Archiwa kategorii: Muzyka

RZECZYWISTOŚĆ RZECZY I CIAŁ…

Zobacz obraz źródłowy

Przywykliśmy do postawy reistycznej, do traktowania rzeczy i ciał najbardziej konkretnie, jako perceptywne zjawiska rzeczywistości. Istnieją kierunki filozoficzne i psychologiczne, które przyjmują tylko rzeczywistość „rzeczową“ i „cielesną“. Widzimy rzeczy i ciała, słyszymy szmery i dźwięki z nimi związane, dotykamy te rzeczy, przesuwamy je, odczuwamy ich zimno, ciepło czy gorąco, wyczuwamy i mierzymy ich rozmiary, oceniamy ich gładkość lub chropowatość, widzimy ich kolory, odczuwamy ich zapach i smak. Ale przecież te same ciała i rzeczy inaczej postrzegamy w ruchu, np. chmury, błyskawice, samoloty w locie, pojawiają się i znikają. Gdy słońce wschodzi lub zachodzi, wówczas las, drzewa, woda, nikną w mroku, nie dostrzegamy ich, bądź widzimy bardzo niewyraźnie. Musimy uzupełniać nasze bezpośrednie spostrzeżenia odwołując się do wyobraźni, a nawet fantazji. Doświadczamy więc znikania naszych postrzeżeń (FATAMORGANA). Obserwujemy znikanie przedmiotów tych postrzeżeń, ich przetwarzanie, zaciemnianie. To nasuwa przeświadczenie, że przedmioty te istnieją w rzeczywistości, choć zniknęły z naszego pola widzenia. Słońce, samoloty, ptaki są, trwają dalej w rzeczywistości, ale straciliśmy do nich pewien dystans, bo zniknęły z naszego pola widzenia. Tą rzeczywistość realną, która znika, zastępuje rzeczywistość wyobrażalna, „dopowiadana“, rozumowana. W każdym razie nie jest ona bezpośrednio percypowana. Stąd koncepcje wielopłaszczyznowej rzeczywistości – rzeczywistości zmieniającej się, rzeczywistości w ruchu, rzeczywistości w przestrzeni i czasie. Niektóre nasze postrzeżenia, niektóre nasze sądy i rzeczach i zjawiskach, dają nam wyobrażenia prostsze, lub bardziej skomplikowane, wymagające wielokierunkowych sprzężeń czynności percepcyjnych, intelektualnych i emocjonalnych. Nadaje to nowe cechy rzeczywistości, mianowicie cechy wielopłaszczyznowości. Dochodzimy do rozróżnienia – zwłaszcza w dziedzinie przeżyć – tego, co „niższe“ i tego, co „wyższe“, a co dostępne jest tylko jednostkom szczególnie wrażliwym, uczulonym na ten właśnie wyższy poziom rzeczywistości, która zawiera się, lub jest nieobecna w ludzkich jednostkach.

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

ZWOJE MORZA MARTWEGO…

Biuro Poselskie PiS obok Roman Brandsteatter - rzeźba Tarnów

Zanim przejdę do meritum wynikające z rozmowy Teresy Krzemień, z Romanem Brandstaetterem i innymi ludźmi Sztuki, z którymi spotkała się osobiście, w czasie dość szczególnym dla Polski, jakim był niewątpliwie okres pięciolecia PRL w XX wieku, w latach 1978-1983, pozwolę sobie zacytować tekst na temat książki Richarda Dawkinsa o Bogu Urojonym, który zamieszkał w ludzkich istotach, od czasu, kiedy rodzaj ludzki pojawił się na tył łez padole i który działa nadal na wszystkich frontach ziemskiej przestrzeni w sferach naszych stosunków międzyludzkich, cechując się m.in. brakiem tolerancji i tym wszystkim, co nas ludzi od siebie coraz bardziej dzieli i oddala. Tak było w czasach Inkwizycji, a dziś ponownie powraca ze wzmożoną siłą. Wspomnę jeszcze, że teatralna recenzentka i dziennikarka ówczesnego tygodnika /Tu i Teraz/ nie miała łatwego życia. Wraz ze swoim tygodnikiem była krytykowana i bojkotowana przez wiele środowisk życia publicznego, które identyfikowało się z Kościołem i ruchem polityczno-zawodowym pn. /Solidarność/. Niezależnie od tej czy innej nagonki, szczęśliwym trafem, udało jej się zamieścić kilka rozmów w książeczce ISBN 83-03-01359-9. Wiele myśli z tych rozmów można wyczytać, ale o tym później.
/-‭ ‬Atakuję Boga, wszystkich Bogów, wszystko, cokolwiek nadnaturalnego, gdziekolwiek i kiedykolwiek zostało wynalezione/ – deklaruje słynny biolog Richard Dawkins w książce „Bóg urojony”, która ukazała się również po polsku.
Powód napisania tego liczącego ponad‭ ‬500 stron dzieła autor deklaruje jasno we wstępie: „Założony przeze mnie cel tej książki zostanie osiągnięty, jeśli każdy religijny czytelnik, przeczytawszy ją pilnie od deski do deski, stanie się ateistą”. Mamy więc niewątpliwie do czynienia z książką zaangażowaną, antyreligijnym manifestem, który ma wstrząsnąć umysłami ludzi. Dawkins ujawnia także inny cel swej publikacji: ileż niewierzący by osiągnęli, gdyby udało im się wyjść z ukrycia i zjednoczyć siły.
Dlatego‭ „‬The Daily Telegraph” pisał ostatnio o „ofensywie ateistów”. Jak twierdzi brytyjska gazeta, nawet w ultrareligijnych Stanach Zjednoczonych półki w księgarniach zaczęły zapełniać się publikacjami wymierzonymi w wiarę w Boga. Tylko w ubiegłym roku ukazały się trzy książki na ten temat, napisane przez znanych naukowców, i każda z nich odniosła rynkowy sukces.
Pierwsza to‭ „‬Breaking the Spell: Religion as a Natural Phenomenon” (w wolnym tłumaczeniu – Odczarowywanie: religia jako zjawisko naturalne), napisana przez Daniela Dennetta, słynnego amerykańskiego filozofa umysłu i naukowca zajmującego się badaniami nad mózgiem. W wywiadzie dla dziennika „The New York Times” streścił on krótko przesłanie swojego dzieła: „Nie ma wątpliwości, że idea Boga, który wysłuchuje naszych modlitw i z którym można rozmawiać, ingerującego w losy świata, jest ideą bezsensowną. Po prostu nie ma takiej istoty”. Druga to „Letter to a Christian Nation” („List do chrześcijan”, do tej pory ćwierć miliona sprzedanych egzemplarzy), dzieło Sama Harrisa, również filozofa i naukowca zajmującego się neurobiologią wierzeń religijnych.
Jednak żadna z nich nie może poszczycić się tak spektakularnym sukcesem jak‭ „‬Bóg urojony” Richarda Dawkinsa. Milion sprzedanych egzemplarzy, jeden z hitów największej na świecie internetowej księgarni amazon.com oraz cały czas miejsce w pierwszej dziesiątce listy bestsellerów dziennika „The New York Times”. Taki jest półroczny bilans obecności na rynku dzieła Dawkinsa. Nie licząc lawiny komentarzy i dyskusji, które przetoczyły się również przez polską prasę, jeszcze zanim pojawił się przekład „Boga urojonego” na nasz język.
Czy sukces ten jest zasłużony‭? ‬Jako recenzent jestem w dość trudnej sytuacji. Z jednej strony bowiem wolę bardziej wysublimowane filozoficznie dyskusje na temat wiary, np. „Jeśli Boga nie ma…” Leszka Kołakowskiego, „Non serviam” Stanisława Lema czy „Cud teizmu” Johna L. Mckiego. Brutalny i nieraz przesadnie złośliwy atak na religię (choć nie można odmówić Dawkinsonowi błyskotliwości) sprawia wrażenie powtórki z historii (antyreligijnych manifestów napisano już wiele) i może odstręczać od lektury. Z drugiej jednak strony uważam publikację Dawkinsa za bardzo ważną i wartą lektury. I to co najmniej z trzech powodów.
Pierwszy to odwaga autora.‭ ‬Można odnieść wrażenie, że ponad przepaścią pomiędzy racjonalno-naukowym światopoglądem a wiarą w Boga zostały przerzucone w ostatnich dziesięcioleciach mosty pojednania. Choćby dzięki bardzo przychylnym wypowiedziom Jana Pawła II na temat teorii ewolucji czy dyskusjom uczonych (również tych niewierzących), organizowanym przez papieża w rezydencji w Castel Gandolfo. Konflikt nauka–wiara miałby więc w dużym stopniu zostać zażegnany. Nic bardziej mylnego – i to właśnie Dawkins, jako jeden z niewielu uczonych, ma odwagę powiedzieć.
Światopogląd naukowy i religijny oddaliły się dziś od siebie bardziej niż kiedykolwiek w historii.‭ ‬Na przykład chrześcijaństwu (w najważniejszych doktrynalnych odmianach: katolickiej i protestanckiej) cios zadał ewolucjonizm. Zniszczył bowiem jeden z głównych filarów doktryny: koncepcję grzechu pierworodnego, która obarczała człowieka odpowiedzialnością za wprowadzenie zła w dobry świat stworzony przez Boga. Nie da się jej pogodzić z wiedzą na temat ewolucji biologicznej, której produktem jest cierpienie i śmierć.
W tej kwestii Kościół katolicki unika zabierania głosu‭ (‬dobitnie świadczy o tym np. książka z 1990 r. „Wprowadzenie w chrześcijaństwo” Josepha Ratzingera, obecnego papieża Benedykta XVI) albo mówi w sposób kompletnie niejasny, o czym można się przekonać, zaglądając do niewielkiego dzieła „Grzech pierworodny w nauczaniu Kościoła”, autorstwa m.in. wpływowego kardynała Christopha Schönborna. Choć problem jest ogromnie palący, co uczciwie przyznaje katolicki teolog John Haugh w książce „Odpowiedzi na 101 pytań o Boga i ewolucję”: „Współczesna sensowna teologia nie może ignorować faktu, iż nauki ewolucyjne ogromnie poszerzają skalę zagadnienia niepojętego, niezawinionego cierpienia”. Problem jednak w tym, że teologia to zagadnienie ignoruje.
To oczywiście tylko jeden z przykładów ogromnych kłopotów doktryny katolickiej‭ (‬i nie tylko jej) w zderzeniu ze współczesną nauką czy może nawet szerzej – współczesnym światem, do którego archaiczny język religii przestał w ogóle pasować. Czytając na przykład ostatnie wydanie „Katechizmu Kościoła katolickiego” (opasły tom będący kompletnym wykładem doktryny katolickiej, nie należy mylić go z katechizmami dla dzieci), miałem podobne wrażenie, jak podczas lektury przygód młodego czarodzieja Harry’ego Pottera czy „Władcy pierścieni”. To jest w wielu punktach bajkowy, by nie rzec infantylny, opis świata. Gdy natomiast autorzy „Katechizmu” stają wobec najbardziej poważnych pytań – o sens cierpienia, pochodzenie zła czy nieśmiertelność duszy – zawsze w odpowiedzi pojawia się magiczne słowo „tajemnica”. Dawkins ma odwagę głośno zadać brutalne pytania: czy taka wizja świata, karmiąca się mitami sprzed ponad 2 tys. lat, może być satysfakcjonująca dla współczesnego racjonalnego umysłu? Czy religia potrafi być równoprawnym partnerem w intelektualnej debacie nad najistotniejszymi zagadnieniami dotyczącymi kosmosu i człowieka? Czy w ogóle da się, nie gwałcąc rozumu i sumienia, być jednocześnie racjonalnym i wierzącym? Oczywiście, problem ten nurtował ludzi już u zarania chrześcijaństwa. Na przełomie II i III w. naszej ery Tertulian, jeden z pierwszych wybitnych teoretyków Kościoła zachodniego, zwracał uwagę właśnie na absurdalność wiary; to jemu przypisuje się słynną maksymę „Credo, quia absurdum” (wierzę, bo to niedorzeczne). Nigdy jednak rozziew między wiarą a rozumem nie był tak dramatyczny jak dziś.
Druga istotna kwestia,‭ ‬którą porusza brytyjski naukowiec w „Bogu urojonym”, to prawo do odrzucenia religii. Choć żyjemy w liberalnej części świata, gdzie wolności obywatelskie są przestrzegane i chronione, to np. przyznanie się polityka do ateizmu budzi nieufność i znacznie obniża jego szanse wyborcze. Zwłaszcza dotyczy to Stanów Zjednoczonych, ale także obecnej Polski, w której agresywna „religijność na pokaz” jest w modzie.
Dlatego Dawkins zadaje dwa niezwykle istotne pytania:‭ ‬czy bycie ateistą rzeczywiście zagraża moralności i czy w takim razie religia jest prawdziwą strażniczką ładu społecznego? Odpowiedzi brzmią: nie. Dawkins argumentuje, iż nasz zmysł etyczny ma biologiczne korzenie. Reguły moralne nie zostały wyryte przez Boga na kamiennych tablicach i objawione człowiekowi, ale ukształtowały się w naszych umysłach w rezultacie długiego procesu ewolucji. Żadne badania nie wskazują też, by osoby niewierzące charakteryzowały się szczególnym brakiem poszanowania norm moralnych. By były bardziej cyniczne, okrutne czy rozpustne. Ludzi dobrych i złych można po równo znaleźć wśród ateistów jak i wśród wierzących. Mówiąc krótko: religia nie jest żadnym gwarantem przestrzegania norm.
Co więcej:‭ ‬czy przekonanie, że jest nam dane tylko jedno życie, paradoksalnie nie stanowi trwalszego fundamentu moralności? – pyta Dawkins. Ponieważ czeka nas po śmierci nicość, spróbujmy uczynić doczesny ziemski świat jak najbardziej znośnym i przyjaznym, gdyż wszyscy jesteśmy istotami cierpiącymi i śmiertelnymi. Jeszcze w „Samolubnym genie” Dawkins pisał o ludziach jako jedynych organizmach, które zdały sobie sprawę z natury ewolucji – procesu w swej istocie brutalnego, bezrozumnego i okrutnego. Dlatego tylko człowieka stać na zbuntowanie się przeciw samolubnym genom i porzucenie przypisanej mu przez naturę roli maszyny przetrwania.
Dawkins stara się na kartach swojej książki rozwiązać bardzo istotną zagadkę:‭ ‬po co ludzie w ogóle wierzą w świat nadprzyrodzony? Jego zdaniem fenomen wiary nie ma wartości adaptacyjnej, tzn. dzięki religii nie zyskaliśmy żadnej przewagi w ewolucyjnym wyścigu. Nie służy ona ani pojedynczym osobnikom, ani całym grupom, gdyż przemoc, którą powoduje, przynosi więcej strat niż zysków. Czym zatem jest? Umysłowym wirusem, sprytnym memem. Mem to pojęcie ukute przez Dawkinsa i oznaczające umysłowy odpowiednik genu, który potrafi powielać się i przeskakiwać z mózgu na mózg, jak np. moda na chodzenie w czapce bejsbolówce z daszkiem założonym na tył głowy. Religia jest od najwcześniejszych lat wciskana przez rodziców w bezkrytyczne umysły dzieci, trudno więc się dziwić, iż potrafi świetnie przetrwać i się powielać.
Ta koncepcja Dawkinsa jest najmniej przekonującą partią książki.‭ ‬Wierzenia religijne są bowiem zbyt stare i powszechne, by traktować je wyłącznie w kategoriach bezużytecznego i złośliwego wirusa umysłu czy produktu ubocznego procesów ewolucji. Z jakiegoś powodu‭ – ‬zapewne jak najbardziej przyziemnego – religie powstały i przetrwały, odgrywając w życiu społeczeństw istotną rolę‭ (‬zarówno pozytywną, jak i negatywną).‭ ‬Zagadnienie genezy wiary, ogromnie ciekawe, nadal więc czeka na swoje rozwiązanie.‭
Lektura książek takich jak‭ „‬Bóg urojony” prowokuje do zadania pytania: czy warto ludzi nawracać na ateizm i pozbawiać złudzeń co do podstaw ich wiary? Zdaniem autora „Boga urojonego” oczywiście tak – według niego świat byłby znacznie lepszy bez religii, będącej przyczyną wojen, ucisku (np. kobiet w krajach islamu) i umysłowego zacofania. Teza ta wydaje się co najmniej kontrowersyjna, jeśli nie naiwna. Dawkins jednak o tyle może mieć rację, że osłabienie wpływów religii – szczególnie w krajach islamu – uczyniłoby nasz świat znośniejszym.
„Bóg urojony‭”‬, jak słusznie ujął to jeden z brytyjskich recenzentów, „jest jak łyk świeżego powietrza‭”‬. Jednym z fundamentów kultury Zachodu jest bowiem gotowość do otwartej, racjonalnej debaty na każdy temat.‭ ‬Tym bardziej że religia nadal ma ogromny wpływ na nasze życie (czy tego chcemy, czy nie‭) ‬i powinna podlegać wnikliwej oraz krytycznej analizie. A sceptycznych argumentów ludzi odrzucających wiarę w Boga warto zawsze wysłuchać/.
Po tej czytance powracam do naszej rzeczywistości, o rozmowach Pani Teresy Krzemień, albowiem warto rozmawiać, choć Janowi Pospieszalskiemu one nie wychodzą, a Pani Teresie, recenzentce teatralnej i owszem.
/Tu i Teraz/ – wychodzący w latach 1982-1986 tygodnik kulturalny, redagowany przez pisarzy i intelektualistów – (wspierających stan wojenny) – należy dodać, apelujący do ludzkiego rozsądku.
Redaktorem naczelnym był Kazimierz Koźniewski. Wśród redaktorów i współpracowników pisma byli m.in.: Jerzy Urban (publikujący pod pseudonimem Jan Rem), Wiesław Władyka, Teresa Krzemień, Adam Schaff, Aleksander Minkowski, Zbigniew Safjan, Zbysław Rykowski i Leszek Żuliński.
Ze względu na swoją linię polityczną pismo zetknęło się z ostracyzmem, na przykład teatry odmawiały biletów gdy dowiadywały się, jaką redakcję reprezentuje Teresa Krzemień (recenzentka teatralna). Edward Redliński początkowo zadeklarował się jako współpracownik pisma, zanim jednak cokolwiek napisał oświadczył, że nie opublikuje nic aż do końca stanu wojennego. Również w samej redakcji dochodziło do konfliktów. Minkowski i Safjan domagali się wyrzucenia Urbana, którego uważali za główny powód ostracyzmu; był on również krytykowany przez Władykę i Rykowskiego/.
Loda Halama – /Moje nogi i ja/ – Książkę opracowała ta sama Teresa Krzemień, z Tygodnika /Tu i Teraz/. Ze względu na swoją linię polityczną pismo zetknęło się z ostracyzmem, na przykład teatry odmawiały biletów gdy dowiadywały się, jaką redakcję reprezentuje Teresa Krzemień (recenzentka teatralna).
Czy dlatego obie panie tak nieładnie potraktowały aktora w książce Pani Lody, bo przecież również oficera Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie A Żabczyńskiego. (Być może jedna z urażonej dumy, druga z przyczyn ideologicznych), pisząc, że był słabym człowiekiem, miał nabrzmiałą twarz od alkoholu, utył itp/.
Ale nie o nogach miałem pisać, choć i one są ważne bo nas niosą w różne zakątki labiryntu naszego świata. Do Kijowa również, bo tam dziś gorąco, ale na ten temat innym razem.
Kilka słów z rozmowy Teresy Krzemień, z Romanem Brandstaetterem, którego rzeźba przy ulicy Wałowej przy ulicy Goldhamera w Tarnowie sobie stoi, chciałbym wtrącić na koniec tego tekstu. O innych rozmówcach Pani Teresy Krzemień, m.in., o Kazimierzu Kutzu, może innym razem zdążę napisać. Pod warunkiem, że zapowiadanego na 22 lutego 2018 roku końca świata nie będzie.
Być może z Panem Bogiem uda nam się porozumieć i ten przesunie koniec naszego świata w czasie i wówczas wspomnę jeszcze o innych rozmówcach.
Ludzie się zmieniają ich charaktery i upodobania również. Mówi się o nich, że są jak chorągiewki. Wszystko co w nich zależy od politycznego wiatru. Z drugiej jednak strony mówi się, że tylko krowa nie zmienia poglądów.

Żydowski cmentarz w Tarnowie
Roman Brandstaetter mieszkał i żył w Tarnowie, ale zanim do tego dojdę wspomnę jeszcze o  polemicznym tekście z Teresą Krzemień, pt. /Dlaczego wybrano Las Ardeński? Jerzy Biernacki/Teresa Krzemień – Kultura nr 43 z dn. 24.10.1976 r.
Ne będę cytował całego tekstu, wtrącę tylko dwa zdania z tej polemiki:
/Generalnie – cieszy, że ktoś jeszcze może uważać za „napastliwą” recenzję po prostu krytyczną, że szabel dobywa się w obronie teatru, że prowokuje to Szekspir. Szekspir pewnie nie pisał dla dzieci i pewnie dla dzieci Miłosz „Jak wam się podoba” nie tłumaczył, chyba też i Tadeusz Minc „dla milusińskich, jej nie inscenizował”. Jeśli czytelnik nie był tego pewien – potwierdzam; zgodność swego przekonania w tej mierze z p. Biernackim/.
A jednak można się zgodzić.
Z dyrektorem Janem Klatą Teatru Starego jest podobnie. Można by na ten temat, ale w tym lesie można zabłądzić.
/Będzie drugie Qumgan/, ale zapewne chodzi o Qumran. To rozmowa o Biblii i przeżyciach z nią związanych.
/Aby poznać rodowód chrześcijaństwa trzeba najpierw odwiedzić Qumran, przynajmniej w wyobraźni, przyjrzeć się tajemniczym ruinom klasztoru nad brzegiem Morza Martwego, w którym mieszkali niegdyś esseńczycy — Żydzi, którzy w czasach Jezusa prowadzili tam swoją szkołę zakonną. Po zapoznaniu się z treścią Zwojów Morza Martwego doszedłem do wniosku, że nie sposób zrozumieć ludzi żyjących w owych czasach, czyli I wieku n.e., ich obyczajów i wierzeń jeśli odrzucimy lub zlekceważymy te dokumenty odkryte w Palestynie w 1947 roku. Ewangelie mówią nam bardzo mało na temat świata, w którym żył Jezus i apostołowie.
Znacznie więcej światła na tę scenę rzucają Zwoje Morza Martwego. Właśnie Qumran i Jerozolima są, bramami otwierającymi nam podwoje chrześcijańskiego królestwa, a nie Rzym lub Konstantynopol. To pewnie jedyna droga do zrozumienia rodowodu chrześcijaństwa i kościoła. Paleografowie są zgodni co do tego, że esseńczycy, na pismach których wzorowali się w znacznej mierze, bezpośrednio lub pośrednio, bardziej lub mniej świadomie, autorzy czterech ewangelii i listów apostolskich i sam Jezus, byli gminą religijną starszą od Jezusa i apostołów o co najmniej 150 lat. W związku z tym nasuwa się wniosek: skoro Jezus i apostołowie zapożyczyli wiele nauk od nich, i być może innych nauczycieli tamtego okresu, zatem Kościół i cała jego wielowiekowa tradycja jest domeną, w której należałoby pilnie dokonać stosownych rewizji i przewartościowań, jak słusznie zauważył John Marco Allegro, tłumacz tych tekstów. Stwierdzenie takie może wydać się dla wielu chrześcijanom dziwne, wręcz szokujące; niemniej, fakty historyczne są nieubłagane, teksty Zwojów Morza Martwego mówią same za siebie, a opowiadają nam nową historię/.
Nie wiem co myślał o tych biblijnych przekazach Roman Brandstaetter, ale zanim napiszę o czym mówił Teresie Krzemień, przytoczę jedną polemikę ze srony WWW:
„[…] Osobiście nie twierdzę, że Jezus i jemu podobni nie istnieli – jedynie, że najprawdopodobniej nie istnieli, a to jest różnica; mówiąc zaś dokładniej: nie istniał Bóg-Jezus, który z nieba zstąpił, który po wodzie człapał i w niebo czmychnął. Mógł zaś istnieć Żyd-Jezus, który był zelotą, uczonym w piśmie, faryzeuszem, Esseńczykiem, ex-członkiem Mandaitów, czy innym ówczesnym sekciarzem, ale Bogiem po prostu być nie mógł, to tak jakbyś się upierać, że pewien szympans, który się podawał za słonia, naprawdę nim był. Żaden zdrowy na umyśle Żyd nie mógłby twierdzić, że jest częścią Trójcy, że jest samym Bogiem, który na świat zstąpił.”
/Ksiądz Meslier napisał u schyłku życia testament dla swych parafian, w którym czytamy m.in.: „Iluż zresztą tak zwanych pisarzy pogańskich, jak Ksenofont, Platon, Cycero, cesarz Antoniusz, cesarz Julian, Wergiliusz itd., stworzyło dzieła wspanialsze niż te księgi, które mają być natchnione przez Boga! Śmiało mogę powiedzieć, że same tylko bajki Ezopa są z pewnością o wiele bardziej pomysłowe i kształcące niż prostackie i przyziemne przypowieści zawarte w Ewangeliach. Pomijając prostactwo i wulgarność stylu, pomijając brak kompozycji w opowieściach o poszczególnych zdarzeniach, w dodatku bardzo mglisto przedstawionych, niezgodności i sprzeczności w relacjach autorów dowodzą jeszcze bardziej, że księgi te nie mogą być boskiego pochodzenia. Autorzy ich bowiem przeczą sobie w wielu sprawach. Nie mieli nawet dość rozsądku i wrodzonych zdolności, aby dobrze ułożyć jedną chociażby historię (…) Jakżeż czcze są owe podstawy czcicieli Chrystusa! Ich moralność! W istocie swojej jest ona taka sama jak w innych religiach. Z tym zastrzeżeniem jednak, że z niej wywodzą się okrutne dogmaty, źródło prześladowań i zamętu. Ich cuda! Nie ma ludu, który by ich nie miał, tak jak nie ma mędrca, który by nie uważał ich za bajki. Ich proroctwa! Czyż nie dowiedziono ich fałszywości? Ich obyczaje! Czyż nie są najczęściej haniebne? Ich instytucje religijne! A czyż gmachu tego nie wzniósł fanatyzm, czyż nie utrzymuje go intryga? Doktryna! Czyż nie jest szczytem niedorzeczności?”
Obawiam się, że może chodzić o jakieś „Qumgan”, ale na sto procent nie jestem tego pewien. Roman Brandstaetter w roku 1980, pani Teresie Krzemień, na jej liczne pytania, odpowiada tym charakterystycznym urywkiem: – /(…) Chciałbym – bardzo, napisać coś większego o Tarnowie. Czy mi starczy życia? Mam 70 lat… Bo wszystko się tu kojarzy w dziwny sposób; ta Góra Marcina pod Tarnowem, Tarnów, Jerozolima, Rzym … Tarnów na wzgórzu, Dunajec … Napisałem taki poemacik – niedawno – „Biblio, Ojczyzno moja” Posłałem do „Tygodnika Powszechnego”. On się zaczyna:
/Biblio, Ojczyzno moja
Biblio, moja ziemio polska
i franciszkańska …

Roman Brandsteatter - rzeźba  w Tarnowie
Dużo czasu w życiu zmarnowałem na zajmowanie się głupstwami. Mam wyrzuty sumienia z tego powodu. Niepotrzebnie niektóre rzeczy pisałem, robiłem … Tego i owego nie powinienem napisać, raczej trzeba było ogniskować się w ważnym. Bo cenzurą była dla mnie wojna ostatnia. Ona zadecydowała o całkowitej mojej przemianie wewnętrznej. To jakby była moja droga do Damaszku, smuga cienia, coś takiego. W sposób zorganizowany i świadomie zacząłem pracować dopiero od wojny. Pocieszam się tylko myślą, że w życiu nie ma tak naprawdę rzeczy niepotrzebnych, więc to niepotrzebne, co zrobiłem – było niezbędne … Trzeba przejść przez doliny, góry, rzeki, omyłki, błędy – one dają sumę doświadczeń i … kiedyś zaowocują/.
Ironia losu wobec dzisiejszego pis-owskiego rykowiska, jest nią rzeźba Romana Brandstaettera z fajką na ulicy Wałowej w Tarnowie, tuż obok miejskiej siedziby PiS w narożnej kamienicy na piętrze. Rzeźba i siedziba mówią same za siebie i przemawiają do siebie wymownie. Zwłaszcza teraz, wobec nowej pis-owskiej ustawy IPN i tego całego nacjonalistycznego zgiełku w relacjach polsko-żydowskich.

Bohomazy na cmentarnym murze Tarnów Szpitalna
Polski Kościół milczy, choć choć niektórzy jego hierarchowie starają się ostrożnie wypowiadać, ale to tylko margines wkrótce może być zmarginalizowany przez obecnie rządzący polityczny układ kto ma rację w tym sporze.

Mreck

UDZIAŁ WYOBRAŹNI I FANTAZJI W POSTRZEGANIU NASZEJ RZECZYWISTOŚCI…

Natus

Aby do owej rzeczywistości się zbliżyć, choćby na kilometr, musimy sobie dopowiadać z pomocą wyobraźni i fantazji, by była dla nas łaskawa i użyczyła rąbka ze swej tajemnicy. To elementy, bez których nie sposób ogarnąć tego wszystkiego, co w Piśmie i przed nami stoi.
W umysłach twórczych rodzą się wizje, których cechuje olbrzymia precyzja kształtu, percepcji, dźwięku, proporcji itd., itp. Dopiero w strefie pomysłów – nie tylko u pojedynczego twórcy, ale również w grupie twórców na podobnym poziomie, którzy podjęli konkretny twórczy zamysł – wizje te mają już postać dzieła, niejako gotowego do realizacji, do wyrzeźbienia, zbudowania, namalowania, do wyrażenia w formie muzycznej itd. Tak też w wyobraźni Michała Anioła został opracowany w najdrobniejszych szczegółach wizerunek Kaplicy Sykstyńskiej. Widział ją i dotykał w sposób oczywisty tylko w wyobraźni. Obliczył jej projekt matematycznie w okresie, kiedy nie był znany rachunek całkowity i różniczkowy. Następnie przeniósł ten projekt w rzeczywistość widzialną i namacalną, która była dokładną realizacją jego zamysłu twórczego.
Analogiczne zjawisko występuje w dziedzinie uczuciowo-dążeniowej. Siła naszych moralnych przekonań, wyrazistość pomysłów, sprzęgnięcie postaw z przeczuciami i przekonaniami jednostek o podobnym poziomie dążeniowo-uczuciowym są dla nich kryterium ich obiektywno-subiektywnej rzeczywistości. Mogą one poprzez własną aktywność przenieść je natychmiast do tego, co nazywamy rzeczywistością zrealizowaną, wykonaną. Dochodzimy tutaj do pojęć subiektywizmu i obiektywizmu. Wydaje się jednak, że podział ten jest dość nieżyciowy i nietwórczy, ponieważ nasze głęboko opracowane, subiektywne odczucia, skrystalizowane na określonym poziomie mają zarazem wartość subiektywną i obiektywną. Subiektywną, bo są pomyślane i przeżyte przez nas, a obiektywną – bo mogą być zrealizowane, bo mogą być przekazane innym, bo mogą wreszcie być zrozumiane, odczute i przyjęte przez grupę homologiczną, na tym samym lub nieco innym poziomie.
Twierdzenie, że obiektywne jest to, co istnieje niezależnie od podmiotu, a subiektywnie to, co jest ściśle z podmiotem związane, nie wydaje się ostatecznie umotywowane. „Obiektywne“ w ogromnej większości przypadków jest zależne od rodzaju i poziomu podmiotu, „subiektywne“ zaś – możliwe jest do przeniesienia na teren przedmiotowości. Chodzi o to, że rzeczywistość jest zazwyczaj subiektywna i obiektywna zarazem, że jest rzeczywistością psychologiczną, społeczną, moralną, percypowaną, odczuwaną i logiczną, a więc wielopoziomową i wielopłaszczyznową. Wartości są również wielopoziomowe i obiektywne, nie tracąc nic ze swej twórczej, subiektywnej rzeczywistości.

Komu by się chciało po tych kwiatkach chodzić…

Kazimierz Dąbrowski – /TRUD ISTNIENIA/

Zebrał – Mreck

Mauzoleum w Lusławicach

To temat rzeka, długi jak Dunajec, który od wieków płynie obok Lusławic założonych w 1231 r. przez rycerza niemieckiego Ludpława.

W tej małej pod Zakliczynem historycznej osadzie, w jego dworskim parku, na ruinach dawnego zboru miejscowych arian powstał dwór, który w latach siedemdziesiątych XX wieku przejął polski kompozytor Krzysztof Penderecki. Pan Penderecki stał się prywatnym właścicielem tej historycznej działki wraz z ufundowanym i wybudowanym w roku 1936 mauzoleum Faustyna Socyna.

Ten uznany filozof i teolog od roku 1598 stał się nieformalnym przywódcą polskich Arian, prowadząc swoje religijne posłannictwo z Lusławickiego zboru. Faustyn Socyn rozwija swą działalność w oparciu o wyższą szkołę, drukarnie oraz pracujących z nim wybitnych myślicieli tego okresu. Ważną osobistością w tym zbożnym dziele Braci Polskich była postać Achacego Taszyckiego. Silny wpływ polskiej kontrreformacji zniweczył i zniszczył ten reformatorski ruch religijnej odnowy, a Achacego Taszyckiego doprowadził i zmusił do skrajnych i niekorzystnych dla reformacji decyzji na tym terenie.

Faustyn Socyn, a właściwie Fausto Sozzini, Faustus Cosinus, był postacią niezwykle barwną. Urodzony 5 grudnia 1539 w Sienie. Włoski reformator religijny, teolog, pisarz, poeta. Twórca socynianizmu i doktryny religijnej Braci Polskich, dziadek Andrzeja Wiązowatego, poślubia Elżbietę, córkę Krzysztofa Morsztyna (protektora protestantów), która urodziła mu jedyne dziecko – Agnieszkę.

Wpływ poglądów Socyna na ówczesną Europę zachodnią i środkową był znaczący i przyczynił się do stworzenia racjonalizmu i koncepcji państwa demokratycznego.

Krakowski okres działalności Socyna datuje się od roku 1578. Socyn nawiązuje kontakty z grupą antytrynitarzy – Włochów z otoczenia królowej Bony. Chciał wstąpić do krakowskiego zboru arian, ale odmówiono mu tego, ponieważ sprzeciwił się ponownemu ochrzczeniu (twierdził, iż każdy chrzest chrześcijański jest tak samo ważny). Niemniej nie przestał współpracować z polskimi arianami, pomagając im ustalić spójną doktrynę religijną i rozstrzygając ich wewnętrzne spory.

W Polsce nasilała się presja kontrreformacji. W 1571 zniszczono w Krakowie zbór protestancki i cmentarze innowierców, a od 1594 Socyn padał ofiarą napaści i przemocy (w 1598 grupa krakowskich studentów podburzonych przez miejscowy kler katolicki, wywlekła Socyna z jego mieszkania, spaliła jego księgozbiór i usiłowała go zabić; w ostatniej chwili uratował go ksiądz profesor Marcin Wadowita.

Socyn nie zaznał spokoju nawet po śmierci. Socyn umiera 3 marca 1604 w Lusławicach. Miejscowy proboszcz kazał wykopać jego zwłoki i wrzucić do Dunajca, jednak zwłoki wyłowiono z wody i pochowano ponownie. Grób Socyna wielokrotnie niszczono.

Miejsce życia i śmierci Socyna póki co jest ogrodzone solidnym murem, ale wiąże się z brakiem dostępu do Mauzoleum poświęconego tej wiekopomnej i zasłużonej dla polskiej reformacji postaci. Z całym szacunkiem dla muzycznego dorobku spadkobiercy tej działki, Pana Krzysztofa Pendereckiego, oraz znaczącego mecenatu dla polskiej Kultury małżonki Pana Krzysztofa, uważam, że niezależnie od planów dotyczących tego szczególnego miejsca, dostęp do Mauzoleum Socyna powinien być otwarty dla turystów chcących nawiedzić to szczególne miejsce w duchu zasad, którym Faustyn Socyn patronował.

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

nie da się słuchać muzyki Jana Kaczmarka mając do dyspozycji ucho drewniane.

Powściągliwość w wydawaniu sądów, to dziś rzadka cecha. Ten kamień biblijny często jest nadużywany. Zanim rzucisz w kogoś słowem, należy sprawdzić, jakimi głazami patrzysz na kogoś, kto przed tobą stoi.
Kiedy myśl jest prosta i znana nam z obiektywnych formuł, odbiór intencji trudności nie nastręcza. Inaczej jest natomiast, kiedy spotykamy się z myślą twórczą, nie odpowiadającą żadnej z formuł obiegowych. Obserwator i słuchacz w jednym musi nieraz pokonać duże intelektualne trudności w rekonstrukcji intencji, którą nadaje bądź też odbiera, a której czasami pojąć nie potrafi z uwagi na swoje ograniczenia w percepcji swego zmysłowego postrzegania. Prymitywnie myślący słuchacz i odbiorca nie domyśli się co do niego dociera. Przypisuje winę swego niezrozumienia innym osobom, wzbudzając w sobie przekonanie, że to obcy mówią rzeczy ciemne i nierozsądne i że wszyscy są dziwakami, tylko nie on.
Przyczyną takiego rozumowania może być defekt intelektualny, braki w dziedzinie wykształcenia (informacji). Krótko mówiąc, nie da się słuchać muzyki Jana Kaczmarka mając do dyspozycji ucho drewniane.
Chcąc rozmawiać swobodnie z Einsteinem, na tematy, które były jego umysłową zdobyczą, trzeba znać się na fizyce i matematyce, gdy owej wiedzy nam brakuje odbiór będzie bajką, o Czerwonym Kapturku, bądź innym PiS-owskim koszmarem, który suweren na długie lata nam zafundował, biorąc za swoje, wodolejstwo pana prezesa i jego przybocznych wilków żelaznych. Umiaru i ostrożności zabrakło niestety i mamy to co mamy w tym szerokim horyzoncie historycznych doświadczeń suwerena. Gdyby ów „prymitywizm“, o którym wspominałem, był malarskim kierunkiem, to by było jeszcze pół biedy. Ale tak nie jest. Ów prymitywizm dotyczy niestety umysłów prymitywnych w zbiorowym owczym sposobie myślenia, w którym owca czarna odgrywa dominującą rolę. Kto żyje zamknięty w takim kręgu, może być bardzo sprytny, przebiegły i zaradny, ale nie jest nim człowiek inteligentny. To są owi „straszni mieszczanie“, o których tak mówi Tuwim:
/I oto idą zapięci szczelnie.
Patrzą na prawo, patrzą na lewo –
A patrząc – widzą wszystko oddzielnie;
Że dom… że Staszek… że koń… że drzewo…/

Zebrał i dodał swoje dwa grosze – Mreck

Dobro, prawda i Piękno, to tylko chimery?

DSC02760

O tym, jak ceniona jest dana wartość, przesądza to, jakie ludzie nadają jej znaczenie.
Do popularyzacji rozważań o wartościach przyczyniła się twórczość Fryderyka, ale nie Szopena choć i ona wartości kształtuje. Nietsche zakwestionował istnienie trwałych, obiektywnych wartości, wskazywał natomiast subiektywne, biologiczne, sytuacyjne uwarunkowania wartości, odmienną – jego zdaniem – moralność „panów” i „niewolników”. Jego zdaniem, silni cenią dostojność, godność osobistą, stanowczość, sprawność, pewność działania, bezwzględność w realizacji swych zamierzeń. Słabi cenią zaś to, co im sprzyja, a więc: litość, czułość serca, miłość, altruizm i ambiwalencję.
Swoją cegiełkę w tym podziale dołożył również jeden polityk z kraju nad rzeką Wisłą, dzieląc zasoby ludzkie wedle własnych wartości.
Być może poeta Zbigniew Herbert, w którymś ze swoich utworów wieszczył o nowym demiurgu tego swoistego królestwa PiS i jego zwycięskiej opcji nad dotychczasową opcją letniej wody w politycznym kranie. Herbert nie czekał, aż prezes go zakwalifikuje wiedział, że bywają czasem wartości, których pogodzić nie sposób. Na tym podobno polega każdy tragiczny konflikt, bo nie można bezkarnie wymyślać lepszej wersji swojego życia i zarazem służyć prawdzie:
„Jaki chciałby pan być?
O wiele lepszy niż jestem.
[…]
Czego pan najbardziej nie cierpi?
Kłamstwa“.
Sam Herbert pewnie czuł, w jaką niebezpieczną grę się wplątał. W roku 1986, a więc w wieku już bardzo dojrzałym, tak o tym mówił w rozmowie z Renatą Gorczyńską:
„Bo ja uważam, że człowiek nie jest tym, czym jest w istocie – a któż z nas wie, kim jest – tylko tym, czym chciałby być. To jest moje podstawowe odkrycie z dziedziny psychologii. […] to dążenie, próba przeskoczenia siebie, to jest właśnie literatura. To tęsknota do lepszego „ja”, które sobie wymyśliłem i które się potem na mnie mści. Bo ludzie mówią: „Popatrzcie, on tak pisze, a tak żyje – coś takiego!”
Jak się zdaje, mit o Herbercie-konspiratorze porzuciła ostatecznie nawet rodzina poety, wpisując go do linii Mickiewicz – Słowacki i zarazem wypisując z linii Baczyński – Gajcy, to znaczy z linii poetów walczących:
„Może było z nim tak jak z Mickiewiczem i Słowackim, którzy jako słabego zdrowia uratowali się. Na szczęście…“.
Wiele autobiograficznych zmyśleń Zbigniewa Herberta kwalifikuje go poza nawiasem wartości prezesa Kaczyńskiego. Wisława Szymborska ma to samo:
Herbert twierdził, że ze Związku Literatów Polskich wystąpił w roku 1948, a powtórnie zapisali go tam koledzy w roku 1956. W rzeczywistości pracował do roku 1951 jako kierownik biura gdańskiego oddziału ZLP. Przez dwa lata pisał m.in. listy do cenzury, wygłaszał odczyty „Poezja broni pokoju” i brał udział w dyskusjach o estetyce marksistowskiej z okazji Miesiąca Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Został też odnotowany jako sygnatariusz apelu Komitetu Obrońców Pokoju. Ze Związku Literatów wystąpił w kwietniu 1951. Wstąpił ponownie w styczniu 1955.
Poeta twierdził, że przez piętnaście lat nie publikował (w innym miejscu podawał, że nawet nie próbował drukować niczego po 1948 roku). W rzeczywistości publikował, choć raczej skromnie i często pod pseudonimem, do marca 1953. Decyzję, by znów zacząć publikować, podjął mniej więcej w połowie roku 1954, przekazując wiersze do almanachu poetyckiego „…każdej chwili wybierać muszę”, tak więc przerwa trwała raczej piętnaście miesięcy.
Zbigniew Herbert twierdził, że w tym paxowskim almanachu wydrukował jedynie trzy wiersze. W rzeczywistości było ich dwadzieścia. Na dobitkę najprawdopodobniej zmyślił swoją rozmowę z szefem PAX-u, Bolesławem Piaseckim, któremu rzekomo „wyłuszczył”, dlaczego PAX-u nienawidzi. W każdym razie podana przez Herberta wersja wydarzeń jest nielogiczna.
Twierdził, że do roku 1957 nie mógł nigdzie znaleźć pracy, a gdy już nawet jakąś marną pracę znalazł, szybko go z niej wyrzucano jako „wroga klasowego”. W jednym z wywiadów powiedział nawet, że żył z „kopania torfu” (!). W rzeczywistości z kolejnych posad sam odchodził. W osławionym „Torfprojekcie” przepracował rok i nie była to wcale posadka aż tak bardzo marna. W 1956 roku dzięki Stefanowi Kisielewskiemu został dyrektorem biura Związku Kompozytorów Polskich. Również tę posadę sam rzucił po pół roku (a chciał jeszcze wcześniej).
Do tego sprawy pomniejsze, anegdotyczne, nigdy nie potwierdzone. Ukrywanie się przed wojskiem, by nie zostać prokuratorem wojskowym. Nagłe wysiedlenie z Warszawy z wyrzuceniem „na szosie w okolicach Brwinowa” włącznie. Pojedynek na szable w Lasku Bielańskim, przy tym opowiedziany tak, jak mógłby to zrobić Papkin-samochwała. Także słynna historyjka o Miłoszu domagającym się przyłączenia Polski do Związku Radzieckiego należy do tej kategorii.
Wiele wątków z wartości, w które Jarosław Kaczyński również bogaty. Na szczęście Lech Wałęsa nad nimi panował i nie dopuszczał by się ziściły już wówczas.
Po roku 1989 zabrakło motywacji, a w październiku 2015 prezes ze swoją drużyną triumfuje swymi wartościami irytując wszystkich dookoła, do rzeczy ważnych, doniosłych i banalnych, do świata piękna i brzydoty, zdrowia i choroby, prawdy i kłamstwa, świętości i diaboliczności. Słowem wcielony Boruta, który wciela swe wartości w ludzkie zasoby którymi dziś rządzi.
Wystarczy chwila refleksji i konstatacja sama się rysuje w tym polskim akwarium psychozy. Dobra, prawdy i piękna w tych wartościach nie ma.

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

Wołanie na puszczy

Josef Hen.bmp

Józef Hen, ale zanim napiszę cd. wspomnę o wyszukiwarce internetowej Google, którą Józefa Hena poszukiwałem. Napisałem małymi literkami józef i wyszło mi po kolei: Piłsudski, Stalin, Bem na trzecim miejscu, Beck minister na czwartym, następnie Wybicki, po Wybickim, Poniatowski, po Poniatowskim, Cyrankiewicz z miasta Tarnowa, po Cyrankiewiczu, zobaczyłem samego Hallera, a po generale, Józefa Oleksego, po Oleksym nastąpił Kowalski. Po józefie kliknąłem h i wówczas dopiero pojawił się Pan Józef Hen, ale po generale Hallerze w kolejności. Widocznie liczy się szarża.
Józef Hen, to starszy Pan,  urodzony w trzeciej dekadzie XX wieku, a dokładnie, 8 listopada 1923 r., w Warszawie. Jak podkreśla Kazimierz Kutz: – autor tej dwutomowej, wspaniałej, autobiograficznej opowieści pt. "Nikt nie woła", stał się kanwą dla scenariusza do jego filmu. Kutz wyznaje, że tego filmu, praktycznie nie ma, bo to co zostało po nim, to zaledwie 50 procent, taka retoryczna figóra, bądź hipoteza. Cenzura. Istnieje możliwość rekonstrukcji całego filmu, ale nawet w tym pięćdziesięcioprocentowym stanie rzeczy, nie ma się czego wstydzić. W prywatnej notacji Kazimierza Kutza, film "Nikt nie woła" uchodzi za jeden z najlepszych jego filmów. Słowem, "Nikt nie woła" to film nowatorski w ówczesnym czasie jaki Kutz robił z Jerzym Wójcikiem. Pan Kazimierz, przygotował się do tego debiutu jak do jakiejś sprawy i próby artystycznej zarazem, w oka mgnieniu i z rozpędu.
Debiutować na Henie nie było łatwo. Kutz podpowiada, że Hena "podprowadził" Konwicki, który poszukiwał swojej "materii" u niego. Konwicki był jeszcze nieznanym pisarzem. Pisał nowelki kronikalne o I Armii WP, ale był jednocześnie kierownikiem literackim w zespole. Szukał dla każdego adepta reżyserii, odpowiedniego i adekwatnego autora. Dla Kazimierza Kutza wybrał Hena. Wybór był trafiony. Sukces w oparciu o nowy tekst. Hen również został zauważony. Historia miłości w Samarkandzie w Azji. Nie tło było ważne, ale sprawa. Trzeba ją było tylko przenieść na Ziemie Zachodnie. Słowem, imigranci. Od realizmu do filmowej poetyki, wbrew ówczesnym filmowym trendom, by zerwać z ówczesnym niewolniczym, filmowym nastawieniem, od wzorców neorealizmu włoskiej kinematografii i tej wierności z literaturą. Nie fotografowanie literatury, nie adapracja, nie pra-matryca literacka.
Irzykowski nauczał, że kino jest widzialnością świata, jego obrazem.
Trzeba było wyrzycić tradycyjne psychologizowanie, rodem z literatury mieszczańskiej i klasycznej.
Film Kazimierza Kutza "Nikt nie woła", to nic innego jak deklaracja jego pożegnania z młodością.
Józef Hen, polski pisarz, publicysta, dramaturg, scenarzysta i reportażysta żydowskiego pochodzenia. Jako dziecko współpracował z założonym przez Janusza Korczaka „Małym Przeglądem”.
Wrzesień 1939 roku spędził w Warszawie na Nowolipiu. Stolicę opuścił w listopadzie 1939 roku. Wojnę spędził w Związku Radzieckim. Pracował przy budowie szosy Lwów-Kijów, a potem trafił do Samarkandy w Uzbekistanie. Pomimo dobrej formy fizycznej nie został przyjęty do armii Andersa. W 1944 wstąpił do Wojska Polskiego, opublikował też wtedy pierwszy wiersz (Łódź wierna) w piśmie Głos Żołnierza. W czasie wojny stracił ojca, zabitego w 1945 w Buchenwaldzie, brata Mojżesza (ur. 1920), który zaginął w ZSRR oraz siostrę Mirkę (1917-1942). Wojnę przeżyły matka i siostra Stella (ur. 1915). W 1944 przyjął pseudonim literacki „Hen”, który z czasem zaczął mu służyć za nazwisko. Zaraz po wojnie był redaktorem tygodnika Żołnierz Polski. Służbę wojskową zakończył w stopniu kapitana w 1952.
W 1947 Hen opublikował pierwszą książkę Kijów, Taszkent, Berlin. Dzieje włóczęgi, która została uznana za obiecujący debiut. Pisał reportaże, nowele, opowiadania, prozę historyczną i powieści dla dorosłych i młodzieży, a także scenariusze filmowe, które niekiedy też reżyserował, m.in. Autobusy jak żółwie. Na podstawie jego utworów nakręcono na początku lat 60. m.in. filmy Krzyż walecznych, Nikt nie woła, Kwiecień oraz Prawo i pięść. Później sfilmowano też Crimen. Był także autorem scenariusza serialu historycznego "Królewskie sny", opublikowanego później także w wersji książkowej.
Nie jestem złośliwy, ale cieszyłbym się bardzo, gdyby nasi pseudo-narodowcy i ich kibole, a także Reneralny Rokurator z Ruru Rezesem i Joachimem B. ze Szczecina, oraz całym zapleczem beretów, wspierających ten chorobliwy układ, który zagraża naszemu krajowi, ku uciesze gawiedzi i nie tylko. Wybrał opcję Misia Coali i zaczął wspinać się do Końca Świata.
Mam nadzieję, że córka Józefa Hena, Magdalena, z mojego rocznika, zaakceptuje moją ingerencję w zdjęcie Ojca Józefa, a jak nie, to być może zawoła.

Mirosław Nazaruk