodzice i dziadkowie, naukowcami (w ich przypadku – fizykami nuklearnymi). Hélène Langevin-Joliot jest obecnie emerytowaną dyrektorką badań w Centre national de la recherche scientifique w Paryżu.
Maria była zdeklarowaną niewierzącą i pochodziła z Polski, dla większości Francuzów była utożsamiana z bliżej nieokreślonym terytorium pod berłem rosyjskiego cara, gdzie znaczny procent ludności stanowili Żydzi – snuto przypuszczenia, że jest Żydówką (co w tamtych czasach było w ksenofobicznych kręgach Francji uważane za mocno podejrzane – nie ucichły bowiem jeszcze resentymenty, które kilkanaście lat wcześniej doprowadziły do sprawy Dreyfusa), pomimo że w rzeczywistości pochodziła ze szlacheckiego polskiego rodu Dołęga-Skłodowskich, a w dzieciństwie została ochrzczona w wierze katolickiej. Domniemania paryskich brukowców oparte były na tym, że Maria Skłodowska-Curie nosiła po babce drugie imię Salomea, które w Polsce było popularnym imieniem chrześcijańskim, zaś we Francji kojarzyło się z Salomé, używanym przez Żydówki.
Maria zaczęła tracić słuch i wzrok. W 1929 roku Maria Meloney zaprosiła Marię Curie jeszcze raz do Stanów Zjednoczonych. Tym razem za zebrane pieniądze ($80tys.) Maria kupiła gram radu dla Instytutu Radowego w Warszawie (obecnie Centrum Onkologii – Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie). Kluczyk do szkatułki z radem wręczył tym razem Prezydent USA Herbert Hoover. Maria przekazała bezcenny dar swojej siostrze Bronisławie. Szpital został otwarty przez obie siostry w maju 1932 roku.
Umiera 4 lipca 1934 r.

Zebrał Mreck

OTW

Olibanum.bmp

Grawitacja, to obszar naszej aktywności w przestrzeni, w której się poruszamy, oddziałując na siebie w rozmaity sposób, nawet o tym nie wiedząc. Albert Einstein, już w roku 1916 ujął ten stan wzorem w teorii (OTW), która być może jest praktyką, z którą na codzień się stykamy.
Temat grawitacji jest tematem wdzięcznym, powstał nawet film pod tytułem /Grawitacja/, który zdobył uznanie Akademii Filmowej w Stanach. Nauka nie owija grawitacji w bawełnę dywagacji, pisząc o niej wprost, że grawitacja, to jedno z czterech oddziaływań podstawowych, będące zjawiskiem naturalnym polegającym na tym, że wszystkie obiekty posiadające masę oddziałują na siebie wzajemnie przyciągając się.
Czy tego chcemy czy nie z grawitacji trzeba zdawać sobie sprawę. Starzy ludzie powiadają i jest o tym napisane w książkach, że grawitacja może zabić, nawet w kościele drewnianym. Można się też w obszarze grawitacji utopić wpadając do głębokiej wody i nie umiejąc pływać. Będąc w stanie nieważkości możemy spowodować wypadek jadąc na przykład na hulajnodze, o rowerze, motocyklu i samochodzie nie wspominając. Należy pamiętać, że pod wpływem złej grawitacji nie wolno nam zasiadać za kierownicą. Natomiast co nie jest zabronione jest dozwolone, ale trzeba uważać, by za bardzo się nie rozbujać. O skokach na głowę do basenu bez wody, albo złudzeniem optycznym, że woda jest w basenie, pisał nie będę, bo to już nie jest grawitacja, a pustka, zwana także, ludzką głupotą. Mamy jej więcej wokół siebie, ale zanim o niej napiszę należy wspomnieć o historii pewnej grawitacji ukrywanej w czasoprzestrzeni, a związanej z osobą duchowną i świecką, która w wyniku dociekania prawdy, została spalona na stosie w 1600 roku. Przypadek ten wiąże się z OTW Alberta, bo nie możemy mówić o wielkościach fizycznych takich jak prędkość czy przyspieszenie, nie określając wcześniej układu odniesienia, oraz że układ odniesienia definiuje się poprzez wybór pewnego punktu w czasoprzestrzeni, z którym jest on związany.
No cóż, szkoda człowieka. Papież Jan Paweł II, przepraszał wiernych za ten głupi wybryk kościelnej inkwizycji, ale mleko zostało rozlane i nadal śmierdzi, choć kadzą ją w żarze żywicznych substancji zapachowych z dodatkiem aromatycznych roślin w naczyniu zwanym powszechnie kadzielnicą. Kropi się przy tym przestrzeń wokół siebie wodą święconą, by odpędzić złe moce. Taką mamy i dziś rzeczywistość w naszym państwie, w której ludzi, o racjonalnych przekonaniach żywcem się nie pali, ale dopuszcza, by byli piętnowani i wyszydzani, przez bezmyślny motłoch. W całym tym zakłamaniu najgorsze jest to, że niby świeckie Państwo przykłada do tego swoją urzędową rękę, pisząc o tym w Preambule swojej Konstytucji. Jedną ręką odbiera nabyte prawa obywatelom, zrównując ich w prawie z pospolitymi zbrodniarzami, a drugiemu Państwu w Państwie pozwala się wzbogacać kosztem innych i wspomaga go we wszystkich niemal działaniach, usprawiedliwiając się tzw. przyzwoleniem społecznym i nową rzeczywistością ustrojową. Na szczęście nie mam kieszeni, bo moło by się w niej coś otworzyć.
Czasy się zmieniają. Dowodem tych zmian jest cena kadzidła, która w czasach przed Rzymskim Imperium była wyższa od wartości złota.
Oprócz OTW Alberta Einsteina polecam Olibanum. Odświeżający, cytrusowy aromat tego kadzidła sprawia, że od tysiącleci jest używane w rytuałach oczyszczających i w medytacji. Być może paląc go we własnej przestrzeni doznamy namiastki wolności od tej którą proponuje Kościół i zwązani z nim politycy i ci wszyscy, którzy postanowili być niewolnikami tej dziwnej grawitacji.
Na koniec dodam iż stwierdzono ponad wszelką wątpliwość, że grawitacja Olibanum działa leczniczo na organizm ludzki, albowiem zawiera w  seskwiterpeny zwiększające utlenowanie mózgowia aż o 28%, co bardzo korzystnie wpływa na pracę podwzgórza, a tym samym gospodarkę hormonalną, stany emocjonalne, procesy uczenia się i zwiększa odporność organizmu. Chciałoby się powiedzieć – nic dodać, nic ująć, ale się niestety nie da, bo dziś środa popielcowa. Zgodnie z rytuałem środy popielcowej, po wypaleniu Olibanum należy posypać jego prochem głowę, by pamiętać że na tym łez padole naszej grawitacji, nie uprzykszać sobie dodadkowo życia.

Mirosław Nazaruk