Archiwa kategorii: Muzyka

Mauzoleum w Lusławicach

To temat rzeka, długi jak Dunajec, który od wieków płynie obok Lusławic założonych w 1231 r. przez rycerza niemieckiego Ludpława.

W tej małej pod Zakliczynem historycznej osadzie, w jego dworskim parku, na ruinach dawnego zboru miejscowych arian powstał dwór, który w latach siedemdziesiątych XX wieku przejął polski kompozytor Krzysztof Penderecki. Pan Penderecki stał się prywatnym właścicielem tej historycznej działki wraz z ufundowanym i wybudowanym w roku 1936 mauzoleum Faustyna Socyna.

Ten uznany filozof i teolog od roku 1598 stał się nieformalnym przywódcą polskich Arian, prowadząc swoje religijne posłannictwo z Lusławickiego zboru. Faustyn Socyn rozwija swą działalność w oparciu o wyższą szkołę, drukarnie oraz pracujących z nim wybitnych myślicieli tego okresu. Ważną osobistością w tym zbożnym dziele Braci Polskich była postać Achacego Taszyckiego. Silny wpływ polskiej kontrreformacji zniweczył i zniszczył ten reformatorski ruch religijnej odnowy, a Achacego Taszyckiego doprowadził i zmusił do skrajnych i niekorzystnych dla reformacji decyzji na tym terenie.

Faustyn Socyn, a właściwie Fausto Sozzini, Faustus Cosinus, był postacią niezwykle barwną. Urodzony 5 grudnia 1539 w Sienie. Włoski reformator religijny, teolog, pisarz, poeta. Twórca socynianizmu i doktryny religijnej Braci Polskich, dziadek Andrzeja Wiązowatego, poślubia Elżbietę, córkę Krzysztofa Morsztyna (protektora protestantów), która urodziła mu jedyne dziecko – Agnieszkę.

Wpływ poglądów Socyna na ówczesną Europę zachodnią i środkową był znaczący i przyczynił się do stworzenia racjonalizmu i koncepcji państwa demokratycznego.

Krakowski okres działalności Socyna datuje się od roku 1578. Socyn nawiązuje kontakty z grupą antytrynitarzy – Włochów z otoczenia królowej Bony. Chciał wstąpić do krakowskiego zboru arian, ale odmówiono mu tego, ponieważ sprzeciwił się ponownemu ochrzczeniu (twierdził, iż każdy chrzest chrześcijański jest tak samo ważny). Niemniej nie przestał współpracować z polskimi arianami, pomagając im ustalić spójną doktrynę religijną i rozstrzygając ich wewnętrzne spory.

W Polsce nasilała się presja kontrreformacji. W 1571 zniszczono w Krakowie zbór protestancki i cmentarze innowierców, a od 1594 Socyn padał ofiarą napaści i przemocy (w 1598 grupa krakowskich studentów podburzonych przez miejscowy kler katolicki, wywlekła Socyna z jego mieszkania, spaliła jego księgozbiór i usiłowała go zabić; w ostatniej chwili uratował go ksiądz profesor Marcin Wadowita.

Socyn nie zaznał spokoju nawet po śmierci. Socyn umiera 3 marca 1604 w Lusławicach. Miejscowy proboszcz kazał wykopać jego zwłoki i wrzucić do Dunajca, jednak zwłoki wyłowiono z wody i pochowano ponownie. Grób Socyna wielokrotnie niszczono.

Miejsce życia i śmierci Socyna póki co jest ogrodzone solidnym murem, ale wiąże się z brakiem dostępu do Mauzoleum poświęconego tej wiekopomnej i zasłużonej dla polskiej reformacji postaci. Z całym szacunkiem dla muzycznego dorobku spadkobiercy tej działki, Pana Krzysztofa Pendereckiego, oraz znaczącego mecenatu dla polskiej Kultury małżonki Pana Krzysztofa, uważam, że niezależnie od planów dotyczących tego szczególnego miejsca, dostęp do Mauzoleum Socyna powinien być otwarty dla turystów chcących nawiedzić to szczególne miejsce w duchu zasad, którym Faustyn Socyn patronował.

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

nie da się słuchać muzyki Jana Kaczmarka mając do dyspozycji ucho drewniane.

Powściągliwość w wydawaniu sądów, to dziś rzadka cecha. Ten kamień biblijny często jest nadużywany. Zanim rzucisz w kogoś słowem, należy sprawdzić, jakimi głazami patrzysz na kogoś, kto przed tobą stoi.
Kiedy myśl jest prosta i znana nam z obiektywnych formuł, odbiór intencji trudności nie nastręcza. Inaczej jest natomiast, kiedy spotykamy się z myślą twórczą, nie odpowiadającą żadnej z formuł obiegowych. Obserwator i słuchacz w jednym musi nieraz pokonać duże intelektualne trudności w rekonstrukcji intencji, którą nadaje bądź też odbiera, a której czasami pojąć nie potrafi z uwagi na swoje ograniczenia w percepcji swego zmysłowego postrzegania. Prymitywnie myślący słuchacz i odbiorca nie domyśli się co do niego dociera. Przypisuje winę swego niezrozumienia innym osobom, wzbudzając w sobie przekonanie, że to obcy mówią rzeczy ciemne i nierozsądne i że wszyscy są dziwakami, tylko nie on.
Przyczyną takiego rozumowania może być defekt intelektualny, braki w dziedzinie wykształcenia (informacji). Krótko mówiąc, nie da się słuchać muzyki Jana Kaczmarka mając do dyspozycji ucho drewniane.
Chcąc rozmawiać swobodnie z Einsteinem, na tematy, które były jego umysłową zdobyczą, trzeba znać się na fizyce i matematyce, gdy owej wiedzy nam brakuje odbiór będzie bajką, o Czerwonym Kapturku, bądź innym PiS-owskim koszmarem, który suweren na długie lata nam zafundował, biorąc za swoje, wodolejstwo pana prezesa i jego przybocznych wilków żelaznych. Umiaru i ostrożności zabrakło niestety i mamy to co mamy w tym szerokim horyzoncie historycznych doświadczeń suwerena. Gdyby ów „prymitywizm“, o którym wspominałem, był malarskim kierunkiem, to by było jeszcze pół biedy. Ale tak nie jest. Ów prymitywizm dotyczy niestety umysłów prymitywnych w zbiorowym owczym sposobie myślenia, w którym owca czarna odgrywa dominującą rolę. Kto żyje zamknięty w takim kręgu, może być bardzo sprytny, przebiegły i zaradny, ale nie jest nim człowiek inteligentny. To są owi „straszni mieszczanie“, o których tak mówi Tuwim:
/I oto idą zapięci szczelnie.
Patrzą na prawo, patrzą na lewo –
A patrząc – widzą wszystko oddzielnie;
Że dom… że Staszek… że koń… że drzewo…/

Zebrał i dodał swoje dwa grosze – Mreck

Dobro, prawda i Piękno, to tylko chimery?

DSC02760

O tym, jak ceniona jest dana wartość, przesądza to, jakie ludzie nadają jej znaczenie.
Do popularyzacji rozważań o wartościach przyczyniła się twórczość Fryderyka, ale nie Szopena choć i ona wartości kształtuje. Nietsche zakwestionował istnienie trwałych, obiektywnych wartości, wskazywał natomiast subiektywne, biologiczne, sytuacyjne uwarunkowania wartości, odmienną – jego zdaniem – moralność „panów” i „niewolników”. Jego zdaniem, silni cenią dostojność, godność osobistą, stanowczość, sprawność, pewność działania, bezwzględność w realizacji swych zamierzeń. Słabi cenią zaś to, co im sprzyja, a więc: litość, czułość serca, miłość, altruizm i ambiwalencję.
Swoją cegiełkę w tym podziale dołożył również jeden polityk z kraju nad rzeką Wisłą, dzieląc zasoby ludzkie wedle własnych wartości.
Być może poeta Zbigniew Herbert, w którymś ze swoich utworów wieszczył o nowym demiurgu tego swoistego królestwa PiS i jego zwycięskiej opcji nad dotychczasową opcją letniej wody w politycznym kranie. Herbert nie czekał, aż prezes go zakwalifikuje wiedział, że bywają czasem wartości, których pogodzić nie sposób. Na tym podobno polega każdy tragiczny konflikt, bo nie można bezkarnie wymyślać lepszej wersji swojego życia i zarazem służyć prawdzie:
„Jaki chciałby pan być?
O wiele lepszy niż jestem.
[…]
Czego pan najbardziej nie cierpi?
Kłamstwa“.
Sam Herbert pewnie czuł, w jaką niebezpieczną grę się wplątał. W roku 1986, a więc w wieku już bardzo dojrzałym, tak o tym mówił w rozmowie z Renatą Gorczyńską:
„Bo ja uważam, że człowiek nie jest tym, czym jest w istocie – a któż z nas wie, kim jest – tylko tym, czym chciałby być. To jest moje podstawowe odkrycie z dziedziny psychologii. […] to dążenie, próba przeskoczenia siebie, to jest właśnie literatura. To tęsknota do lepszego „ja”, które sobie wymyśliłem i które się potem na mnie mści. Bo ludzie mówią: „Popatrzcie, on tak pisze, a tak żyje – coś takiego!”
Jak się zdaje, mit o Herbercie-konspiratorze porzuciła ostatecznie nawet rodzina poety, wpisując go do linii Mickiewicz – Słowacki i zarazem wypisując z linii Baczyński – Gajcy, to znaczy z linii poetów walczących:
„Może było z nim tak jak z Mickiewiczem i Słowackim, którzy jako słabego zdrowia uratowali się. Na szczęście…“.
Wiele autobiograficznych zmyśleń Zbigniewa Herberta kwalifikuje go poza nawiasem wartości prezesa Kaczyńskiego. Wisława Szymborska ma to samo:
Herbert twierdził, że ze Związku Literatów Polskich wystąpił w roku 1948, a powtórnie zapisali go tam koledzy w roku 1956. W rzeczywistości pracował do roku 1951 jako kierownik biura gdańskiego oddziału ZLP. Przez dwa lata pisał m.in. listy do cenzury, wygłaszał odczyty „Poezja broni pokoju” i brał udział w dyskusjach o estetyce marksistowskiej z okazji Miesiąca Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Został też odnotowany jako sygnatariusz apelu Komitetu Obrońców Pokoju. Ze Związku Literatów wystąpił w kwietniu 1951. Wstąpił ponownie w styczniu 1955.
Poeta twierdził, że przez piętnaście lat nie publikował (w innym miejscu podawał, że nawet nie próbował drukować niczego po 1948 roku). W rzeczywistości publikował, choć raczej skromnie i często pod pseudonimem, do marca 1953. Decyzję, by znów zacząć publikować, podjął mniej więcej w połowie roku 1954, przekazując wiersze do almanachu poetyckiego „…każdej chwili wybierać muszę”, tak więc przerwa trwała raczej piętnaście miesięcy.
Zbigniew Herbert twierdził, że w tym paxowskim almanachu wydrukował jedynie trzy wiersze. W rzeczywistości było ich dwadzieścia. Na dobitkę najprawdopodobniej zmyślił swoją rozmowę z szefem PAX-u, Bolesławem Piaseckim, któremu rzekomo „wyłuszczył”, dlaczego PAX-u nienawidzi. W każdym razie podana przez Herberta wersja wydarzeń jest nielogiczna.
Twierdził, że do roku 1957 nie mógł nigdzie znaleźć pracy, a gdy już nawet jakąś marną pracę znalazł, szybko go z niej wyrzucano jako „wroga klasowego”. W jednym z wywiadów powiedział nawet, że żył z „kopania torfu” (!). W rzeczywistości z kolejnych posad sam odchodził. W osławionym „Torfprojekcie” przepracował rok i nie była to wcale posadka aż tak bardzo marna. W 1956 roku dzięki Stefanowi Kisielewskiemu został dyrektorem biura Związku Kompozytorów Polskich. Również tę posadę sam rzucił po pół roku (a chciał jeszcze wcześniej).
Do tego sprawy pomniejsze, anegdotyczne, nigdy nie potwierdzone. Ukrywanie się przed wojskiem, by nie zostać prokuratorem wojskowym. Nagłe wysiedlenie z Warszawy z wyrzuceniem „na szosie w okolicach Brwinowa” włącznie. Pojedynek na szable w Lasku Bielańskim, przy tym opowiedziany tak, jak mógłby to zrobić Papkin-samochwała. Także słynna historyjka o Miłoszu domagającym się przyłączenia Polski do Związku Radzieckiego należy do tej kategorii.
Wiele wątków z wartości, w które Jarosław Kaczyński również bogaty. Na szczęście Lech Wałęsa nad nimi panował i nie dopuszczał by się ziściły już wówczas.
Po roku 1989 zabrakło motywacji, a w październiku 2015 prezes ze swoją drużyną triumfuje swymi wartościami irytując wszystkich dookoła, do rzeczy ważnych, doniosłych i banalnych, do świata piękna i brzydoty, zdrowia i choroby, prawdy i kłamstwa, świętości i diaboliczności. Słowem wcielony Boruta, który wciela swe wartości w ludzkie zasoby którymi dziś rządzi.
Wystarczy chwila refleksji i konstatacja sama się rysuje w tym polskim akwarium psychozy. Dobra, prawdy i piękna w tych wartościach nie ma.

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

Wołanie na puszczy

Josef Hen.bmp

Józef Hen, ale zanim napiszę cd. wspomnę o wyszukiwarce internetowej Google, którą Józefa Hena poszukiwałem. Napisałem małymi literkami józef i wyszło mi po kolei: Piłsudski, Stalin, Bem na trzecim miejscu, Beck minister na czwartym, następnie Wybicki, po Wybickim, Poniatowski, po Poniatowskim, Cyrankiewicz z miasta Tarnowa, po Cyrankiewiczu, zobaczyłem samego Hallera, a po generale, Józefa Oleksego, po Oleksym nastąpił Kowalski. Po józefie kliknąłem h i wówczas dopiero pojawił się Pan Józef Hen, ale po generale Hallerze w kolejności. Widocznie liczy się szarża.
Józef Hen, to starszy Pan,  urodzony w trzeciej dekadzie XX wieku, a dokładnie, 8 listopada 1923 r., w Warszawie. Jak podkreśla Kazimierz Kutz: – autor tej dwutomowej, wspaniałej, autobiograficznej opowieści pt. "Nikt nie woła", stał się kanwą dla scenariusza do jego filmu. Kutz wyznaje, że tego filmu, praktycznie nie ma, bo to co zostało po nim, to zaledwie 50 procent, taka retoryczna figóra, bądź hipoteza. Cenzura. Istnieje możliwość rekonstrukcji całego filmu, ale nawet w tym pięćdziesięcioprocentowym stanie rzeczy, nie ma się czego wstydzić. W prywatnej notacji Kazimierza Kutza, film "Nikt nie woła" uchodzi za jeden z najlepszych jego filmów. Słowem, "Nikt nie woła" to film nowatorski w ówczesnym czasie jaki Kutz robił z Jerzym Wójcikiem. Pan Kazimierz, przygotował się do tego debiutu jak do jakiejś sprawy i próby artystycznej zarazem, w oka mgnieniu i z rozpędu.
Debiutować na Henie nie było łatwo. Kutz podpowiada, że Hena "podprowadził" Konwicki, który poszukiwał swojej "materii" u niego. Konwicki był jeszcze nieznanym pisarzem. Pisał nowelki kronikalne o I Armii WP, ale był jednocześnie kierownikiem literackim w zespole. Szukał dla każdego adepta reżyserii, odpowiedniego i adekwatnego autora. Dla Kazimierza Kutza wybrał Hena. Wybór był trafiony. Sukces w oparciu o nowy tekst. Hen również został zauważony. Historia miłości w Samarkandzie w Azji. Nie tło było ważne, ale sprawa. Trzeba ją było tylko przenieść na Ziemie Zachodnie. Słowem, imigranci. Od realizmu do filmowej poetyki, wbrew ówczesnym filmowym trendom, by zerwać z ówczesnym niewolniczym, filmowym nastawieniem, od wzorców neorealizmu włoskiej kinematografii i tej wierności z literaturą. Nie fotografowanie literatury, nie adapracja, nie pra-matryca literacka.
Irzykowski nauczał, że kino jest widzialnością świata, jego obrazem.
Trzeba było wyrzycić tradycyjne psychologizowanie, rodem z literatury mieszczańskiej i klasycznej.
Film Kazimierza Kutza "Nikt nie woła", to nic innego jak deklaracja jego pożegnania z młodością.
Józef Hen, polski pisarz, publicysta, dramaturg, scenarzysta i reportażysta żydowskiego pochodzenia. Jako dziecko współpracował z założonym przez Janusza Korczaka „Małym Przeglądem”.
Wrzesień 1939 roku spędził w Warszawie na Nowolipiu. Stolicę opuścił w listopadzie 1939 roku. Wojnę spędził w Związku Radzieckim. Pracował przy budowie szosy Lwów-Kijów, a potem trafił do Samarkandy w Uzbekistanie. Pomimo dobrej formy fizycznej nie został przyjęty do armii Andersa. W 1944 wstąpił do Wojska Polskiego, opublikował też wtedy pierwszy wiersz (Łódź wierna) w piśmie Głos Żołnierza. W czasie wojny stracił ojca, zabitego w 1945 w Buchenwaldzie, brata Mojżesza (ur. 1920), który zaginął w ZSRR oraz siostrę Mirkę (1917-1942). Wojnę przeżyły matka i siostra Stella (ur. 1915). W 1944 przyjął pseudonim literacki „Hen”, który z czasem zaczął mu służyć za nazwisko. Zaraz po wojnie był redaktorem tygodnika Żołnierz Polski. Służbę wojskową zakończył w stopniu kapitana w 1952.
W 1947 Hen opublikował pierwszą książkę Kijów, Taszkent, Berlin. Dzieje włóczęgi, która została uznana za obiecujący debiut. Pisał reportaże, nowele, opowiadania, prozę historyczną i powieści dla dorosłych i młodzieży, a także scenariusze filmowe, które niekiedy też reżyserował, m.in. Autobusy jak żółwie. Na podstawie jego utworów nakręcono na początku lat 60. m.in. filmy Krzyż walecznych, Nikt nie woła, Kwiecień oraz Prawo i pięść. Później sfilmowano też Crimen. Był także autorem scenariusza serialu historycznego "Królewskie sny", opublikowanego później także w wersji książkowej.
Nie jestem złośliwy, ale cieszyłbym się bardzo, gdyby nasi pseudo-narodowcy i ich kibole, a także Reneralny Rokurator z Ruru Rezesem i Joachimem B. ze Szczecina, oraz całym zapleczem beretów, wspierających ten chorobliwy układ, który zagraża naszemu krajowi, ku uciesze gawiedzi i nie tylko. Wybrał opcję Misia Coali i zaczął wspinać się do Końca Świata.
Mam nadzieję, że córka Józefa Hena, Magdalena, z mojego rocznika, zaakceptuje moją ingerencję w zdjęcie Ojca Józefa, a jak nie, to być może zawoła.

Mirosław Nazaruk

Byłem

Maciek Balcar i Nie-bo

Jestem świeżo po koncercie Maćka Balcara i jego zespołu /NIE-BO/.
W sobotę 9 lutego 2013 r. Maciek wraz z zespołem gościł w Tarnowie w sali widowiskowej Centrum Sztuki Mościce.
To moje drugie w tym roku spotkanie na żywo z podobną muzyczną imprezą.
Pierwsza miała miejsce w styczniu w tym samym miejscu, przy okazji występu znanej i uznanej amerykańskiej wokalistki muzyki Gospel, z udziałem Chóru Filharmonii Krakowskiej.
Nie chcę krakać, ale jak tak dalej pójdzie, to w tym roku mogę zaliczyć dwanaście koncertów, na których będę.
Dwa pierwsze zaliczam do udanych. O tym pierwszym styczniowym napisałem już kilka słów wcześniej, dziś gra we mnie jeszcze Maciek Balcar wraz ze swoim zespołem.
Siedziałem w szóstym rzędzie i wszystko mogłem widzieć i słyszeć z bliska.
Nie wiedziałem co będzie grane, bo Maćka i jego zespołu słuchałem po raz pierwszy.
W końcu muzycy ze swoimi trzema akustycznymi gitarami, jedną basówką i instrumentem perkusyjnym, przy życzliwych oklaskach widowni, zajęli swoje pozycje na scenie i zaczęło się artystyczne widowisko.
Poczułem się przez moment niczym na występie zespołu /The Igls/, na którym byłem przed laty w San Antonio w wielkim teatrze, ale to wyobrażenie zaiskrzyło wówczas jak zgasły światła na widowni, a rozbłysła scena w świetle reflektorów i zabrzmiały charakterystyczne dźwięki bluesa wraz z wokalem podobnym do głosu Ryśka Rydla, ale nie był to Rydel, tylko Maciek, ze swym znakomitym brzmieniem, wizerunkiem i gitarą, oraz utalentowanym grającymi z niebiańskim czuciem zespołem /NIE-BO/.
Temperatura koncertu z każdym utworem w wykonaniu Maćka i zespołu stawała się coraz bardziej gorąca. Ja sam dawałem temu wyraz zrywając z pozą mumii  egipskiej i dostosowując się do żywiołowych reakcji widowni na muzyczne akordy gitar i dźwięków bębna z tamburino i tależami po których perkusista dłońmi żąglował wraz z pogłosem elektronicznego echa.
Maciek Balcar, to wokalista, instrumentalista, kompozytor, aktor i poeta w jednym.
Jego osobliwa interpretacja każdego utworu jest jak portret złożony z dźwięku, głosu i ruchu, którym oszczędnie, ale wymownie się posługuje.
Ten znakomity moim zdaniem wokalista potrawi rozmawiać z publicznością nie tylko śpiewem, ale także w monologu mówiąc o sprawach ważnych, związanych z wartościami, które każdemu artyście powinny być drogie.
Promując swój /Live Trax 12/ Maciek Balcer powiedział i przekazał to wszystko co w każdym z nas powinno grać każdego dnia niezależnie od tego wszystkiego co nas spotyka gdy jesteśmy czasem rozstrojeni.
To wszystko wyraził na scenie w swoich utworach, takich m.in. jak /Czarno/, Ogień i woda/, /Bądź jak/, Popiół i diament/ i /Dwa Psy/.
Zespół to: – Robert Lubera – gitara, Krzysztof Krupa – perkusja, Piotr Wojtanowski – bas, Maciej Mąka – gitara.
Dziękuję Zespołowi i jego Liderowi za ten osobliwy sobotni koncert w Mościcach.
Mam nadzieję, że do /Tatrzańskiej/ zdążyliście jeszcze.
Mnie tam już nie było.

Politycy i Opole

Na początku Bóg stworzył Niebo i ziemię, a kolejnym Jego posunięciem było otwarcie Pierwszego Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Był to w wieku XX rok Pańskiego 1963, a że po niewoli babilońskiej nie było już ani śladu zgodziliśmy się na sojusz robotniczo-chłopski z bratnim ZSRR w tym braterskim przymierzu festiwal w Opolu cieszył się całkiem sporym także międzynarodowym powodzeniem. Był to jednak festiwal piosenki polskiej.

Rywalizacja Wschódu i Zachodu na polu Kultury i Nauki rozgrywała się w tym czasie w Moskwie, a że Polacy od zarania dziejów potrafili głośno się weselić i śpiewać, na posiedzeniu Biura Politycznego NSZZ KC PZPR, po ówczesnym uzgodnieniu w KC ZSRR w Moskwie uchwaliło jednogłośnie, że Polacy mogą śpiewać w Opolu różne swoje piosenki.

Od tamtego czasu w Wiśle wiele wody upłynęło, a wraz z kolejnymi festiwalami powstały nowe fabryki, domy i ulice.

Festiwal piosenki w Opolu był wówczas na topie i rzeźbił Polaków kulturalnie, ale skutecznie, że na kolejnym XXXVI Festiwalu piosenki w Opolu w roku 1989 można już było śpiewać i żartować pełną gębą.

Trzeba w tym miejscu podkreślić i odnotować walną i ważną rolę nocnych kabaretów, które walnie się przyczyniły do tego walnego zwycięstwa nad krajowym i miejscowym Komitetem partii. Cenzura nie miała w nocy płacone więc spała, a KC widocznie na żartach nie umiała się poznać, bo kręgosłup polityczny im na to nie pozwalał, był po prostu sztywny i nie mógł również rozgryźć /Misia/ Stanisława Barei z 1981 r. Być może cenzura celowo przymykała oko na wszystko to z czego Naród się śmieje.

Weźmy dla przykładu takiego Jerzego Stuhra, ojca syna Macieja również aktora o tym samym nazwisku jak on, kiedy to po raz pierwszy na deskach w Opolu, w roku 1977, zaśpiewał znany tekst o swym nietuzinkowym talencie, ogłaszając w nim wbrew obowiązującej cenzurze, że śpiewać każdy może i on również i dzięki swemu talentowi i odwadze nikogo się nie boi.

Cenzura nie musiała tego wykonu słuchać, bo choć sama nie miała talentu, wiedziała, że Jerzy nie potrafi śpiewać, bo widownia ryła ze śmiechu z tego wykonania. Przysięgam się, że tak było, bo dziś jeszcze raz puściłem sobie ten kawałek i wyraźnie słyszałem jak publiczność przeszkadza wykonawcy.

Jak wiemy z historii festiwal w Opolu nadal funkcjonował w różnych lepszych i gorszych stanach , ciesząc się tym samym i niezmiennym powodzeniem.

Po obejrzeniu i wysłuchaniu wczorajszej i dzisiejszej pierwszej części XLVIII festiwalowej edycji, przy okazji 25 lecia telewizyjnego /Teleexpressu TVP/ uwagę moją skupiła nowa scena, opolska widownia amfiteatru, a także odbiór techniczny schodów.

Wśród artystów wykonawców uwagę moją zwrócili wykonawcy zasłużeni Pani Maryla i Pan Rynkowski, a także Zakopawer, Chodziński i Bieniek.

Kabaret Neo-Nówka wypadł znakomicie i na czasie we wszystkich poruszonych przez nich wątkach. Inni wykonawcy kabaretowi również byli świetni.

Dziś również czekają nas emocje i liczę na podobne wykony. Postaram się wysłuchać co z radiem lato i czy Pan Tadeusz Sznuk zagości na scenie.

Z uwagą wysłucham co się dzieje z Panią Ewą Demarczyk i jak w jej repertuarze wypadnie Ania Czartoryska.

Mam nadzieję, że dziś w Opolu będą znów emocje i telewizor wyłączę dopiero po kabaretach. Obawiam się jednak, że tego co rozświetliła i zagrała Neo-Nówka chyba nikt dziś nie przeskoczy, zwłaszcza że schody na scenie są jeszcze nie sprawdzone.

Dzisiejsza polityczna i festiwalowa sobota kojarzy mi się bardziej z Opolem niż z politykami.

 

Metal

Jestem z pokolenia TheBeatles. Jako nastolatek słuchałem czrnych płyt i i innych z lżejszego gatunku. Pierwszym naturalnym dźwiękiem jaki do mnie dotarł 18 lipca 1950 roku to był oddech mojej mamy, który mam wrażenie, że słyszę do dziś, bowiem urodziłem się cesarzem. Z miesiąca na miesiąc moje muzyczne doświadczenie rosło stając się gniazdem wszystkich rodzinnych głosów. Mama i tato wyrażali się piękną, czystą i literacką polszczyzną. Rodzeństwo moje niczym starsze ptaki wnosiły nowe akcenty i to wszystko co w ówczesnym świecie było trendi. Jednak święta a szczególnie święta Bożego Narodzenia wnosiły takiego muzycznego ducha który dominował nad muzycznymi nowinkami ówczesnego mojego świata. W świecie tym dominowały żespoły muzyczne Mazowsza i Śląska. Indywidualnie pan Fog, młody Połomski, Sława Przybylska, Santor i wielu innych muzycznych talentów, takich jak Niebiesko Czarni, Czerwono Czarni, Polanie, Niemen, Michał Burano i inni, którzy przełamali erę kołchoźnika i byli faktycznymi pionierami medialno-muzycznej i kulturowej rewolucji. Do kina na Beatelsów chodziło się po kilka razy. Obok nich była również cała muzyka klasyczna, ale nawet Chopin nie miał wówczas takiej siły przebicia jak chłopcy z Liwerpulu. Było oczywiście wiele innych znakomitych kapel których też chętnie słuchaliśmy. The Dors byli świetni Roling Stonsów nie wspominając. Nasz Michał Urbaniak i wielu innych znakomitych polskich muzyków z Komedą na czele nie zasypywali gruszek w popiele. Niezależnie od tej rokowych dźwięków interesowałem się innymi gatunkami muzyki. Pamiętam jak w radiu z zielonym oczkiem wyszukiwałem dźwięków muzyki bałkńskiej i równolegle radia Luksemburg. Blus, to było coś co można było słuchać godzinami. W polskich warunkach świetnie to robił pan Nalepa. Przychodziła jesień a wraz z nią koncerty Chopinowskie co 5 lat. Podczas nich cały mój muzyczny dorobek ulegał rewizji. Doszło do tego, że zacząłem chodzić na koncerty symfoniczne. Olsztyńskie, warszawskie i wreszcie te w moim miejcu zamieszkania. Mój śp. Ojciec śpiewał pięknym tenorem. Pamiętam jak dziś w śpiewie na kilka głosów potrafił zrobić z przedłużających się głosów całą harmonię. Czas muzyczny nie stoi w miejscu choć nadal słucham różnych muzycznych nurtów z wrażliwością skowronka. Przyznaję, że również zainteresowałem się muzyką metalową. Jest wiele odmian tego gatunku. Uważam, że metal w jakimś stopniu odzwierciedla obecny stan naszej rzeczywistości. Metalu słucham by się oczyścić, ale dziś poraz kolejny wysłucham koncertu for George.