Archiwa kategorii: Kultura

planty kolejowe

DSC00827

Historyk tarnowski pan Antoni Sypek w swojej książkowej publikacji z (2005) i tej wznowionej w (2017) książce /Mój Tarnów/ podejmuje wiele ważkich historycznych wątków w obrębie byłego wojewódzkiego miasta Tarnów. Otóż w jednym z nich, pt. /Na Stawkach i Planty Przybyłkiewicza/, pan Antoni wychodzi z siebie i w mocnych, ale trafionych słowach poddaje krytyce tzw. /Komisję Wielkiej Inkwizycji/ Magistratu im. ks. Jana Marszałka, która jak chce, zmienia ulice i place miasta według własnego uznania. Chodzi o wiele miejskich ulic, ale w tym przypadku o ulicę Na Stawkach i Plantach Przbyłkiewicza. Stara tarnowska ulica Na Stawkach niestety zniknęła, zastąpił ją ks. Jan Marszałek. Pan Sypek  tych ulicznych wnioskodawców nazywa dosadnie i domaga się w swej książce i pewnie na żywo, by nazwiska tych politycznych manipulatorów i małych hochsztaplerów były w końcu opublikowane, i aby społeczeństwo wiedziało kto za tymi krzywdzącymi zmianami stoi. Życzy im ponadto, by owymi poprawiaczami historii, zajęły się diabły w piekle, by smażyć ich członki i dusze. Ks. Jan pewnie tego piekielnego kotła dopilnuje, wypełnionego tymi wszystkimi członkami co go z ulicą Na Stawkach raczyli zamienić.
Z Plantami Ignacego Przybyłkiewicza (1846-1898), a dziś Józefa Jakubowskiego (1861-1948), założyciela Muzeum tarnowskiego, historia jest podobna. Ignacy Przybyłkiewicz propagator sportu i kultury fizycznej w Tarnowie zasługuje na osobną opowieść, którą być może ktoś napisze. Materiałów nie brakuje. Współtwórca z druchem Wilhelmem Muldnerem gniazda TG Sokół (1883) jako drugie gniazdo po Lwowie w Galicji), i „Piaskowej Góry“ znanej dla ówczesnej młodzieży, postaci lubianej i szanowanej przygotowującej młodych skautów na trudne czasy do udziału w odzyskanie przez Polskę niepodległości w 1918 r. Miasto Tarnów odzyskało ją jako pierwsze, być może dzięki zabiegom Przybyłkiewicza. Życie miał godne pióra, podkreśla pan Antoni; powstaniec styczniowy (1863), ukończył gimnazjum w Rzeszowie i studia na wydziale filozoficznym UJ w Krakowie. W tarnowskim gimnazjum uczył matematyki i fizyki. Zawód nauczyciela porzuca dla pracy w charakterze urzędnika w Kasie Oszczędności, a następnie policji magistrackiej. Był propagatorem ruchu cyklistów i pieszych wycieczek po okolicach Tarnowa. Urządzał aktywne wakacyjne kolonie letnie dla młodzieży.  Może pan Kazimierz Bańburski weźmie śp. Ignacego na swój twórczy historyczny warsztat?

DSC07623
Jak wspomina o Przybyłkiewiczu pan Antoni Sypek, pogrzeb miał okazały i ludny. Spoczywa w zaniedbanym grobowcu przy głównej alei Starego Cmentarza w Tarnowie, nieopodal kaplicy XX Sanguszków. Może ktoś się zlituje i o ów grobowiec Przybyłkiewicza w nim spoczywającego zadba wreszcie jeszcze przed świętem Wszystkich Świętych zmarłych w 2017. Grobowiec Polityńskich też woła o pomstę do Nieba, ale póki co powróćmy na zielone trawniki i stary drzewostan Plant Kolejowych w Tarnowie.
O procedurze nadania Kolejowym Plantom im. Ignacego Przybyłkiewicza nie będę wspominał, bo pisze o niej pan Antoni Sypek we wspomnianej już książce /Jego Tarnów/. Czarno na białym stoi w niej jak w Piśmie, że Przybyłkiewicza nikt nie zwolnił z patronowania Plantom, a Józef Jakubowski podobnie jak ks. Jan Marszałek pewnie czują się nie swojo na swoich aktualnych miejscach. Nie wiem jak się czuje św. Faustyna po ś.p. Lucjanie Szenwaldzie, ale pewnie bosko.

DSC00892
Drzewostan Plant zasiedlany codziennie przez nocujące na nim ptaki ma swoją historię i kilka białych kruków, które na liście starych drzew w Polsce zajmują czołowe miejsce. Na Plantach rośnie m.in. klon polny, szósty w kraju, (ok. 200 lat wys. ok. 19 m), oraz kasztanowiec biały (ok. 180 lat, wys. ok. 25 m) ósmy w kraju. Kolejnym białym krukiem jest pamiątkowa stara kamienna tablica przed pniem starego dębu i rosnącego przy niej młodego drzewa z napisem: – „Dąb zasadzony w X rocznicę niepodległości Polski“.

Mreck

nie da się słuchać muzyki Jana Kaczmarka mając do dyspozycji ucho drewniane.

Powściągliwość w wydawaniu sądów, to dziś rzadka cecha. Ten kamień biblijny często jest nadużywany. Zanim rzucisz w kogoś słowem, należy sprawdzić, jakimi głazami patrzysz na kogoś, kto przed tobą stoi.
Kiedy myśl jest prosta i znana nam z obiektywnych formuł, odbiór intencji trudności nie nastręcza. Inaczej jest natomiast, kiedy spotykamy się z myślą twórczą, nie odpowiadającą żadnej z formuł obiegowych. Obserwator i słuchacz w jednym musi nieraz pokonać duże intelektualne trudności w rekonstrukcji intencji, którą nadaje bądź też odbiera, a której czasami pojąć nie potrafi z uwagi na swoje ograniczenia w percepcji swego zmysłowego postrzegania. Prymitywnie myślący słuchacz i odbiorca nie domyśli się co do niego dociera. Przypisuje winę swego niezrozumienia innym osobom, wzbudzając w sobie przekonanie, że to obcy mówią rzeczy ciemne i nierozsądne i że wszyscy są dziwakami, tylko nie on.
Przyczyną takiego rozumowania może być defekt intelektualny, braki w dziedzinie wykształcenia (informacji). Krótko mówiąc, nie da się słuchać muzyki Jana Kaczmarka mając do dyspozycji ucho drewniane.
Chcąc rozmawiać swobodnie z Einsteinem, na tematy, które były jego umysłową zdobyczą, trzeba znać się na fizyce i matematyce, gdy owej wiedzy nam brakuje odbiór będzie bajką, o Czerwonym Kapturku, bądź innym PiS-owskim koszmarem, który suweren na długie lata nam zafundował, biorąc za swoje, wodolejstwo pana prezesa i jego przybocznych wilków żelaznych. Umiaru i ostrożności zabrakło niestety i mamy to co mamy w tym szerokim horyzoncie historycznych doświadczeń suwerena. Gdyby ów „prymitywizm“, o którym wspominałem, był malarskim kierunkiem, to by było jeszcze pół biedy. Ale tak nie jest. Ów prymitywizm dotyczy niestety umysłów prymitywnych w zbiorowym owczym sposobie myślenia, w którym owca czarna odgrywa dominującą rolę. Kto żyje zamknięty w takim kręgu, może być bardzo sprytny, przebiegły i zaradny, ale nie jest nim człowiek inteligentny. To są owi „straszni mieszczanie“, o których tak mówi Tuwim:
/I oto idą zapięci szczelnie.
Patrzą na prawo, patrzą na lewo –
A patrząc – widzą wszystko oddzielnie;
Że dom… że Staszek… że koń… że drzewo…/

Zebrał i dodał swoje dwa grosze – Mreck

Quo vadis?

Znalezione obrazy dla zapytania reflektorem w mrok

Swego czasu o. Marian Pirożyński, redemptorysta, za zwierzchnim pozwoleniem władzy duchownej księży Jezuitów w Krakowie, wydał książkę z pod tytułem – /poradnik dla czytających książki/. Opaska zaś na książce nosiła ten oto obiecujący napis: „Pierwsza i jedyna w języku polskim zdrowa ocena beletrystyki polskiej i obcej, 1000 autorów – 3500 dzieł.“
Owa zdrowa ocena, zawarta w tej „ojcowskiej“ pozycji książkowej, sporządzona według spisu alfabetycznego od A do Z, zdrowo ma się jedynie do alfabetu, cała reszta po jej czytelniczej diagnozie wymaga wręcz chirurgicznej ingerencji, hospitalizacji i rehabilitacji.
Zacznijmy od Jana Wolfganga Goethe, na którego palcem alfabetycznie najechałem.
Goethe Jan Wolfgang. Poeta niemiecki. Za młodu prowadził życie hulaszcze i rozpustne. Na kanwie tych przeżyć napisał w r. 1774 /Cierpienia młodego Wertera/. On się w niej zakochał, ona wychodzi za mąż, on się nadal w niej kocha i kończy życie samobójstwem. Romans ten był w stylu epoki – rozczulanie się, płakanie, analizowanie siebie – poeta opanował współczesne umysły i narobił wiele złego.
Gethego, w roku jubileuszowym 1932, mamy więc zamiecionego jako pierwszego, pod „pirożyński“ i jezuicko-turecki dywan. Dywan musi być wielki, bo i książek dużo.
Kolejnym palcem najechałem na Francuza. Zwie się on Merime Prosper. Autor, który za temat swych utworów obrał morderstwa i w ogóle różne łotrostwa. Bohaterami jego są pijacy, bandyci i rozpustnicy. Ów autor, niekiedy, a nawet przeważnie posuwa się do grzesznych bluźnierstw.
Kolejna postać, to Charles Montesquieu. Filozof i literat francuski, znany z rozprawy godzącej w moralność społeczną: /Duch praw/ (na Indeksie 29 XI 1751)…
Kolejny pod dywanem, to Murger Henryk, pisarz francuski; jego materialistyczne romanse malują w ordynarny sposób nędzę warstw ubogich, wszystkie są na Indeksie (20 VI 1864); /Cyganeria/.
Musset Alfred. Poeta francuski; pod względem stylistycznym należy do najlepszych, pod względem moralnym, do najgorszych. Żył rozpustnie i swe marne życie opisywał… Pod dywanem musi siedzieć.
Stenthal, pseudonim Henryka Beyle. Zajmował się żołnierką, administracją majątków, dyplomacją, wreszcie pisaniem niezdrowych i bezbożnych romansów…
Dikens Karol… posiada tę niepedagogiczną stronę, że sceny wyznań miłosnych, opisuje zbyt drobiazgowo…
Balzac Honore… romanse Balzaca odznaczają się wielkim brakiem – nie ma w nich głębszej myśli…
Poe Edgar Allan. Amerykański pisarz. Pod względem moralnym na ogół bez zarzutu, jednak w jego opowieściach zbyt często występują niemoralne postacie, a nawet upiory i zachodzące z nimi nieprawdopodobne sytuacje, które mogą młodzież demoralizować.
Uchard Mario. Prowadził życie awanturnicze i pisał złe powieści. /Panna Blaisot/, należy do lepszych, a mimo to jest złą powieścią.
Sami nieudacznicy, ale jest iskierka, /Nos notariusza/ Edmunda About, ale gdzie go szukać?
Tatarówna Stefania… /Porachunek z szatanem/, takie sobie nowele. Takie sobie, o. Pirożyńskiego, to bardzo częsty zwrot ocenny.
Niezabitowski Władysław… /Huragan od Wschodu/, powieść fantastyczna; rasa żółta walczy z białą; przyzwoita; /Skarb Aarona/, nieszkodliwe fantazje erotyczne.
Jednym z naszych pisarzy – najmilszy duszy i sercu o. Porożyńskiego – napisał książkę /Ku czemu Polska szła/ – Artur Górski. Boy daje tym rozważaniom tytuł: /Ku czemu Polska idzie/…, a idzie szybkim krokiem. Dziś pod przywództwem pana prezesa.

Zebrał i swoje dwa grosze wtrącił – Mreck

ingres na Wawelu

Muskata

Homilia – rodzaj kazania, którego treść oparta jest na wybranych czytaniach liturgicznych. Jej celem jest objaśnianie wybranego na dany dzień fragmentu Pisma Świętego w kontekście okresu liturgicznego, całego Zbawienia, sytuacji społecznej i politycznej.
W trosce o historyczne fakty zobaczmy więc, co w śniegu piszczy na dzień dzisiejszy w kalendarzu gregoriańskim, który w spadku po sobie, w trosce o ludzkie zasoby, bullą Inter gravissimas darował nam w 1582 r., papież Grzegorz XIII. Dziś jego następca, pomazaniec samego Chrystusa jakimi są wszyscy papieże, oprócz tych wszystkich, których Kościół nie uznaje, bo byli antypapieżami papieży słusznych, do których zalicza się papież Polak, Jan Paweł II Wielki, jak dziś go nazwał dzisiejszy Metropolita krakowski, z woli papieża Franciszka, ks. abp Marek Jędraszewski. Wielkość papieża JP II jest tak ogromna, że można zaryzykować stwierdzenie, iż Katedra Wawelska po homilii ks. abpa Marka, stać się może drugim Watykanem, dla całego świata. Nasi rządzący i cała polska hierarchia kościelna, abp-owi bili gromkie brawa po jego namaszczeniu na duszpasterza krakowskiej metropolii.
Dziś jeszcze nie napiszą, ale być może już jutro będzie wzmianka o abp-ie Marku Jędraszewskim z Poznania w Kalendarium. Napiszą w nim, ten, który 28 stycznia 2017 r., objął pasterską misję nad archidiecezją krakowską po wielu jej zacnych i mniej chwalebnych krakowskich arcykapłanach. Do tych drugich należał zapewne bp Jan Muskata
http://ciekawostkihistoryczne.pl/2014/07/29/najwiekszy-wrog-polski-gdyby-temu-biskupowi-sie-udalo-dzisiaj-mowilibysmy-po-czesku/.
Z owym biskupem krakowskim walczył Władysław Łokietek zwany Małym Księciem. Walczył o swoje wpływy w Krakowie i zjednoczenie państwa polskiego. Temu dobroczyńcy miasto Tarnów wystawiło pomnik przy ulicy Wałowej.
Król Bolesław Śmiały z  sitwą Palatyna Sieciecha, również walczył, ale polityczni wrogowie króla, zdołali go pokonać i wygnać z kraju.
Abp Marek Jędraszewski zręcznie omijał niewygodne dla siebie szczegóły z historii Kościoła i państwa polskiego. Relikty naszej przeszłości żyją na Wawelu własnym życiem ich postaci spoczywający w katedrze wawelskiej. Jest wśród nich król Kazimierz Jagiellończyk musiał brać na swoją klatę w grobie, wszystko to, o czym mówił arcybiskup. Namawiam w tym miejscu krakowskiego reżysera Jana Klatę, dyrektora Narodowego Teatru Starego im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, by z tego dzisiejszego Ingresu zrobił sztukę teatralną, albo jakiś pastisz, o biskupie Jędraszewskim, zanim Jana pan minister kultury zdejmie ze stanowiska. Motywu sztuki nie będę podsuwał, bo jest ich tyle, że sam Gogol by ich nie wyczerpał biorąc je z naszej najnowszej i tej zamierzchłej historii Kościoła, za którą Jan Paweł II zdążył przeprosić. Tadeusz Kantor je poruszał, inni też o nie się potykali mając na myśli suwerena, z którego woli dzisiejsza kościelno-polityczna partia nami rządzi. Partia, która prawo i sprawiedliwość ma głęboko w poważaniu, by nie użyć bardziej dosadnego słowa.
LITURGIA DZIEJÓW, tak nazwał dziś swoją homilię abp Jędraszewski. Mówił o naszych trzech poetach w których moc wielka drzemie. Ja bym wymienił jeszcze Bolesława Leśmiana, ale widocznie sekretarz biskupa zapomniał nanieść korektę w tekście homilii.
W tej kolejce pasterskiego czuwania, albowiem czuwanie było głównym motywem kazania, arcypasterz Jędraszewski wspominał o swoich poprzednikach, i tych którzy na Wawelu spoczywają. Niczym w apelu, wymienił tylko trzy postaci pochowane w wawelskich grobowcach. Wspomniał o apostacie Marszałku Józefie Piłsudskim, który z miłości do Marii Juszkiewiczowej przeszedł na wiarę protestancką, o gen. Władysławie Sikorskim, który zginął na Gibraltarze w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach, by na końcu wspomnieć o prezydencie Lechu Kaczyńskim, który w opinii arcybiskupa dorównał swoim poprzednikom w dziele budowania Polski niepodległej.
Zatrzymam się jeszcze przy Piłsudskim, obok którego spoczywa Lech Kaczyński. Ocena faktu apostazji marszałka dokonywana przez niektórych duchownych katolickich jest bardzo surowa: „Piłsudski świadomie opuścił Kościół Katolicki – i równie świadomie przeszedł do Kościoła protestanckiego. Przepisy wiary katolickiej nie pozwalają na oddawanie podobnym jednostkom rytu modłów publicznych zastrzeżonych wyłącznie dla wyznawców wiary katolickiej. A więc: Nie wolno Piłsudskiemu oddawać rytu modłów publicznych ze strony czy to kleru czy też laikatu katolickiego”. Msza żałobna za marszałka jest więc niedopuszczalna. W 1937 roku wystąpił tzw. Konflikt Wawelski: z powodu formalnego luteranizmu marszałka, przeniesiono trumnę Józefa Piłsudskiego pochowanego na Wawelu z krypty św. Leonarda do krypty pod Wieżą Srebrnych Dzwonów (też na Wawelu).
Arcybiskup wspomniał o relacji cienia i światła i wolnej woli człowieka, by między cieniem, a światłem były w niej właściwe proporcje. Relacje człowieka z człowiekiem będą wówczas czytelne, ale niestety nie są, bo człowiek lubi ściemniać. Przykładem jeden z naszych obecnych ministrów, w hierarchii kościelnej też by się znaleźli. Podkreślił, by za wszelką cenę bronić życia poczętego i bronić królestwa Chrystusa w naszym narodzie, i że wolność nie jest dana raz na zawsze, że trzeba zdobywać ją codziennie.
Czy wolność i zdolność czuwania utracił abp Stanisław Wielgus? – Wiele żalu ks. abp. Stanisław Wielgus miał do ówczesnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Abp przyznaje, że „faktem jest, iż Lech Kaczyński stał się jego nieprzyjacielem i bardzo mu zależało, żeby nie został arcybiskupem warszawskim”.
https://prawy.pl/7887-ks-abp-stanislaw-wielgus-to-byly-naciski-na-lecha-kaczynskiego/
https://wirtualnapolonia.com/2013/02/21/stanislaw-wielgus-czlowiek-ktory-wystraszyl-elity/
Trud trwania w koronie cierniowej Chrystusa, bywa czasami bardzo bolesny.
Św. Tomasz z Akwinu, dr Kościoła, o którym dziś wspominał abp Jędraszewski napisał:
– „Kobieta, to zwierzęca niedoskonałość“. Być może kobieta Tomasza z Akwinu, podła była.

Mreck

psychologiczne związki instynktu twórczego

gory.bmp

Związki te zapewne rodzą się w umyśle człowieka i są niewątpliwie efektem jego pobudliwości sensualnej, psychoruchowej, emocjonalnej, a także jego poziomu wyobraźni i intelektu. Najmniejsze znaczenie w rozwoju instynktu twórczego mogą mieć dwie pierwsze formy, albowiem ich udział twórczy w rozwoju jednostki zależy od poziomu ich rozwoju, oraz od ich sprzężenia ze wzmożoną pobudliwością emocjonalną, wyobrażeniową i intelektualną. Jednak te trzy ostatnie decydują i odgrywają istotną rolę w poszukiwaniu tzw. „nowej rzeczywistości“ w rozwoju instynktu twórczego.
Ktoś, kto jest wrażliwy emocjonalnie, kto ma rozwiniętą wyobraźnię i obdarzony jest fantazją, kto ma zdolność penetracji umysłowej. Ten zazwyczaj nie przystosowuje się do jednopoziomowej rzeczywistości życia codziennego i nie zadawala się nią. Taka jednostka szuka rzeczy nowych, ciekawych i niebanalnych. Jednopoziomowość i sterylność codziennej rzeczywistości nuży go, udręcza, powodując napięcia, konflikty, a nawet skłania do buntu przeciw tego typu rzeczywistości. A zatem, wzmożona pobudliwość we wszystkich wymienionych formach jest podstawą poszukiwania innej, wielopłaszczyznowej i wielopoziomowej rzeczywistości, w odróżnieniu od tego zerojedynkowego i jednowymiarowego oglądu płaskiej i bezbarwnej ściany.
Jeden z poetów wyraził to tak: – „Nie żyję i nie chcę żyć, i powiem więcej: żyłbym, ale życiem pięknym – plwam na byt prosięcy“.
Juliusz Słowacki wyraził tę postawę w sposób następujący:
„Widzę, że nie jest On tylko robaków Bogiem i tego stworzenia co pełza.
On lubi huczny lot olbrzymich ptaków, a rozhukanych koni On nie kiełza“ – (Beniowski).
W „Kazimierzu Wielkim“, ale i innych swych utworach, Stanisław Wyspiański wyraża pewne elementy wyraźnego nieprzystosowania do rzeczywistości tak oto:
„Wielkości! Komu nazwę twą przydano,
ten tęgich sił odżywa w sobie moce
i duszą trwa, wielokroć powołaną,
świecącą w długie narodowe noce“.
W innym wierszu Wyspiański wyznaje:
„I ciągle widzę ich twarze,
ustawnie w oczy ich patrzę
ich nie ma – myślę i marzę,
widzę ich w duszy teatrze“.
Młody, wybitnie utalentowany filozof Otto Weininger, który w 21 roku życia popełnił samobójstwo, wyraził swoje tęsknoty, oczekiwania i poszukiwania innej rzeczywistości, pisząc: – „Samobójstwo, szubienica, albo cel wyższy i dostojniejszy, aniżeli możliwy do osiągnięcia, przez kogokolwiek“.
Z przykładów tych widać, w jakim stopniu wzmożona pobudliwość psychiczna wyzwala dążenia do przekroczenia jednopoziomowej, sztywnej rzeczywistości.
Twórcza inspiracja dotyczy, dotyka i ma związek również z uczuciem przyjaźni i miłości do partnera bądź partnerki, mniejszą wagę przywiązując do przeżyć seksualnych. Franz Kafka stworzył taki pogłębiony, wyłączny związek, pod koniec swego życia. Juliusz Słowacki szukał zawsze ideału duchowego w partnerze, a Soren Kierkegaard zrezygnował z uczucia do swej narzeczonej i przedstawiając się jej celowo w bardzo złym świetle, doprowadził do dobrowolnego zerwania.
Analiza związków pomiędzy uzdolnieniami twórczymi, a wzmożoną pobudliwością wyobraźni wywołuje przysłowiowego wilka z lasu, ponieważ popuszcza wodze rozwoju pomysłowości, fantazji i bajkowej twórczości. Przez co rozszerza i pogłębia rozpoznawanie naszej rzeczywistości, związanej także z jej hierarchizacją, z prospekcją w formie transcendencji i marzeń sennych. Pomysłowość, bogactwo form i treści w wielu dziedzinach sztuki i nauki są charakterystyczne dla osób przejawiających wzmożoną pobudliwość wyobraźni. Powieści fantastyczne, poezja fantastyczna, impresjonistyczne, czy surrealistyczne malarstwo i rzeźba – to dzieła twórców odznaczających się tą cechą.
Do twórców wyróżniających się wzmożoną pobudliwością wyobraźni należeli: Edgar Allan Poe, Juliusz Słowacki, William Szekspir, Charles Baudelaire, Stanisław Wyspiański, Friedrich Nietzsche i wielu innych. Ta forma wzmożonej pobudliwości w sprzężeniu z pobudliwością emocjonalną stwarza podstawy do przekraczania rzeczywistości jednopoziomowej.
Związek pomiędzy pobudliwością intelektualną, a twórczością jest oczywisty jak oczywista oczywistość. Pobudliwość intelektualna dotyczy całościowych i wszechstronnych zainteresowań intelektualnych, tych z pogranicza polityki państwa również – czy aby miecz Damoklesa nie wisi nad nami. Z reguły związek ten wiąże się z pobudliwością wyobraźni i pobudliwością emocjonalną. Wzmożona pobudliwość intelektualna nie jest zatem nigdy nadmiernie obiektywna, albowiem jest ona schematyzująca i abstrahująca.
Wszystkie te formy wzmożonej pobudliwości współdziałają zazwyczaj ze sobą i tworzą postawę twórczą wielopłaszczyznową i wielopoziomową. Do twórców, którzy łączyli w sobie te rodzaje wzmożonej pobudliwości należą m.in.: Sokrates, Michał Anioł, Pascal, Szekspir, Kierkegaard, Wittgenstein, oraz większość egzystencjalistów.
Jakie znaczenie twórcze może mieć lęk? Głównym punktem wyjścia tej analizy będzie wielopoziomowość lęku, z lękiem przed politycznym zawłaszczenie państwa, np. przez jakąś wodzowską partię. Żeby ktoś nie miał obiekcji, wybieram pierwszą z brzegu – (PiS). Kto ma wyobraźnię, pewnie się domyśli co ten skrót oznacza.
Lęki związane z tendencją do zesztywnienia, z nadmiernym działaniem instynktu samozachowawczego, czy przybierające postać fobii, mają znikomy związek z wysokim poziomem twórczości. Są to lęki przed najprostszymi konkretami, przed zdarzeniami zewnętrznymi, przed naruszeniem potrzeb samozachowawczych, przed utratą znaczenia, czy utratą dóbr materialnych, z tytułu ustawowej odpowiedzialności zbiorowej, czy też inwigilacyjnej, np. Internetu, pt. „klikanie kontrolowane“.
Ścisły natomiast związek z twórczością mają stany lękowe o nastawieniu altruistycznym, a więc lęk o innych, lęk egzystencjalny, lęk o losy społeczeństwa, czy też świata całego. Również lęk o trwanie wyłącznych, niepowtarzalnych związków uczuciowych, lęk przed możliwością przyjścia lęku itd., itp. Taki Van Gogh przeżywał lęki nie tylko egzystencjonalne, ale także przed niemożnością znalezienia wyrazu malarskiego dla swoich artystycznych przeżyć. Były to lęki agonalne związane z poczuciem opuszczenia, osamotnienia i daremnego szukania pomocy w osiągnięciu tego poziomu twórczości, jakiego pragnął. Malarz cierpiał z powodu silnych stanów depresyjnych. Obraz „Krzyk“, Edwarda Muncha, o tych stanach mówi dobitnie.
Depresja z kolei jest jakby półświadomą, albo świadomą oceną własnych braków w realizacji naszych dążeń do twórczej bohemy.
Michał Anioł, przy jego twórczej dumie, napięciach twórczych i zamiarach zmiany rzeczywistości naturalnej w sztukę – odchodził, w miarę zbliżania się do śmierci, od sztuki, niszcząc niektóre swoje dzieła i zamykając się w swoim mieszkaniu. Miał przed sobą symbol śmierci – czaszkę. Ograniczył maksymalnie swoje potrzeby. Pogrążył się w ascezie, medytacji, kontemplacji, odsuwając się zupełnie od spraw życia. Przeżywał depresyjne rozdarcia, wzloty „ku górze“, a równocześnie mając poczucie braku rezultatów tych swoistych nierealnych na ówczesne czasy uwzniośleń.
Depresje z tzw. „wyższej półki“ występują u ludzi dążących do doskonałości. Ktoś kiedyś powiedział: – „Wszystko co brudne we mnie, spływa z depresją; jest ona jakby filtrem psychicznego rozwoju“.
Należy zwrócić jeszcze uwagę na zagadnienie związku obsesji z uzdolnieniami i twórczością. Można zaryzykować twierdzenie, że nie ma wielkich działań autentycznie ludzkich, bez trybów obsesyjnych. Przejawiali je wszyscy, lub niemal wszyscy bohaterowie ludzkości. Obsesję rozwojową miał Sokrates, Mahatma Gandhi, Abraham Lincoln, Martin Luter King, Joanna d’Arc i setki tysięcy innych osób, ze współczesnej sceny politycznej.
Ważny jest stosunek pomiędzy dezintegracją, a doskonaleniem. Jan Władysław Dawid powtarzał wielokrotnie, że dla rozwoju wewnętrznego, trzeba nieraz odejść od swoich dotychczasowych zainteresowań, sławy, a nawet własnej twórczości.
To by było na tyle i aż tyle. Niechaj każdy, z tego co powyżej, twórcze wnioski wyciągnie dla siebie. Jak żyć w tym kraju, ze swoją twórczą weną, która nie chce się poddać nikomu i niczemu, a zwłaszcza temu wszystkiemu, co Wam po głowie chodzi czasem, pytając. Komu wierzyć mamy?

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

Reflektorem w mrok–nasi okupanci.

DSC07251

Patron ulicy, to również zbiorowy obowiązek jej mieszkańców. Niestety, nie wszystkie ludzkie zasoby stosują się do niego, dlatego też przypominam. Mieszkam na Westerplatte skąd Tarnów z ulicą Boya Żeleńskiego mam na wyciągnięcie ręki.
Tadeusz Żeleński, znany powszechnie pod pseudonimem Boy, był niezwykle bogatą indywidualnością twórczą. Obok poezji i satyry oprawiał publicystykę, był mistrzem eseju i felietonu, pisał szkice, studia naukowo-literackie, recenzje teatralne i krytyki, a jego działalność jako tłumacza, to prawdziwy fenomen iście benedyktyńskiej pracowitości, połączonej z najwyższą sztuką translatorską – sztuką pięknego przekładu.
Data urodzenia Mistrza Tadeusza jest ważna, bo bez narodzin Boy’a kultura polska wiele by straciła. A więc Tadzio Żeleński, jeszcze nie Boy, urodził się zaraz przed świętami Bożego Narodzenia w dniu 21 grudnia 1874 roku w Warszawie, jako syn znanego kompozytora Władysława Żeleńskiego. Po ukończeniu gimnazjum św. Anny w Krakowie studiował medycynę na Uniwersytecie Jagiellońskim, po czym wyjechał na dalsze studia do Paryża.
Po kilku latach wrócił do Krakowa i objął funkcję asystenta w uniwersyteckiej klinice chorób dziecięcych. Był także przez sześć lat lekarzem kolejowym. Medycyna nie zdołała zatrzymać Żeleńskiego przy sobie – poświęcił ją dla literatury.
W Krakowie, po wyczerpującej pracy w klinice, wyrywał się do teatru, literackich kawiarni i malarskich pracowni, do gorących dyskusji o nowej sztuce, toczonych w burzliwej atmosferze charakterystycznej dla nurtu Młodej Polski. Zapewne nie podejrzewał wówczas nikt, że ten tak świetnie zapowiadający się lekarz stanie się jednym z najdowcipniejszych ludzi w Polsce, że cała epoka polskiej moderny z najdzie w nim swego kronikarza i satyryka, że będzie znakomitym tłumaczem i literatem o najostrzejszym w kraju piórze.
Działalność literacką rozpoczął Boy od lekkich, pełnych humoru wierszyków i piosenek satyrycznych, pisanych dla krakowskiego kabaretu artystycznego „Zielony Balonik“, a zebranych i wydanych w roku 1913 w tomie pt. „Słówka“.
Słówka Boya były właśnie owym „nabojem śmiechu“, wymierzonym w stary, czcigodny Kraków dewotek i kadzidlanych oparów, scudzoziemczałych hrabin, kamieniczników i właścicieli mieszczańskich handelków, w Kraków narodowych pamiątek, patriotycznych obchodów, pogrzebów, jubileuszy i tęsknot za c. k. Wiedniem. Były uderzeniem w miasto nadętych urzędniczych wielkości, hofratów i szambelanów austriackiego dworu, w ten gród arystokratycznego blichtru, tytułomanii, rautów, jour fixe’ów i przysłowiowej galicyjskiej biedy.
Całe to arystokratyczno-mieszczańskie kołtuństwo znalazło znalazło się na cenzurowanym, ośmieszone i wykpione do cna w szydliwych wierszach, piosenkach i kupletach Boy’a.
Żywot „Zielonego Balonika“ był krótki. Po kilku latach milknie jego śmiech, przygłuszony okrzykami oburzenia i zgrozy całej galicyjskiej konserwy, która rozdzierała szaty z powodu „szargania świętości“ przez zuchwałych bywalców „Jamy Michalikowej“ – „Cukierni Lwowskiej“ w Krakowie, przy ul. Floriańskiej, od nazwiska właściciela Jana Apolinarego Michalika.
W 10 tomach „Flirtu z Melpomeną“ (1920-1932) Boy recenzuje świat teatru wystawianych wówczas spektaklach w Krakowie i Warszawie. Przewietrzył starą uniwersytecką polonistykę wnosząc do niej nowe spojrzenie chociażby o Aleksandrze Fredrze i o Mickiewiczu, rzucając snop jaskrawego światła na twórczość mistrza polskiej komedii i dziedziny życia wieszcza narodowego.
Jego szkice o Przybyszewskim, Wyspiańskim, Żmichowskiej, Wojtkiewiczu, Grottgerze i Żeleńskim-ojcu, zebrane w tomie „Ludzie żywi“ (1929) – są cennym przyczynkiem do poznania osobowości tych twórców.
Boy, reprezentant kierunku liberalno-mieszczańskiego rozwijał jego najcenniejsze pierwiastki. Jest również wychowankiem francuskiego racjonalizmu poszukującym w dziele sztuki przede wszystkim społecznego sensu, tropiąc jego ideę, poddawał ocenie rolę, jaką dany utwór pełnił w odwiecznym pochodzie ludzkości ku postępowi. Kołtuństwa i wstecznictwa Boy nienawidził całym sobą, przez dziesiątki lat toczył boje z polskim „Ciemnogrodem“. Opluwany, szkalowany, narażony na tysięczne szykany ze strony polskiej reakcji. Nie był nigdy głuchy na bolączki życia społecznego w burżuazyjnej Polsce. W roku 1929 publikuje tom pt. „Dziewice konsystorskie“, a w 1930 roku „Piekło kobiet“. Porusza w nich problemy świadomego macierzyństwa, bije na alarm w obronie praw kobiety, żony i matki, piętnuje zastarzałe, krępujące jej rozwój normy i obyczaje, na których straży stoi ambona. Wywołało to nową falę ataków na Boy’a poglądy. Prasa różnych odcieni prześcigała się w oczernianiu Żeleńskiego, który odważył się zadrzeć z całą potęgą polskiej kołtunerii. Boy replikuje pisząc „Jak skończyć z piekłem kobiet“ (1931), w rok później publikuje nowy utwór „Nasi okupanci“, w której zaatakował główny bastion polskiego wstecznictwa, reakcyjny kler. Nie było też chyba wówczas w Polsce człowieka bardziej przez te koła znienawidzonego. Bojkotowano jego odczyty, nie dopuszczano jego książek do bibliotek i do czytelni, piętnowano ludzi mających odwagę je czytać i propagować myśl Boy’a. Podżegano przeciw niemu z kazalnic, nie było oszczerstwa, którego by na niego nie rzucano, obelgi której by na niego nie ciśnięto.
Również w kręgach liberalno-inteligenckich, miał Boy zaciętych wrogów – nie mieścił się w ramach mieszczańskiego konformizmu; swą polemiczną pasją, nieustanną walką przeciw fałszywym legendom literackim naraził się nie jednej potężnej koterii w kraju. Boy odbrązowił postać Adama Mickiewicza pisząc o jego przeżyciach miłosnych, konfliktach z towiańszczyzną, o jego socjalistycznych utopiach. Dziś „Pan Tadeusz“ z XIII Księgą A. Fredry jest w szkole obowiązującą lekturą.
Boy’a zaatakował w niesłychanie zjadliwy sposób jeden z wybitnych krytyków literackich XX-lecia międzywojennego, Karol Irzykowski w książce pt. „Beniaminek“. W swych „Wakacjach z prydumką“ (1933), Boy odpowiedział Irzykowskiemu na jego pamflet.
Do przeczytania polecam „Reflektorem w mrok“ Boy’a.
W ostatnich latach przed wybuchem wojny skierował Boy swoje zainteresowania w stronę historii pisząc książkę o Marysieńce Sobieskiej (1937).
Po klęsce wrześniowej znalazł się we Lwowie, wykładał na tamtejszym uniwersytecie literaturę francuską. Zginął w lipcu 1941 roku, zamordowany przez hitlerowców, wraz z wieloma innymi polskimi uczonymi.
Zapewne Tadeusz Boy Żeleński bywał w Tarnowie. Ma tu swoją ulicę, ale i pomnik na Europejskim Skwerze przy ulicy Tadeusza Romanowicza można by Żeleńskiemu postawić, albo w innym miejscu, przy dawnym sklepie Braha obok Wałowej. Nasi włodarze tarnowscy pewnie nie przewidzieli takiego wariantu.

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

teatr absurdu.

DSC01787Do Borzęcina, dróżką gładką, udałem się dosyć wartko, rowerem szosowym, z bidonem i peleryną przeciwdeszczową, w kolorze pomarańczy, bym mógł być widoczny dla innych kierujących, gdy będzie padało, jednak z nadzieją, że niedziela będzie pogodna, w sam raz, do /Tanga/ Sławomira Mrożka, który w Borzęcinie się narodził, i tu został ochrzczony, jeszcze bez /Tanga/, ale ku chwale miejscowych, nie on jeden zresztą.
Byli też i inni, którzy tu się urodzili, a o których być może wspomnę, choć nie muszę. Wystarczy wejść na stronę www. gminaborzęcin, by się o nich więcej dowiedzieć. Autora /Tanga/ niestety tam nie ma, ale Mrożka znalazłem w napotkanym borzęcińskim rowerzyście, który, na moje czucie, codziennie idzie w tango. O /Tangu/ Mrożka również wiedział, ale nie do końca, sam musiałem dociekać, gdzie chałupa Mrożka stała i kto był chrzestnym Sławomira.
Jechałem jak natchniony, trochę pod wiatr, trochę z wiatrem, po przetartej już trasie. Po drodze pokonując płytki Dunajec w Ostrowie, wypełniony majowymi plażowiczami, Wierzchosławice Wincentego Witosa, z Jego miejscem na cmentarzu (mojego kolegi również), kościołem i muzeum, pasmem słonecznych baterii, super kąpieliskiem w Niwce, aż do samego Rynku Kościuszki w Radłowie. Nie będę wspominał o kilku strategicznych skrzyżowaniach ze skrzyżowaniem na Siedlec w Radłowie i o ulicy Szpitalnej, na której onegdaj przeprowadziłem historyczny wywiad, dotyczący zacnych osobistości z Radłowa, które edukowały się w tym mieście (był nim również Władysław Bach, znakomity matematyk z Warysia). Być może siedziba biskupów krakowskich ma wpływ na adeptów tego miejsca – Oleśnicki, Hozjusz, Kowalczyk – mało? Jest ich więcej. Na swojej stronie YouTuba pod nazwą CK… można o nich usłyszeć. Będąc dobrym w jednej roli, można być lepszym w drugiej. Pisał o tym Sławomir Mrożek z Borzęcina. Władysław Bach z Warysia, również próbował, ale…
By uwiarygodnić siebie w mym podróżowaniu, pytam się o drogę, choć znam ja doskonale. Dobrze wracać do tych miejsc, gdzie ludzie są życzliwi i wskazują kierunek. W Radłowie przy Szpitalnej są tacy co pomogą. W innych miejscach również.
Obiecuję Sławomirowi i rowerzyście, który swoje Tango mi zaprezentował, że powrócę do Borzęcina i Warysia z wiedzą Wszystkich Świętych i poezją Barana, który być może, o tych matematycznych i innych tajemnych impoderabiliach jeszcze nie napisał.
Gmina nie zamieściła może chodzi o majątek i nazwę ulicy. W 1996 powrócił do Polski. W 2002 przeszedł udar mózgu, którego wynikiem była afazja. Skutkiem tego utracił możliwość posługiwania się językiem zarówno w mowie, jak i w piśmie. Dzięki terapii, która trwała około trzech lat, odzyskał zdolność pisania i mówienia. Efektem walki z chorobą jest jego autobiografia. Szóstego maja 2008 Sławomir Mrożek zapowiedział ponowne opuszczenie ojczyzny, by osiąść w Nicei na południu Francji z powodu klimatu, który bardziej sprzyjał zdrowiu dramatopisarza. Z Polski wyprowadził się dokładnie miesiąc później – 6 czerwca 2008 – wylatując z lotniska w Balicach.
Zmarł nad ranem 15 sierpnia 2013 r., w szpitalu w Nicei. Jego prochy spoczęły w Panteonie Narodowym w Krakowie. Uroczystości pogrzebowe odbyły się 17 września 2013 w kościele Świętych Piotra i Pawła w Krakowie. Mszy świętej przewodniczył metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz. Delegacja z Borzęcina też pewnie była.
Debiutował w 1950 r. jako rysownik, od 1953 systematycznie publikował cykle satyrycznych rysunków. Dzięki nim, a także pełnym komizmu opowiadaniom, wcześnie stał się autorem niezwykle popularnym, zajmującym osobne miejsce we współczesnej polskiej literaturze. Mrożek tropił i podważał absurdy życia w kraju realnego socjalizmu, ale też zbanalizowane, najczęściej postromantyczne, stereotypy, kształtujące świadomość Polaków. W języku potocznym na stałe zagościła fraza „jak z Mrożka”, określająca szczególnie bezsensowne, wynaturzone aspekty codzienności. Przykładami zaczerpniętymi z jego utworów posługiwano się dyskusjach.
Mrożek-dramaturg debiutował w 1958 roku sztuką „Policja”, ukazującą rzeczywistość państwa totalitarnego, w którym kluczową rolę odgrywają właśnie „policjanci” – funkcjonariusze jawnych i tajnych sił bezpieczeństwa. Aby utrzymywać władcę i społeczeństwo w przekonaniu o swojej niezbędności, Mrożkowa policja sama kreuje opozycjonistów, będących uwierzytelnieniem jej działalności.
Jego kolejne sztuki również zdobywały olbrzymie powodzenie. Mrożek posługiwał się groteską, absurdalnym przejaskrawieniem, satyrą i parodią, nieodmiennie przy tym zachowując talent komiczny. Jednocześnie zawierał w swych dziełach treści, pozwalające klasyfikować je jako przypowieści, moralitety czy powiastki filozoficzne. Tyczyły one tyleż opresyjnej rzeczywistości państwa na poły totalitarnego, jakim był PRL, co międzyludzkich relacji, gier jakie rozgrywamy, najczęściej dążąc do zniewolenia innych. Często ukazywał konflikt między – jak to określił jeden z krytyków – intelektualistami, będącymi de facto jedynie bezwolnymi marionetkami; ideologami czyli świadomymi twórcami społecznych sytuacji oraz bezrefleksyjnymi prostakami, „chamami”, posługującymi się jedynie siłą. Ofiarą zwykle stawał się „intelektualista”, katem zaś „cham”, wypełniający polecenia „ideologa”.
Mrożek pokazuje świat zniewolenia i konformizmu, systematycznie przeprowadzał demontaż narodowych mitów, łączył politykę z egzystencją. W Indyku (1960) ukazywał atmosferę całkowitej niemożności, zalegającą w duszach Polaków. W Tangu (1964) rozprawiał się z dziedzictwem awangardy (zarówno artystycznej, jak i obyczajowo-społecznej), wskazując, że kiedy wszystko już wolno, tęskni się do zakazu, sztywno obowiązującej normy, zaś normą tą może stać się naga przemoc. W Rzeźni (1973) zastanawiał się nad relacją między „naturą” a „kulturą” w człowieku, ukazując naturę jako cienką zasłonę, skrywającą zwierzęcość i okrucieństwo. W Emigrantach (1974) dał znakomity szkic psychologiczny polskiej mentalności, psychomachię rozgrywająca się między dwoma Polakami, nielegalnymi imigrantami w USA – „inteligentem” i „prostakiem”. Wreszcie w ostatniej jak dotąd sztuce, Miłości na Krymie (1993), analizował trzy oblicza Rosji: carskiej, radzieckiej i postsowieckiej.
Wprawdzie śmiałem się na rozmaite sposoby, i głośno i cicho, i biologicznie i intelektualnie, niemniej jednak mój śmiech nie dochodził do samego środka. Należę do pokolenia, którego śmiech zawsze bywa zaprawiony ironią, goryczą, czy rozpaczą. – Zwyczajny śmiech, śmiech dla śmiechu, pogodny i bez problemów, pocieszna gra słów – to wydaje się nam jakby nieco staroświeckie i budzi zazdrość.
[…] Mój ojciec, Antoni, był synem Ignacego, niezamożnego chłopa we wsi Porąbka Uszewska, powiat Brzesko, województwo krakowskie. Dzieci było siedmioro. Gdy skończył szkołę podstawową, samodzielnie i samowolnie powędrował do Brzeska, żeby się uczyć w gimnazjum. Podobno zaoszczędził w tym celu grosze zarobione u gospodarzy, którym wynajmował się do robót. Szczegółów nie znam, trzeba przyznać, że nigdy nie stawiał mi siebie za wzór przedsiębiorczości i wytrwałości w trudnych warunkach. Może dlatego, że w ogóle nie umiał ze mną rozmawiać, może dlatego, że wstydził się biedy, w owych czasach bieda była wstydliwa, może z ambicji, a może po prostu dlatego, że uważał to za rzecz zwyczajną.
Nie dane mu było jednak ukończyć szkoły. Po wojnie światowej przyszła wojna polsko-bolszewicka w roku 1920 i mój ojciec, siedemnastoletni, stawił się na ochotnika jak wielu innych. Opowiadał mi co nieco o tej wojnie. Były to same okropności. Głód i pragnienie, śmiertelne zmęczenie długich marszów, starcia wręcz na bagnety, pięści i zęby, zarzynanie jeńców i rozstrzeliwanie domniemanych szpiegów. (Był tylko świadkiem, nie uczestnikiem rzezi i rozstrzeliwań). Opowiadał jednak, jakby nie zdając sobie sprawy ze straszności, które przeżył. W jego pamięci bezsenność, zmęczenie i głód przeważały nad czynami heroicznymi i haniebnymi, nad śmiercią zadawaną i przyjmowaną. Może taka jest prawda o każdej wojnie widzianej oczami żołnierza, a może to beznamiętność ludowej opowieści o tym, co jest, jak jest, to jest i tyle. Cierpliwość odwieczna, stoickość sama siebie nieświadoma.
Był dumny ze swego udziału w tej wojnie, choć nigdy mi tego nie powiedział. I również nigdy nie usłyszałem od niego słowa: Polska, ojczyzna, naród. Należał do tych najliczniejszych, którzy po prostu narodem są, wcale o tym nie myśląc, tego nie nazywając. Żeby coś nazwać, trzeba się od tego trochę oddzielić, trochę tym i nie być. Tylko świadomość używa słów.
Kiedy umierał w 1987 roku, bardzo mu na tym zależało, żeby jego uczestnictwo w tej wojnie było wspomniane w nekrologu. To było zresztą jedyne jego życzenie.
Po zakończeniu wojny i demobilizacji nastąpił w jego życiu okres, o którym wiem mało, zaledwie tyle, że nie wrócił już do szkoły. Podobno prał swoją koszulę w toaletach publicznych, znamienny szczegół, bo wskazuje na wielką biedę, a nawet bezdomność. Wreszcie jakimś sposobem otrzymał posadę urzędnika pocztowego, jak się to wtedy mówiło: ajenta, we wsi odległej o 16 kilometrów od jego wsi rodzinnej. Ta wieś nazywa się Borzęcin i tam miałem się urodzić.
Porąbka Uszewska to wieś już podgórska, położona na południe od linii kolejowej Kraków-Tarnów. Borzęcin, na północ od tejże linii, leży na równinie. Porąbka jest biednawa, Borzęcin ma dobrą ziemię i w słowniku geograficznym wydanym w XIX wieku jest wymieniony jako najludniejsza wieś w Polsce. Być może utrzymał to pierwszeństwo do tej pory.
Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, jak wielki to był awans dla mojego ojca. Społeczna różnica między pracą rąk a pracą głowy, choćby najskromniejsza, była ogromna. Nagle mój ojciec znalazł się po drugiej stronie tej bariery, zazwyczaj nieprzekraczalnej. Stał się „panem”, miał teraz prawo, obowiązek, przywilej i zaszczyt nosić biały kołnierzyk z krawatem, kapelusz, rękawiczki i laskę. Jako „Ajent Urzędu Pocztowego” wszedł do miejscowej „inteligencji” złożonej z kierownika szkoły, nauczycieli, doktora, proboszcza, wikarego oraz właściciela mleczarni i sklepu „Towary Różne”. Ten ostatni odegrał dużą rolę w życiu nie tylko mojego ojca, ale i moim. Okazało się, że to mój dziadek.
Nazywał się Jan Kędzior i miał trzech synów i trzy córki. Jedna z nich, Zofia, często bywałą na poczcie, ponieważ jej ojciec, jako przedsiębiorca, stale miał coś na poczcie do załatwienia. Wydaje mi się, że moi rodzice nie byli dobraną parą. Za wielkie były różnice usposobień i upodobań. Na ślubnej fotografii moja matka wyraźnie stara się nie być wyższa od mojego ojca, pochyla ramiona i głowę, podczas gdy on stoi przesadnie wyprostowany. To zdjęcie jest symboliczne. Ale silne, obopólne uczucie im pozwoliło, a podstawowa, bezwarunkowa lojalność nakazała – przetrwać przez lata małżeństwa bez podawania niczego w wątpliwość. Żyli w czasach, kiedy „szczęście” osobiste nie było jeszcze demokratycznie postulowanym prawem ani światopoglądowo (czyli towarzysko) wymaganym obowiązkiem. Obowiązki były wtedy znacznie prostsze i znacznie mniej malownicze niż dzisiaj: utrzymać dom, wychować dzieci, nie opuszczać drugiego człowieka w potrzebie.
Pobrali się w roku 1927, on miał lat dwadzieścia cztery, ona dwadzieścia jeden. W rok później urodził się mój brat Jerzy (umarł, mając cztery lata), w trzy lata później – ja. Moja siostra urodziła się jako ostatnia.
Dziadek Kędzior pochodził z Rzeszowskiego, również z rodziny chłopskiej, czy też bardziej elegancko, rolniczej. W każdym razie chyba niebiednej, skoro ukończywszy szkołę przemysłu mleczarskiego, założył własne przedsiębiorstwo. Nie był lubiany. Uchodził za człowieka zimnego, twardego i zamkniętego w sobie. Miano mu za złe, że zatrudniał w przedsiębiorstwie – bez wynagrodzenia – swoje własne dzieci, a w stosunkach z dostawcami, czyli chłopami z Borzęcina i okolicy, jak również z personelem mleczarni, był podobno nieubłagany. Ja również go nie lubiłem i trochę się go bałem. Ale patrząc na jego fotografię, nie widzę twarzy tępego brutala. Myślę więc, że raczej postanowił być twardy niż takim był z natury. Czując się wśród ludzi niewygodnie i obco – nie miał daru towarzyskości ani wdzięku – i będąc, jak sądzę, raczej słabego charakteru, wymyślił sobie typ twardego człowieka i trzymał się go kurczowo, myląc siłę i przedsiębiorczość ze sztywnością i zatwardzialstem. Za moją tezą przemawia historia jego drugiego małżeństwa. Matka jego dzieci, Franciszka, z domu Hadera, umarła młodo, żałowana przez najbliższych i cały Borzęcin. Ożenił się powtórnie z osobą bardzo nieciekawą, szczerze mówiąc dosyć wredną, a mówiąc zupełnie otwarcie – z ohydną jędzą, paskudną na ciele i umyśle. (Duszy nie miała). Ta głupia, lecz widocznie sprytna prowincjonalna Lady Macbeth od razu nim zawładnęła bez reszty, oddał jej nie tylko władzę i terytorium, lecz także – i to bez jednego wystrzału – fortecę swojej osoby, bunkier swojej duszy i kasę pancerną swego serca. Otóż gdyby był z natury takim typem przebiegłego twardziela, bezwzględnym kalkulatorem, graczem i ambitnym rządcą, za jakiego uchodził, cała ta historia by się nie zdarzyła. Miałby bowiem wtedy jakąś znajomość ludzkiej natury choćby w celach manipulacji, jakieś doświadczenie, jakąś niebezbronność wobec tego rodzaju kobiet. Chyba że się zakochał. Wtedy cała ta moja analiza nie ma sensu. […] – Jakbym słuchał Ojca swego, Kazimierza (1906).
I pomyśleć, ze człowiek z Borzęcina Mrożek Sławomir, który do Borzęcina powracał, za tym wszystkim stoi. Wiedziało o tych przemyśleniach wielu miejscowych. Władysław Bach z Warysia również znał ten matematyczny polski problem. Po zagadkowej śmierci Bacha w Krakowie, w roku 1968, został pochowany w wielkiej manifestacji cmentarnej, na przeciw działki Mrożków w Borzęcinie.
Warto ten temat znowu pociągnąć. Mam zgodę pana Czesława na kontakt w tej sprawie.

Mreck