Archiwa kategorii: polityka

o psychopatii i psychonerwicy SŁÓW KILKA

STRZELNICA DZIKA

Psychopatia i psychonerwica odpowiadają przeciwnym biegunom struktur psychologicznych i społecznych. Pierwsza jest strukturą prymitywnych popędów, zintegrowaną na niskim poziomie; druga jest strukturą zintegrowaną, jednopoziomową lub wielopoziomową. Struktura psychopatyczna podporządkowuje sobie inteligencje jako narzędzie pozostające na jej usługach. W psychonerwicy inteligencja jest podporządkowana różnym zdezintegrowanym strukturom. Jest to podporządkowanie dość luźne, zmieniające się w swoim sprzężeniu z dynamizmami uczuciowymi, albo też sprzęgnięte z nimi w ścisły związek przy wysokim, pozytywnym rozwoju psychoneurotyka. Psychopata nie przeżywa żadnych konfliktów wewnętrznych, ani jednopoziomowych, ani – tym bardziej – wielopoziomowych, wywołuje natomiast często konflikty zewnętrzne. Psychonerwicowiec natomiast, z reguły przeżywa konflikty wewnętrzne jednopoziomowe, a częściej wielopoziomowe, natomiast słabe, lub nawet niknące w miarę rozwoju osobowości są konflikty zewnętrzne. Psychopata wykazuje udaną, powierzchowną syntonię. Z reguły jednak nie przeżywa syntonii, a tym bardziej autentycznej empatii. Dąży do zaskarbienia sobie względów innych ludzi, szukając w ten sposób korzyści dla siebie. Psychonerwicowiec jest prawie z reguły empatyczny, chociaż nie zawsze potrafi okazać tą empatię. Przejawia współczucie, rozumienie innych, przeżywa smutki i krzywdy innych, niosąc im pomoc. Psychopata nie rozumie wielopoziomowości globalnej, szerokiej, jest „głuchy i ślepy“ na wyższe wartości, jest „wąski“, stereotypowy. W swych dążeniach ambicjonalnych jest silny i bezwzględny wobec innych. O takich osobnikach mówi się, że „idą po trupach“ do celu.
Psychonerwicowcy są zahamowani i bojaźliwi, często lękliwi, przeżywający depresje i obsesje. Są wybitnie wrażliwi na hierarchię wartości.
Psychoneurotycy są do pewnego poziomu rozwoju rozbici, przejawiają słabsze lub silniejsze dynamizmy rozwojowe, mają lub rozbudowują psychiczne środowisko wewnętrzne. Wielopłaszczyznowa i wielopoziomowa postawa, liczne dynamizmy rozbijające niższe, a budujące wyższe poziomy funkcji uczuciowych i popędowych dają bogactwo twórcze, choć dostarczają przeżyć dramatycznych, ciężkich, nawet tragicznych w dążeniu do osiągania coraz wyższego poziomu osobowości, do wtórnej integracji.
Psychopaci nie mają psychicznego środowiska wewnętrznego. Są prymitywnie scaleni, nie mają z reguły ciężkich przeżyć, nie przejawiają też wyżej wymienionych dynamizmów. Nie przejmują się własnymi dramatami i tragediami, bo w ich przeżyciach owe dramaty i tragedie niw mają żadnej głębi, większego napięcia, czy psychicznej agonii. Jednostki psychopatyczne kierują się zawsze wąskimi ambicjami i celami. Myślą głównie o osobistej karierze i wywyższaniu się w społeczeństwie.
Cele psychoneurotyków są z reguły szersze, hierarchiczne, zawierają elementy społeczne, filozoficzne, egzystencjalne. Hierarchia wartości powoduje u nich napięcie psychiczne typu moralnego i egzystencjalnego, dążenia do wglądu w siebie i otoczenie, dążenia do uzyskania wyższego poziomu rozwoju, sięgnięcia do wyższych wartości. Ideał osoby odgrywa w życiu psychoneurotyków rolę zasadniczą. Dynamizacja takiego ideału ma poważne znaczenie dla rozwoju osobowego.
Psychopaci nie mają zazwyczaj głębokich, wyłącznych związków miłości i przyjaźni. Jeżeli spotyka się u nich związki takich uczuć, to są one całkowicie podporządkowane ich interesom, ich celom, ich stylowi życia.
Psychoneurotycy uczucia przyjaźni i miłości traktują najczęściej w sposób idealistyczny. Mają potrzebę wyłączności, niepowtarzalności uczuć, pragną zatem utrwalania związków uczuciowych, pracując nad ich pogłębianiem. Przeżywają nigdy nie zaspokojone potrzeby miłości i przyjaźni.
Psychopaci uważani są na ogół przez społeczeństwo za ludzi dających sobie radę, mocnych, sprawnych organizacyjnie i niemających konfliktów wewnętrznych. Są oni przy pierwszych kontaktach oceniani pozytywnie. Budzą zaufanie do swojej „mocnej postawy“, do swojej zaradności, pewności siebie. To wszystko stwarza wrażenie, że można się na nich oprzeć, że mogą dać gwarancję spokojnego życia innej osobie.
Psychonerwicowcy mają w tej dziedzinie życia dużo mniejsze powodzenie; budzą dużo mniejsze zaufanie i zyskują dożo mniejszą aprobatę zrażając innych swymi zachowaniami – zahamowaniami, wzmożoną pobudliwością psychiczną, wahaniami, depresjami, stanami lękowymi, a niekiedy swymi dziwactwami.
Pośrednią grupę stanowią tzw. osoby normalne, które znajdują się na granicy normy i psychopatii. Są grupą „pogranicza“. Część ich cech jest podatna, a część – niepodatna na rozwój. Na granicy między wyższą normą, a psychonerwicą, znajduje się inna grupa osób, bardziej podatna na rozwój, na rozumienie psychoneurotyków i ich wpływy. Im więcej jest osób na pograniczu psychopatii i tzw. normy, tym więcej niebezpieczeństw zagraża rozwojowi społeczeństwa RP. Im liczniejsze są grupy z pogranicza wyższej normy i psychonerwicy, tym większe są nadzieje na pozytywny rozwój społeczny RP.
Chodzi więc o zrozumienie przez psychologów, psychiatrów, wychowawców istoty stosunków społecznych w państwie, pomiędzy wspomnianymi trzema grupami i wielkiej pozytywnej roli jednostek o wzmożonej pobudliwości psychicznej oraz psychonerwicowców dla pozytywnego postępu społecznego, w obecnych czasach rządów jednostki.

Kazimierz Dąbrowski – /Trud istnienia/

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

“CZARNE SĘPY”– ODDZIAŁ STANISŁAWA KOSIENIAKA

Znalezione obrazy dla zapytania stanisław kosieniak

/…„Nie namyślał się długo. Uderzył Kosieniaka siekierą w głowę tak, że ostrze wbiło się w czoło na głębokość 12 cm. Uderzony odrzucił głowę do tyłu. Pietras trzymając mocno stylisko siekiery, próbował ją wyrwać z czoła Kosieniaka, ale się nie udało. Wtedy z desperacją szarpnął siekierę z całej siły w górę i tak uwolnionym ostrzem uderzył budzącego się w tym czasie Muchę. Ten oszołomiony snem, zasłonił głowę lewą ręką. Pietras jednym ciosem uciął mu ją poniżej łokcia i zadał ranę w poprzek czoła. Ostatnim uderzeniem – jak sądził – zabił Muchę. Ten jednak jeszcze żył, lecz była to tylko przedłużająca się agonia…”

Znalezione obrazy dla zapytania stanisław kosieniak
– Tak pisał w książce /Krwawe upiory/, Adam Kazimierz Musiał.
Po zabiciu „bandytów“ przez Pietrasa, trupy złożono w szopie przy posterunku, a po trzech dniach zakopano na polu, przy drodze gromadzkiej. Przechodnie obchodzili mogiłę z daleka, wciąż żywiąc dziwny lęk. W taki sposób zginął osławiony bandyta i watażka, herszt bandy – „Czarny sęp” – dziś pewnie żołnierz wyklęty. Zabójca wielu niewinnych ludzi, kat własnego brata i żony, którego imię do dzisiaj wypowiadane jest z odrazą i lękiem. Stanisław Kosieniak już od najmłodszych lat dał się poznać w okolicy.

Znalezione obrazy dla zapytania stanisław kosieniak
Urodził się w 1914 roku w Siedliszowicach koło Żabna, w powiecie dąbrowskim. Ukończył zaledwie cztery klasy szkoły podstawowej. Pochodził z licznej rodziny i chociaż jego ojciec cieszył się poważaniem w okolicy, matkę nazywano Tatarką, przypisując jej pochodzenie od niegdyś osiedlanych na tych terenach jeńców /Złotej Ordy/. Służbę wojskową odbył w tarnowskim 16 pp. i zapamiętany został jako dobry strzelec o bardzo precyzyjnym oku. Już we wczesnej młodości znany był z niebywałego okrucieństwa i umiłowania do napadów. Podejrzewany o popełnienie przestępstwa skutecznie zastraszał świadków. Poniższa historia doskonale opisuje sposób działania Kosieniaka: „Oto podczas przeprawy przez Dunajec natknął się na patrol policji. Wezwany do zatrzymania, wyciągnął broń i ranił z niej policjanta Franciszka Gładkiego. Ten wprawdzie rozpoznał napastnika, ale podczas rozprawy sądowej Kosieniak posłużył się fałszywym świadkiem – znajomą dziewczyną, która zeznała pod przysięgą, że ową noc spędziła z oskarżonym. Sąd wydał wyrok uniewinniający. To rozzuchwaliło młodego człowieka jeszcze bardziej. Wkrótce potem, podczas gry w karty w Pierszycach nie dopisało mu szczęście. Nie mogąc znieść przegranej i chcąc zaimponować partnerowi, zaproponował mu siłowanie się na rękę. Jednakże znowu przegrał. Zirytowany śmiechem obecnych tam kolegów, wyjął pistolet i wypalił do przeciwnika, przestrzeliwując mu na wylot klatkę piersiową. Świadków incydentu zastraszył, mówiąc, że jeśli zgłoszą o wszystkim policji, to donosicieli powystrzela.”. Do wybuchu II wojny światowej banda Kosieniaka dokonała licznych napadów, zgwałceń i morderstw. Miejscowa ludność pomimo nienawiści do opryszków, bojąc się o swoje życie, bardzo sporadycznie zgłaszała przestępstwa szajki na policję. Kosieniak i jego kompani rządzili niepodzielnie powiatem dąbrowskim, zapuszczając się nawet do Tarnowa. W 1939 roku Kosieniak został zmobilizowany i miał ruszyć z 16 pp. na wojnę. Jednak po ciężkim zranieniu w trakcie bójki na dworcu w Żabnie musiał pozostać w domu. Po wyzdrowieniu zaczął zbierać broń porzuconą przez wycofujące się wojska i gromadzić ją w specjalnie zrobionych skrytkach. Już wtedy marzył o stworzeniu oddziału zbrojnego pod swoim dowództwem. Z nastaniem okupacji dobrał sobie wspólnika Ludwika Stokłosę, który towarzyszył Kosieniakowi w jego nocnych wypadach. Któregoś dnia niemieccy żandarmi złapali Kosieniaka i uwięzili w Dąbrowie Tarnowskiej, ale w trakcie spaceru bandyta wskoczył na dach przyległej do więzienia szopy i uciekł. Od tego dnia rozpoczął się najbardziej krwawy okres w historii Stanisława Kosieniaka. Zbiegły z więzienia bandyta skupił wokół siebie innych ukrywających się przed gestapo, podobnych sobie ludzi. Bandyci działali najczęściej nocą i stale zmieniali miejsce pobytu. Akcje grupy rozpoznawano po sposobie jej działania, a samego Kosieniaka po charakterystycznym zachowaniu i swoistym sposobie mówienia.
„Czarne Sępy” dokonywały najczęściej napadów po prawej stronie Dunajca, ukrywając się na cmentarzu w Wietrzychowicach. Rosły tam wysokie drzewa, a murowane ogrodzenie dawało bezpieczne schronienie. Pewnego razu Karol Boksa, kosząc trawę, zauważył w południe dym unoszący się znad cmentarza. Zaintrygowany zbliżył się i zobaczył szajkę Kosieniaka, gotującą strawę. Boksa został poczęstowany obiadem, a następnie musiał przysiąc, że nigdy nie powie nikomu, o tym, co widział. Zaufanym człowiekiem „Czarnych Sępów” był rolnik Jan Boksa z Woli Rogowskiej, o przezwisku „Rybak”. Nie brał wprawdzie udziału w wypadach szajki, ale często dawał schronienie ludziom Kosieniaka, a raz ponoć uczestniczył w podziale łupów. Do zaufanych szajki zaliczał się również Michał Piątek z Woli Przemykowskiej. Nie było w tych czasach tygodnia, by miejscowa ludność nie dowiadywała się o nowych napadach. Skala zbrodni była tak wielka, że każdy dzień życia „Czarnych sepów” można opisać w osobnym artykule. Do walki z groźnym oddziałem zaangażowały się oddziały granatowej policji, niemiecka żandarmeria i partyzanci z ZWZ. Zwyrodnienie bandyty Kosieniaka ilustruje opis najkrwawszego napadu dokonanego na dwór dziedzica Zygmunta Wysockiego. Adam Kazimierz Musiał pisze: „Niebawem zawitali do dworu dziedzica Zygmunta Wysockiego. (…) Stanisław i Tadeusz Kosieniakowie wraz z Ludwikiem Stokłosą zjawili się wieczorem, uzbrojeni w karabiny, rewolwery i granaty. Byli podpici, a jeszcze przynieśli ze sobą wódkę. Pani Justyna Wysocka spała na piętrze. Zaczęli dobijać się do okna pokoju na parterze, gdzie spały jej dzieci: trzyletni Henryk, sześcioletni Antoni oraz siostra pani domu, siedemnastoletnia Franciszka Roztworowska. Wysocka otworzyła drzwi przybyłym i zapytała, czego chcą. Odpowiedzieli, że chcą zobaczyć dzieci. Kobieta starała się nie wpuścić ich do domu, tłumacząc, że dzieci mogą się przestraszyć. W końcu musiała ustąpić. (…) Wysocka poprosiła natrętów, aby sobie poszli, ale ci rozsiedli się i pili wódkę. Kiedy w pewnej chwili Tadeusz wyszedł z pokoju po papierosy, Stanisław usiłował zgwałcić Justynę Wysocką; ponieważ stawiała opór, chwycił ją za włosy i ciągnął po schodach do osobnego pokoju, strzelając po drodze w drzwi. Tadeusz próbował uspokoić brata, w końcu uderzył Stanisława w twarz. Rozwścieczony Stanisław wpakował mu wtedy kulę prosto w pierś. Następnie podszedł do pani Wysockiej i strzelił do niej z pistoletu, celując w twarz, aż upadła. Strzelał jeszcze do martwego ciała. Potem znów strzelał do trupa brata (…) Po tym okrutnym mordzie Stanisław Kosieniak wraz z Ludwikiem Stokłosą udali się do wsi, aby rozprawić się z rzekomymi niemieckimi konfidentami. Najpierw zjawili się w sklepie, będącym własnością rodziny Słupków. Stanisław i Maria Słupkowie byli już w łóżkach, Kosieniak wpadł do domu z karabinem, a w ganku na warcie pozostawił swego kompana. Wśród przekleństw zastrzelił gospodarzy i ich córkę. Drugą – Bronisławę, z którą przyjaźnił się dawniej, zabrał ze sobą. Następnie wywołał z domu sołtysa Władysława Literę oraz jego żonę Teklę i oboje ich zastrzelił”.
Stanisław Pietras, człowiek który zabił zbrodniarza Kosieniaka i jego kompana Muchę, dobrowolnie zgłosił się na posterunek policji granatowej, lecz został uwolniony, a następnie wynagrodzony zegarkiem po zabitym Kosieniaku i drobną sumą pieniędzy. Rodziny zabitych długo szukały pomsty na Pietrasie, lecz bez skutku. Po wojnie oskarżyli go przed UB o zdradę i morderstwa na niewinnych ludziach, ale Pietras obrósł w legendę pogromcy największych morderców Powiśla i został uniewinniony.

W 1962 roku odwiedził Pietrasa syn Kosieniaka, ale bez chęci odwetu.

Adam Kazimierz Musiał – /Krwawe Upiory/

Jerzy Reuter – (Gazeta Krakowska)

Zebrał – Mreck

NIEKTÓRE PARAGRAFY Z KODEKSU BOZIEWICZA

Znalezione obrazy dla zapytania kodeks boziewicza

„Krytyki i sądy odnoszące się do naukowej, literackiej lub w ogóle do fachowej umiejętności i działalności nie mogą być powodem do zadość uczynienia honorowego, o ile zostały wypowiedziane bądź napisane rzeczowo i bez osobistych zniewag“.
Nie wiadomo jednak jak potraktować paragraf 1, w którym Boziewicz głosi, że:
„…należy uważać każde, nawet najdrobniejsze zadraśnięcie miłości własnej obrażonego, słowem, to wszystko, co on jako zniewagę uważa, nawet wówczas, gdy osoba druga będąca na miejscu obrażonego, nie czuła się tym drobiazgiem obrażona…“.
Widać jak na dłoni, że ów pierwszy paragraf zdaje kwestię obrazy w zupełności na widzimisię danej jednostki. Paragraf 1 przekreśla wszystkie inne definicje obrazy, tą również zawartą w paragrafie drugim, który powiada:
„Obrazę tedy powoduje każde oświadczenie, zachowanie się, względnie działanie, które może zaszkodzić dobremu imieniu danej osoby, lub poniżyć ją w opinii ogółu.“
Te dwa paragrafy pierwszy i drugi, najzupełniej przeczą sobie: jeden stawia sobie definicję obrazy jako rzecz zupełnie subiektywną, drugi określa ją ściśle obiektywnie; wedle pierwszego obrazą może być wszystko, wedle drugiego tylko rzecz poważna; najbardziej jednak dziwić może, że te dwa przeczące sobie paragrafy autor łączy słówkiem „tedy“, tak jakby jeden z drugiego wynikał! Budzi to wątpliwości, czy w ogóle autor zdaje sobie sprawę z wartości słów i z istoty ścisłego sformułowania myśli, które muszą być zasadą każdego kodeksu. Przypadek paragrafu 1 określa i przekreśla właściwie wszystkie i dalsze paragrafy: jakąż bowiem może mieć wartość np. paragraf 40, orzekający wyraźnie, że:
„Posłów i senatorów nie można pociągnąć do odpowiedzialności honorowej za ich mowy, o ile w tychże nie mieściły się osobiste obrazy…“, skoro samo pojęcie obrazy poddano kryterium osobistego poglądu?
Idźmy dalej. Przechodzimy do ważnego określenia, kto jest człowiekiem honorowym. Mówi o tym paragraf 30:
„…osoby mające ukończone szkoły średnie w zasadzie muszą być uznane za osoby honorowe. Paragraf 32 dorzuca również te osoby, które dzięki swej inteligencji, mimo braku wykształcenia średniego, w rzeczywistości dorównują poziomowi umysłowemu człowieka posiadającego średnie wykształcenie… Nie można zatem odmówić zadośćuczynienia honorowego np. mechanikowi, który skutkiem swego wynalazku dał świadectwo swej umysłowości etc.“. A zatem mechanik, który pracuje rzetelnie, ale wynalazku nie dokonał, nie jest człowiekiem „honorowym“. Teraz pytanie nasuwa się kolejne, kto będzie oceniał ten „wynalazek“ i oceniał jego wartość, czy jest na tyle doniosły, aby dać mechanikowi godność człowieka honorowego? Wiele nieoczekiwanych zadań spada na sekundantów!
Paragraf 33 powiada, że „Dzięki wybitnemu stanowisku społecznemu muszą być w zasadzie uważane za honorowe osoby nie posiadające nawet wymogów wynikających z paragrafów 30 i 32; np. przemysłowiec, prezes Klubu etc.“. Ale czy wiceprezes jest honorowy? A sekretarz? A przemysłowiec, który nie piastuje żadnej godności już nie może sobie rościć żadnych pretensji do honoru?
Następuje paragraf 34: „Jako zabytek rycerskości wieków średnich, wszyscy autorzy kodeksów honorowych przyznają prawo do dawania i żądania zadośćuczynienia honorowego osobom stanu szlacheckiego, bez względu na wymogi wynikające z paragrafów 30, 32 i 33.“. Dziwi trochę to rozróżnienie rycerskości wśród obywateli, bo przecież jesteśmy krajem demokratycznym i że się cieszymy równością praw obywatelskich, tymczasem widzimy, że mechanik musi aż dokonać wynalazku, a przemysłowiec zostać prezesem Izby, aby się równać w prawach honoru ze szlacheckim synkiem, który dwóch klas nie skończył? Czy to nie jest podważaniem samych podstaw naszego ustroju w duchu junkersko-szlacheckim?
Wedle paragrafu 11, ów szlachcic-analfabeta jest dobrze obwarowany: p. Boziewicz zwalnia go od wszelkiego cenzusu naukowego, ale zarzut „nieuctwa“ mieści pomiędzy obrazy ciężkie.
Uniesiony zapałem kodyfikowania honorowego całego świata, p. Boziewicz bierze się z kolei za duchownych. Zwalnia zakonników od obowiązków honorowych, mimo, że przyznaje, iż „muszą być w zasadzie uważani za ludzi honorowych“, natomiast księża świeccy:
„…mogą, aczkolwiek nie muszą, żądać zadość uczynienia honorowego w razie zaistnienia obrazy, albowiem żądanie takie nie może być w żadnym wypadku równoznaczne z dążeniem do uzyskania zadośćuczynienia z bronią w ręku. W pierwszej bowiem linii zastępcy honorowi obu stron muszą dążyć do załatwienia sprawy w sposób odpowiedni do warunków i okoliczności, a zatem w danym wypadku bezwzględnie starać się nie dopuścić do starcia orężnego.“
„Bezwzględnie się starać“… jedno określenie wyklucza drugie. „Starać się“ mieści w sobie „domniemanie“, że staranie może się nie udać, a wówczas co? Ksiądz musi stanąć na placu, albo mu wyrżną jednostronny protokół? Charakterystycznym rysem „ekspansji panhonorowej“ jest, że w pierwszym wydaniu tego kodeksu (1919) autor zwolnił wszelkie osoby duchowne od „świeckich obowiązków honoru“, w roku 1927, po dojrzałym namyśle, podciągnął pod nie wszystkich księży nie zakonników. Księdzu zawsze zostanie odwołanie od Boziewicza do samego Bozi.
Ostatecznie może ktoś sobie postawić Boziewicza choćby na ołtarzyku i modlić się do niego co dzień – jest dziwnym i niebezpiecznym to porozumienie z Boziewiczem. Warto zajrzeć do kodeksów Zamoyskiego i Krzemieniewskiego może w nich dla honoru świeci światełko w tunelu.

Zebrał – Mreck

FILEMON I BAUCIS…

Remont Dworku

(mit. gr.) małżeństwo biedaków frygijskich, które – mimo swego ubóstwa – przyjęło gościnnie Zeusa wędrującego z Hermesem po kraju; w nagrodę Zeus zmienił ich ubogi domek w świątynię i powierzył ją ich opiece, po śmierci zaś zamienił oboje w drzewa (dąb i lipę) splecione ze sobą korzeniami; symbolizują gościnność i wierność małżeńską.
I pomyśleć, że ta mitologiczna historia wplata się również w historię jednego z tarnowskich dworków podmiejskich, których kilka było w okolicach Tarnowa. Niektóre z nich ocalały i każdy ma swoją legendę. Ta o Filemonie i Baucis dotyczy dworku przy ulicy Batorego. Wspomina o nim w swojej książce /Mój Tarnów/, tarnowski historyk, pan Antoni Sypek. Ja dodam tylko kilka zdjęć do tej opowieści;

Remont Dworku

która ma również związek z X Eustachym Sanguszką z Gumnisk i ówczesnymi lokatorami tego obiektu, małżeństwem Kostasiów, ich wnuczką i dwoma drzewami, które dziś są już tylko wystającymi z ziemi ściętymi okazałymi jeszcze pniami, byłych dorodnych i strzelistych niegdyś topól.
O losach dworku wspomina również tarnowski tygodnik TEMI (42/2017) w tekście Wiesława Ziobro /Ruiny dworku przestaną straszyć/. Dobrze by było, by przy okazji jego remontu duch mitologii odżył w jego starych murach  i być może sadzonkach drzew Filemona i Baucisa.

Pień topoli przy dworku

Pień topoli przy dworku
Być może już wkrótce tak się stanie i w swojej pamięci obudzi w sobie czasy, które Józef Szujski zamieszkały obok, dobrze zapamiętał…

Mreck

ARTYSTA JAKO PROTEZA …

Marek Piwowski

Teresa Krzemień : – W 1979 roku powiedział pan Januszowi Głowackiemu w wywiadzie dla „Kultury“ rzecz następującą: cholera, nie wiadomo, z kim się teraz identyfikować …
Marek Piwowski: – nie pamiętam. Uważam nadto, że wszystkie wywiady są nieszczere. Bo wówczas ludzie kogoś udają i najczęściej odchodzą od własnych przekonań i własnego ja. Robią to po to, żeby lepiej wypaść, być dowcipnym, inteligentnym, ale już nie sobą.
Odpowiem otwarcie: Będę wciskał Pani kity.
TK: – czy jest dziś (1979) kierunek myślenia w Polsce, pogląd, postawa, albo konkretna grupa ludzi, z którą mógłby się Pan utożsamić?
MP: – Mimo iż mamy rok 1981, to obawiam się, czy to co bym odpowiedział byłoby drukowane. Mam opór wobec samego aktu identyfikacji, bo ona zakłada jakąś rezygnacje z siebie samego. Nie można z siebie rezygnować nawet na bezludnej wyspie, gdzie indziej również. Częściowa rezygnacja z siebie samego nie zaszkodzi o ile jest świadoma, to znaczy, wie się, że to o czym mówimy, stanowi kompromis, ale konieczny, ustępstwo na rzecz pewnej umowy społecznej. Kompromis, to jakaś tam zawsze porażka, bo inaczej, identyfikacja z programem, z grupą może grozić w końcu fanatyzmem. Wolność zakłada uniki od tej identyfikacji, nie przed pytaniami, ale przed gotowością do pełnej identyfikacji z najbardziej nawet słusznym programem. Kompromis zawsze kończy się fatalnie, ponieważ znajdą się tacy, którzy ci zarzucą, że wdałeś się w ten ohydny układ. I pewnie mają rację, bo bierze się na siebie część odpowiedzialności za tych którzy kłamią i mówią głupoty.
Nie lubię marzyć, a kryminały zrobiłem z tych samych powodów, dla których zrobiłem również krótkie filmy przeciwalkoholowe. One przychodzą najtrudniej, więc ćwiczenie w rzemiośle. Jedne i drugie bardzo mnie nudzą, bo wymagają banalnie zdyscyplinowanej narracji. Praca z prawdziwymi aktorami ma tą zaletę, że zdejmuje ona z reżysera 80 procent pracy. Z nimi robi się łatwiej i szybciej. Robiąc „Paragraf 22„ zobaczyłem, że od aktorów można się wiele nauczyć. Potrafią stworzyć „superficial“ wcale bądź prawie wcale bez psychologii. Chodzi o to by każdy milimetr taśmy nasycony był konkretem. Film kryminalny to taki „hot dog“. Całą scenę trzeba posiekać na detale, a następnie posklejać tylko te kawałki, które pchają sprawę. Taki proces może dawać właśnie złudzenie czegoś syntetycznego.
…historia deprawacji studenta, który współpracując z milicją staje się przestępcą… Chodzi o to czy można świadomie produkować drobnego przestępcę tylko po to, by ująć przestępcę większego kalibru. Można się z tym zgodzić, albo nie. W jednej ze scen milicjanci preparują konfidenta, starają się osłabić jego naturalną barierę moralną, argumentują: z chorym na raka też się postępuje nieuczciwie oszukując go, że jest zdrów, aż do śmierci. Poglądy autora filmu nie mają z tą sceną nic wspólnego, ale publiczność czasem wyciąga własne wnioski.


Tablica pamiątkowa filmu Rejs na Bulwarze Filadelfijskim w Toruniu od strony starówkiPo filmie „Rejs“ nastąpił tzw. efekt projekcji. Mówi się, że jesteśmy wychowani na literaturze i prasie, która nauczyła nas czytać między wierszami. Otóż w „Rejsie“ szukano klucza do każdej postaci, czy ten to Gomułka, a tamten taki a taki. Kiedy mówiłem, że nie, to uznano, że się boję przyznać. Próbowałem pokazywać typy i postawy, a nie opowiadać kluczem z zakresy znaków drogowych, że ten znaczy to i wyłącznie to. Może nie chcę również rozumieć podziału na dokument i fabułę. Nie lubię fałszywego poglądu stawiającego znak równości pomiędzy dokumentem, a obiektywnym zapisem rzeczywistości. Wątpię w możliwość obiektywnego zapisu rzeczywistości. Sam fakt skierowania kamery w jedną a nie w inną stronę jest wynikiem subiektywnego wyboru. Nie wierzę w obiektywny zapis, bo sam wybór postaci do golmu, odpowiedni moment naciśnięcia guzika kamery, montaż filmu jest ciągiem działań subiektywnych. Obiektywizm jest możliwy, ale jest to tylko niebezpieczny mit. Ważne jest tylko to, czy ten subiektywny ciąg zdarzeń jest dokonywany przez autora uczciwego, czy przez szuję.
TK: Brzmi to szlachetnie, ale w praktyce może stać się usprawiedliwieniem dla każdej dowolności.
MP: Wręcz przeciwnie, z tych wszystkich podziałów filmowych, proponuję podział na filmu uczciwe i nieuczciwe, albo dobre i złe. Rozstrzygać o tych wartościach może tylko sumienie autora,kolaudantów i widza. Rzecz w tym, żeby to sumienie widza mogło dojść do głosu.
Artystę widzę jako protezę. Musiał on zastępować sejm, związki zawodowe w tych funkcjach, które zostały im amputowane. Artysta musiał mówić o tych problemach, które nie mogły znaleźć form w instytucjach do tego powołanych. Uważam siebie za protezę amputowaną, zmuszoną do pokazywania kalekiego, poobcinanego obrazu rzeczywistości. Ten obraz niepoobcinany byłby bardziej prawdziwy, ale i subiektywny również.
Wyszukiwanie różnic pomiędzy obrazem subiektywnym, a prawdziwym, to pożyteczna praca. To trochę jak science-fiction – obraz społeczeństwa nie istniejącego obiektywnie, ale prawdziwy obraz mechanizmów nim rządzących.
O filomatach i filaretach Mickiewicza, z wiarą że filmowe laurki i lekarze zmienią się na lepsze…
W roku 1993 Piwowski w ciągu zaledwie trzech miesięcy (po 17 latach przerwy) nakręcił film Uprowadzenie Agaty, który nawiązywał do nagłośnionej przez media sprawy ucieczki z domu Moniki, córki wicemarszałka sejmu Andrzeja Kerna. Film miał premierę miesiąc przed wyborami parlamentarnymi, z udziału w których zrezygnował Kern. Według mediów film powstał na polityczne zamówienie mające na celu dyskredytację popularnego wówczas polityka PC (producentem filmu był związany z lewicą Lew Rywin). W wywiadzie dla „Dziennika Łódzkiego” Monika Kern stwierdziła, ze film był „luźno związany” z jej historią, a cała „afera” ze zniknięciem jej z domu została przedstawiona w mediach w fałszywy sposób.

Zebrał i swoje dwa subiektywne grosze wtrącił – Mreck

ELEKTROENCEFALOGRAF…

Obraz znaleziony dla: oriana fallaci

/…najlepsze wywiady powstają nie z kontrowersji i sporu, ale kiedy rozmówca chce jak najwięcej sam powiedzieć…
Książka „Człowiek“, Oriany Fallaci, to totalne oskarżenie wszelkich maści totalitaryzmów. Nie mieści się w żadnej partii, państwie czy religii. Wyjechała nawet z Włoch i od 15 lat mieszka w Nowym Jorku. Na supozycje, że w Rzymie też byłoby nieźle zamieszkać, Oriana odpowiedziała: „Bo nie znasz rzymian!“, a mówiła to z takim przekonaniem, że trudno się było sprzeciwić. Namawiała na Florencję…
Poprosiła o papier, żeby zanotować: 1772, 1793, 1920, 1939, 1944, 1956, 1970, 1980… Krótki kurs z historii Polski, która była dla niej pewnym zaskoczeniem. Szkoda, że rzymska korespondentka, Aleksandra Kedaj zanim przekazała numer telefonu do Daniela, tego historycznego kursu nie przerobiła z Fallaci, bo wówczas dwie z trzech godzin nie byłoby zmitrężone na oczywistą oczywistość, a inne tematy gorące, dotyczące np. Rzymskiej Łaźni, czy też Stajni Augiasza, byłyby podjęte, nie wspominając już o wolnych sobotach, niedzielach, czy też poniedziałkach. Mimo braku czasu Daniel pracował z tym większym przekonaniem, że każdemu dziennikarzowi znane jest uczucie iż ma nagle większą szansę, ponieważ dotarł do kogoś, do kogo samo dopchanie się jest już niezwykłym osiągnięciem, a teraz okazuje się, że nie ma o co zapytać, bo jest nie przygotowany. Łokcie są już niepotrzebne, a rozumu nie starcza. Rozmowa-wywiad z Yehudi Menuhinem, też była wezwaniem. Wiedza Oriany Fallaci o polskiej „odnowie“ brała się z dostępnych dla niej gazet, była więc płytka i jednostronna, niczym tarnowski Potok Wątok, nad którym pewien rzymianin, w listopadzie 1918 roku, komponował muzycznie i po literacku swoją znaną pieśń patriotyczną. Tymczasem Daniel odkrył, że Oriana jest przejęta i zaangażowana. Z jej pytań wynika, że nie myśli jednostronnie i zależy jej bardziej na naszej pomyślności, niż na tym, by wywiad był sensacyjny. Widać było, że interesuje ją psychologia, tego wszystkiego co się w Polsce dzieje, to w jaki sposób i tak prędko narodzili się nad Wisłą nowi działacze, czy jest możliwe, żeby dwa tygodnie strajku wydały taki plon, i do jakiego stopnia ci ludzie sami wyrośli, a w jakim stopniu zostali stworzeni przez okoliczności, oraz przez innych ludzi, którzy być może pozostają w cieniu? Partia, związki, Kościół, papież, kardynał, KOR, kraje bliskie i dalekie – chce się wszystkiego dowiedzieć w kilka godzin o Polsce, ale jak to wszystko rozsupłać, skoro nikt z nas nie wie wszystkiego. Wróciłabym jeszcze raz, mówi na odchodnym, ale czy jeszcze będzie po co wracać? Dziś, po tych wszystkich latach do 2018 refleksja nasuwa się sama i Daniel Passent pewnie wie o niej…

Z /Wersalików/ zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

NAZISTOWSKIE ARCHIWUM X

W poszukiwaniu magicznej, tajemnej wiedzy…

Późną jesienią 1945 roku do jednego z miast na terenie Ziem Odzyskanych – Sławy Śląskiej udała się delegacja pracowników uniwersytetów krakowskiego i poznańskiego, celem przejęcia – jak ich poinformowano – olbrzymiego zespołu poniemieckich akt i księgozbioru, które zostały odnalezione przez pierwszych przybywających do miasta polskich osadników…

Naukowców na miejscu powitał komitet złożony z kilku oficerów UB. Zaprowadzono ich do budynku, w którym ukryte były archiwa. Po wstępnej weryfikacji olbrzymi zbiór składający się z księgozbiorów, maszynopisów, druków, rękopisów, akt podzielono na trzy części. Pierwszą (ok. 80 tys. druków) oddano do Biblioteki Poznańskiej, drugą zarekwirowało UB, a ostatnią przekazano do dyspozycji archiwum poznańskiego, określając mianem „Kartoteka Procesów o Czary”…

Siedem lat wcześniej, 13 czerwca 1938 roku, kiedy III Rzesza przygotowywała się dopiero do odegrania swojej straszliwej roli w historii XX wieku, na biurku sekretarza generalnego naukowego towarzystwa Ahnenerbe znalazło się pismo z nadrukiem osobistego sztabu szefa SS Heinricha Himmlera, podpisane przez jego adiutanta, Haubtsturmführera SS Rudolfa Brandta. W piśmie kategorycznym tonem stwierdzono: „Żąda się aby wszelkie badania nad procesami o czary zostawić wyłącznie w gestii SD (Służby Bezpieczeństwa SS – przyp. red), oraz, że Reichsführer SS „życzy sobie aby Gauleiter Steinecke oddał mu do dyspozycji na pewien czas wszystkie akta czarownic znajdujące się w archiwum w Lemgo (…)” niżej widniała nazwa jednostki do jakiej należało od tej pory gromadzenie danych na temat nowożytnych polowań na czarownice – H-Sonderkommando… Dlaczego Reichsführer był tak żywotnie zainteresowany procesami czarownic? Czym było Ahnenerbe? Na czym polegała działalność H-Sonderkommando nazywanej w dokumentach wymiennie specjalną misją Himmlera?

Heinrich Himmler – druga osoba w totalitarnym imperium III Rzeszy Niemieckiej. Człowiek, który w swoich rękach zgromadził niewyobrażalną wprost władzę. Gdy na początku lat 20. Hitler opuścił więzienie rozpoczynając swój marsz do przejęcia absolutnej władzy w państwie, pragnął stworzyć wokół siebie formację, której największą zaletą będzie wierność tylko jednej osobie – Adolfowi Hitlerowi. Nie mógł już polegać tylko na hordzie brunatnych koszul, czyli oddziałach szturmowych S.A. Były zbyt niezależne i niezdyscyplinowane, Hitler potrzebował wiernych pretorian zdolnych do wykonania nawet najbardziej absurdalnego czy zbrodniczego rozkazu.

W 1925 roku w jednej z monachijskich knajp kilkunastu członków jego ochrony osobistej założyło formację zwaną Schutzstaffeln (czyli SS)[2].

Początkowo ograniczona do niewielkiej liczby, włączona w struktury S.A., służąca głównie do bezpośredniego zabezpieczania zlotów i zebrań partyjnych zmieniła swoje oblicze po mianowaniu na jej dowódcę niepozornego młodego sekretarza partii z Bawarii – Heinricha Himmlera. Pod jego kierownictwem rozrosła się do olbrzymiego tworu, stanowiącego państwo w państwie, z własną armią, policją, wywiadem oraz dziwnymi, tajnymi i zdawałoby się niedorzecznymi projektami inspirowanymi przez jej szefa. Reichsführer SS był nie tylko organizatorem największych zbrodnii XX wieku – Holocaustu, obozów koncentracyjnych i masowego mordowania ludzi. Posłuszny wykonawca woli swojego Führera miał od młodzieńczych lat głowę nabitą różnego rodzaju pomysłami i ideami, związanymi z mistyką, okultyzmem i siłami nadprzyrodzonymi.

Kiedy uzyskał władzę o jakiej inni tylko marzyli, olbrzymią część swojej energii poświęcił na urzeczywistnienie różnorodnych teorii związanych z pokrętnie przez niego pojmowaną ideologią i religią germańską oraz niestworzonymi koncepcjami na jakie składała się wyznawana przez niego pseudonauka. Ilość czasu i pieniędzy jakie zostały przez niego zadysponowane w niezwykle kosztowne projekty archeologiczno-historyczno-antropologiczne, badania nad religią i kultami, dziwnymi obrządkami i teoriami pseudonaukowymi rodzi pytanie – po co to wszystko?

O pomysłach Reichsführera wiedzieli wszyscy członkowie hitlerowskiego aparatu władzy, w większości nie podzielając tych fascynacji (oczywiście żaden z nich nigdy nie powiedział tego wprost do Himmlera). Szef wywiadu SS Walter Schellenberg wspominał po wojnie. „Przy kolacji rozmawialiśmy o różnych kwestiach naukowych. Himmler opowiedział mi o jakiejś ekspedycji do Tybetu. Następnie mówił o Indiach i filozofii hinduskiej. To z kolei doprowadziło go do tematu, który był jego hobby. W ożywiony sposób opisywać zaczął rezultaty badań nad procesami czarownic w Niemczech. Oświadczył, że było rzeczą potworną skazanie tysięcy czarownic na śmierć w płonących stosach w wiekach średnich. Tyle niemieckiej krwi przelano niepotrzebnie. Następnie zaczął atakować kościół katolicki, a także Kalwina. Zanim zdążyłem się w tym wszystkim połapać, Himmler omawiał już hiszpańską inkwizycję i charakter prymitywnego chrześcijaństwa (…)”.

Ahnenerbe

Narzędziem, które posłużyło do urzeczywistnienia himmlerowskich fantazji, stało się Niemieckie Dziedzictwo Przodków – Stowarzyszenie badań nad pradziejami spuścizny duchowej – nazywane w skrócie Ahnenerbe (Studiengesellschaft für Geistesurgeschichte). Organizacja została zatwierdzona przez Himmlera w 1935 roku jako instytucja mająca badać historię i mitologię. Według statutu była właściwie tylko zwykłym towarzystwem naukowym, w którym wykształceni archiwiści mogli prowadzić badania nad początkiem ludów i kultury germańskiej, popularyzując później swoje dokonania wśród społeczeństwa.

Po skromnych początkach poświęconych na studiowanie języka runicznego, starogermańskich sag i różnych teorii światopoglądowych i filozoficznych, „Dziedzictwo Przodków” dosyć szybko rozrosło się do potężnej instytucji badawczej dzielącej się na 46 działów naukowych i 15 komisji badawczych. W jego pracach w szczytowym okresie uczestniczyło ponad 30 profesorów i kierowników katedr uniwersyteckich. Na budżet łożyło państwo w postaci Rady Badań Naukowych Rzeszy, oraz członkowie opłacający wysokie składki. W 1938 r. największe wpływy w organizacji przejął sekretarz generalny Wolfram Sievers. Pod jego zarządem Ahnenerbe zaczęło wysyłać dziwne ekspedycje archeologiczne w różne rejony świata od Tybetu po Australię. O drodze, która zaprowadziła niewinne z pozoru towarzystwo archeologiczno-historyczne do odpowiedzialnej za tysiące okrutnych badań medycznych zbrodniczej organizacji, opowiemy w jednym z kolejnych artykułów. Ważne, że była ona kontrolowana przez Himmlera, a zakres jej działania obejmował najdziwniejsze otoczone tajemnicą i mitem projekty (w części kompletnie niedorzeczne np. poszukiwanie św. Graala!). Dlatego może dziwić fakt, że akurat w jednej sprawie uczyniono wyjątek.

Urząd VII

Kiedy jeden z pracowników Ahnenerbe rozpoczął badania nad procesami czarownic z Lemgo, ze sztabu osobistego Himmlera natychmiast przesłano pismo informujące, że wszelkie badania nad kwestią procesów są zabronione, a materiały należy natychmiast przesłać do Służby Bezpieczeństwa (SD). W tym czasie w skład Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA – Reichssicherheitshauptamt), czyli organu zarządzającego całym rozrośniętym imperium SS, a pośrednio i całym krajem wchodziło siedem urzędów (wg stanu z 1940 roku), m.in. wywiadu zagranicznego (VI), kontrwywiadu (III), tajnej policji, czyli gestapo (IV). Jednym z nich był wydział VII – Badania i Oceny Światopoglądu. W jego skład wchodził tak zwany Archivamt, wg. Organisationsbuch der NSDAP z 1937 roku, zajmujący się zbieraniem dokumentów, sprawozdań, trofeów i ilustracji do dziejów SS. Do wydziału należało również zajmowanie się szeroko zakrojonymi badaniami historyczno-archiwalnymi z różnych dziedzin na potrzeby SS, a także gromadzenie informacji na temat ideologicznych przeciwników nazizmu. Po przedstawionym w październiku 1943 roku tajnym referacie[3], okazało się, że wydział pełnił bardziej aktywną niż czysto archiwalną rolę, zajmując się wrogami narodu niemieckiego, a właściwie ich wpływem na kulturę germańską. Referat dzielił przeciwników na trzy klasy: wrogów rasy np.:

1. Żydów i innych „podludzi” narodu, np. Polaków, Czechów.

2. Polityczno-światopoglądowych – organizacje kościelne, liberalno-demokratyczne, oraz międzynarodowe wolnomularstwo.

Wydział VII podejmował działania w celu odzyskania kultury starogermańskiej i usunięcia wszelkich obcych wpływów jakie zaznaczyły się w obyczajach i psychice niemieckiej. Badania historyczne miały służyć odtworzeniu starogermańskiego raju. „Siódemka” pod zarządem Standartenführera prof. dr Franza Sixa zgromadziła pokaźną liczbę informacji na temat każdego ze światopoglądowych wrogów. Przynosiło to całkiem wymierne korzyści, od możliwości stwarzania nacisku na środowiska masońskie, jak i eliminowania krnąbrnych działaczy katolickich niezbyt przychylnie nastawionych do nowej władzy. 11 września 1935 roku Himmler polecił utworzyć w ramach VII wydziału osobną komórkę, której działalność bardziej pasowałaby do historycznego instytutu niż Głównego Urzędu Bezpieczeństwa SS.

Łowcy czarownic

Jednostka H-Sonderkommando – nazwana tak w skrócie od słowa Hexe – czarownica, miała zdobyć i zanalizować wszystkie dostępne wiadomości na temat procesów o czary. Początkowo obszar operacyjny ograniczał się głównie do samych Niemiec, ale wkrótce prace specjalnej misji Himmlera wykroczyły daleko poza terytorium III Rzeszy. Szefem elitarnej ośmioosobowej komórki został Sturmbannführer dr Rudolf Levin, a siedzibę umieszczono w Berlinie przy ulicy Wilhelmstrasse 102, w budynku RSHA, tam też zaczęto gromadzić archiwum.

Levin zorganizował doskonale funkcjonującą maszynę. Ludzi H-Sonderkommando wysyłano do każdego zakątka świata, wszędzie gdzie mogli się spodziewać uzyskać jakiekolwiek informacje o czarownicach i mężczyznach skazanych za uprawianie magii. Co ciekawe, wyjeżdżono i badano akta procesowe, które nie są powiązane z polowaniami na czarownice odbywającymi się w większości w Europie w państwach katolickich i protestanckich. Tymczasem członkowie komanda oprócz Belgii, Czech, Danii, Niemczech, Anglii, Estonii, Francji, Holandii, Irlandii, Islandii, Włoch, Jugosławii, Litwy, Łotwy, Norwegii, Polski, Portugalii, Szkocji, Szwecji, Szwajcarii, Rumuni, Słowacji, Hiszpanii, Węgier zgromadzili informacje na temat procesów z Rosji, Siedmiogrodu, Stanów Zjednoczonych, Grecji, Meksyku a nawet krajów niekatolickich Turcji i Indii! Ponadto badania dotyczyły spraw o czary z lat grubo wychodzących poza ramy czasowe przyjmowane przez dzisiejszych historyków.

Procesy czarownic trwały od XV do XVIII wieku, z największym natężeniem w wieku XVII. Tymczasem SS rozpoczęło swoją kartotekę od wieku IX, a skończyło ją na niewyjaśnionych wydarzeniach z Indii w roku 1936! Dokumenty i wyciągi z akt procesowych poddawano obróbce, wszystkie dane wprowadzono do specjalnych kartotek, przypominających policyjne archiwa. Każda podejrzana o czary osoba posiadała własną kartę. Zgromadzono ich 30 000! Wypełniano je w różnym stopniu, zależnie od zdobytych informacji. H- Sonderkommando uznało, że w rubrykach druków powinny znaleźć się takie wiadomości dotyczące przesłuchiwanych jak: dane personalne, informacje o sytuacji rodzinnej, cenzusie majątkowym i społecznym, przebiegu procesu, wyroku, stosowanych torturach, zeznaniach, rodzaju egzekucji, nazwiska kata, panującego władcy, oskarżyciela, sędziego, donosicieli, obrońców, stanowisko miejscowego biskupa oraz wskazówki bibliograficzne i miejsce przechowywania akt.

Oprócz tego zdarzało się, że na odwrotach kart jeden z oficerów, bądź pracowników misji specjalnej umieszczał własne komentarze i uwagi dotyczące zasadności oskarżeń, czy przebiegu procesu np. „(…) Ponieważ podsądna odwołała zeznania, powinno się zarządzić przeszukanie jej mieszkania, później skierowano ją na tortury drugiego stopnia: wiązanie, zaciskanie kciuków, rozciąganie na ławie, hiszpańskie buty (…)”. Zbiory zgromadzone przez SS były bogate ale i różnorodne. Oprócz oryginalnych akt, fotokopii zeznań, ikonografii przedstawiających czarownice, tortury i egzekucje, do archiwum dołączano fragmenty publikacji prasowych z lat 1935-1944 zawierających jakiekolwiek wzmianki dotyczące magii, czarownic czy tajemnych związków. Akta w trakcie działań wojennych uzupełniano o zagarnięte przez Armię Niemiecką archiwa z całej Europy. Zdarzało się również, że część mniej ważnych zbiorów została powtórnie zapisana, np. na fotokopiach wycinków prasowych z lat 30. umieszczono spis miejscowości w Niemczech, w których dokonywano sądów na czarownicach, co ciekawe przy nazwach widnieją dziwne odręcznie pisane znaczki (#,^/, ) o trudnej do rozpoznania funkcji.

Centrala H – Sonderkommando działała w Berlinie do 19 stycznia 1944 roku, kiedy w obawie przed nalotami cały zasób ewakuowano. Dlaczego kosztem ogromnego nakładu sił i środków zgromadzono największe archiwum dotyczące oskarżonych o zajmowanie się magią? Szef SS znany był z wielu nietypowych projektów, niezależnych bądź związanych z prowadzoną przez siebie zbrodniczą i ludobójczą działalnością. Czy kartoteka procesów o czary odegrała inną niż zwykłe archiwum rolę?

11 lipca 1938 roku Haubtsturmführer Rudolf Brandt pisał do Himmlera: „badania H-Sonderkommando (…) zorientowane są na problemy takie jak: badanie demograficznych i rasowych skutków procesów o czary, ich ekonomiczno-historycznych następstw oraz oceny kobiety w procesach i ostatecznie przegląd dotychczasowego piśmiennictwa dotyczącego procesów o czary (…)”. Pewne wypowiedzi Himmlera sugerują, że kobiety oskarżone o uprawianie magii traktował jako ofiary katolicko-żydowskiej propagandy, członkinie tajemnych stowarzW ustach jednego z największych zbrodniarzy w historii, słowa o egzekucjach niewinnych kobiet brzmią niczym szyderstwo: „Kobiety niemieckie dostarczyły najwięcej ofiar w procesach czarownic i kacerzy (…) kler wie dlaczego spalił pięć-sześć tysięcy kobiet. Właśnie dlatego, że uczuciowo i instynktownie trzymały się pierwotnej nauki i doktryny”. Himmler był przeciwnikiem kościoła katolickiego, uznając czarownice jako jego ofiary, mógł kolekcjonować dowody na wypaczenie chrześcijańskich idei. Sam przyznawał się do tego w 1937 roku: „Żyjemy w epoce definitywnej rozprawy z chrześcijaństwem. Misja SS polega na dostarczeniu niemieckiemu narodowi w ciągu najbliższych pięćdziesięciu lat właściwych tej rasie niechrześcijańskich podstaw światopoglądowych dla prawidłowego stylu życia i jego kształtowania”. Tak więc za kolekcjonowaniem wiedzy o procesach mogło kryć się zbieranie materiałów pomocnych przy zaplanowanej ofensywie przeciwko kościołowi katolickiemu, ofensywie, której przeszkodziła wojna.

Himmler w zachowanych aktach procesowych doszukiwał się również śladów prastarej kultury i wierzeń germańskich. Jednak zafascynowanie mniej lub bardziej wiarygodnymi starogermańskimi obrządkami nie tłumaczy, dlaczego członkowie jego misji specjalnej wyruszali poza granice Niemiec. Czyżby tam też szukali nawiązań do kultów germańskich i celtyckich?

Członkowie H-Sonderkommando zwracali szczególną uwagę na tortury stosowane w procesach, skrzętnie odnotowywano ich efekty i jakość uzyskanych tą drogą zeznań. Masowo gromadzono obrazy i opisy narzędzi oraz skutków wykonywania wyroków na czarownicach. Wiadomości tego typu mogły stanowić materiał wstępny pozwalający uzyskać informacje o reakcji na poszczególne rodzaje tortur. Oczywiście cel takiego wykorzystywania badań nad procesami miał sens jedynie przed wybuchem II wojny światowej. Po 1939 roku SS nie musiała już szukać w przeszłości danych dotyczących ludzkich reakcji na ból, Tajna Policja – Gestapo doskonale mogła je poznać, dzięki własnej zbrodniczej działalności. A może Himmler, szef potężnej SS poszukiwał po prostu wiedzy magicznej? Jego wiara w świat nadprzyrodzonych mocy była bardzo silna, może w zeznaniach czarownic szukał opisów magicznych obrządków, artefaktów i tajemnej wiedzy? „Przypadkowo stałem się świadkiem jednego z okultystycznych urojeń Himmlera, w które angażuje oficerów SS – wspominał Schellenberg. Podczas rozprawy przeciw von Fritschowi umieścił on w pomieszczeniu przyległym do sali przesłuchań około 12 najbardziej zaufanych funkcjonariuszy SS i polecił im, aby skoncentrowali swoją wolę i w ten sposób, siłą sugestii, wywarli wpływ na oskarżonego generała. Himmler był przekonany, że dzięki temu przesłuchiwany zacznie zeznawać prawdę”.

Czy H-Sonderkommando było narzędziem do urzeczywistnienia głębszego zamysłu wpisującego się w inne projekty szefa SS? Na to pytanie spróbujemy odpowiedzieć po przedstawieniu w kolejnych numerach działalności innych specjalnych komórek odpowiedzialnych za „mistyczne” plany Heinricha Himmlera, związane tym razem z Towarzystwem Ahnenerbe.

Jakie były losy innych zbiorów VII Oddziału RSHA, odpowiedzialnego za gromadzenie danych o przeciwnikach światopoglądowych III Rzeszy? Archiwa ewakuowano z Berlina wraz z „Kartoteką Procesów o Czary” do Sławy Śląskiej (przed wojną Schlesiersee). Część została odnaleziona przez miejscową ludność zanim dotarli do niej naukowcy z Poznania i Krakowa. Jeszcze w latach 90. odkrywano fragmenty archiwów „siódemki” porzucone na strychach starych domów, a część książek można do tej pory znaleźć w prywatnych księgozbiorach. W 1945 roku powiadomiona o archiwach miejscowa UB szybko sprawdziła, że jedno z nich dotyczy żyjących członków loży masońskich. Archiwa zostały przejęte i zatrzymane do dyspozycji władz, w latach 60. przekazano je STASI (Służbie Bezpieczeństwa DDR). Nie wiadomo czy korzystano w sposób „operacyjny” ze zgromadzonej przez nazistów wiedzy. Dopiero po zjednoczeniu Niemiec zdeponowano je w ogólnodostępnym Tajnym Archiwum Pruskich Dóbr Kultury. A „Kartoteka Procesów o Czary”? Mimo istniejących podstaw prawnych, (archiwa powinny być przechowywane w miejscu gdzie powstały niezależnie od zmiany granic) władze niemieckie nigdy się o nią nie upomniały…

Za pomoc w opracowaniu artykułu autor dziękuję Lechowi Zwirełło i Pawłowi Piątkiewiczowi

Wiele stowarzyszeń przekazujące sobie rytuały i obrządki starogermańskie.

Literatura:

Goodrick-Clarke N. „Okultystyczne źródła nazizmu”, Warszawa 2001

Grünberg K. „SS- czarna gwardia Hitlera”, Warszawa 1984.

King F. „Szatan i Swastyka. Okultyzm w Partii Nazistowskiej”, Poznań 1996

Rauschning H. „Rozmowy z Hitlerem”, Warszawa 1994

Schellenberg W. „Wspomnienia”, Wrocław 1987

Dokumenty: Archiwum Państwowe w Poznaniu

Przypisy:

[1]Dotyczącą głównie loży masońskich z terenu Niemiec, obecnie opracowane zbiory liczą ok. 65,2 tys. woluminów. Od lat 70. zbiory przechowywane są w osiemnastowiecznym pałacu w Ciążeniu.

[2] Poprzednio jego nieliczna ochrona istniejąca od 1923 nazywała się Stosstrupp Hitler.

[3] Referat był tylko do użytku wewnętrznego: Geisteswissenschaftliche Methodik der Gegnerforschung, Probleme der Gegnerforschung 1943, s. 1-27

[4] Komórka składała się z około ośmiu pracowników, poza szefem w jej skład wchodzili: dr Ernest Merkel, Rudolf Richter, Schmidt, pozostali są znani jedynie z inicjałów Bie, Rm, W, Wz.

[5] Generała Wernera von Fritscha przesłuchiwano w sprawie domniemanego homoseksualizmu i obrazy moralności. Próby psychicznego oddziaływania pomocników Himmlera nie dały rezultatu. Uniewinnionemu von Fritschowi pozwolono dowodzić podczas Kampanii Wrześniowej. Zginął od kuli polskiego żołnierza jako pierwszy niemiecki generał w II wojnie światowej.

Łukasz Orlicki

Nazizm się odradza, wiele haseł tej zbrodniczej ideologii było eksponowanych w listopadowym Marszu Niepodległości w Warszawie (2017).

Żeby nikt nie miał wątpliwości o czym mowa – Narodowy socjalizm, nazizm (skrót od niem. Nationalsozialismus), czasem określany również jako hitleryzm (od nazwiska Adolfa Hitlera) – rasistowska, antykomunistyczna, antydemokratyczna i antysemicka ideologia Niemieckiej Narodowosocjalistycznej Partii Robotników (NSDAP).

Formy tego narodowego zrywu mogą współczesne treści, adekwatne do obecnej rzeczywistości społeczno-politycznej i jak widać gołym okiem jest na nie polityczne zezwolenie. Minister MSWiA Zieliński po dwóch dniach oświadczył mediom, że niczego zdrożnego nie zauważył, ani o nich nie słyszał.

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck