Archiwa kategorii: Kultura

NIEKTÓRE PARAGRAFY Z KODEKSU BOZIEWICZA

Znalezione obrazy dla zapytania kodeks boziewicza

„Krytyki i sądy odnoszące się do naukowej, literackiej lub w ogóle do fachowej umiejętności i działalności nie mogą być powodem do zadość uczynienia honorowego, o ile zostały wypowiedziane bądź napisane rzeczowo i bez osobistych zniewag“.
Nie wiadomo jednak jak potraktować paragraf 1, w którym Boziewicz głosi, że:
„…należy uważać każde, nawet najdrobniejsze zadraśnięcie miłości własnej obrażonego, słowem, to wszystko, co on jako zniewagę uważa, nawet wówczas, gdy osoba druga będąca na miejscu obrażonego, nie czuła się tym drobiazgiem obrażona…“.
Widać jak na dłoni, że ów pierwszy paragraf zdaje kwestię obrazy w zupełności na widzimisię danej jednostki. Paragraf 1 przekreśla wszystkie inne definicje obrazy, tą również zawartą w paragrafie drugim, który powiada:
„Obrazę tedy powoduje każde oświadczenie, zachowanie się, względnie działanie, które może zaszkodzić dobremu imieniu danej osoby, lub poniżyć ją w opinii ogółu.“
Te dwa paragrafy pierwszy i drugi, najzupełniej przeczą sobie: jeden stawia sobie definicję obrazy jako rzecz zupełnie subiektywną, drugi określa ją ściśle obiektywnie; wedle pierwszego obrazą może być wszystko, wedle drugiego tylko rzecz poważna; najbardziej jednak dziwić może, że te dwa przeczące sobie paragrafy autor łączy słówkiem „tedy“, tak jakby jeden z drugiego wynikał! Budzi to wątpliwości, czy w ogóle autor zdaje sobie sprawę z wartości słów i z istoty ścisłego sformułowania myśli, które muszą być zasadą każdego kodeksu. Przypadek paragrafu 1 określa i przekreśla właściwie wszystkie i dalsze paragrafy: jakąż bowiem może mieć wartość np. paragraf 40, orzekający wyraźnie, że:
„Posłów i senatorów nie można pociągnąć do odpowiedzialności honorowej za ich mowy, o ile w tychże nie mieściły się osobiste obrazy…“, skoro samo pojęcie obrazy poddano kryterium osobistego poglądu?
Idźmy dalej. Przechodzimy do ważnego określenia, kto jest człowiekiem honorowym. Mówi o tym paragraf 30:
„…osoby mające ukończone szkoły średnie w zasadzie muszą być uznane za osoby honorowe. Paragraf 32 dorzuca również te osoby, które dzięki swej inteligencji, mimo braku wykształcenia średniego, w rzeczywistości dorównują poziomowi umysłowemu człowieka posiadającego średnie wykształcenie… Nie można zatem odmówić zadośćuczynienia honorowego np. mechanikowi, który skutkiem swego wynalazku dał świadectwo swej umysłowości etc.“. A zatem mechanik, który pracuje rzetelnie, ale wynalazku nie dokonał, nie jest człowiekiem „honorowym“. Teraz pytanie nasuwa się kolejne, kto będzie oceniał ten „wynalazek“ i oceniał jego wartość, czy jest na tyle doniosły, aby dać mechanikowi godność człowieka honorowego? Wiele nieoczekiwanych zadań spada na sekundantów!
Paragraf 33 powiada, że „Dzięki wybitnemu stanowisku społecznemu muszą być w zasadzie uważane za honorowe osoby nie posiadające nawet wymogów wynikających z paragrafów 30 i 32; np. przemysłowiec, prezes Klubu etc.“. Ale czy wiceprezes jest honorowy? A sekretarz? A przemysłowiec, który nie piastuje żadnej godności już nie może sobie rościć żadnych pretensji do honoru?
Następuje paragraf 34: „Jako zabytek rycerskości wieków średnich, wszyscy autorzy kodeksów honorowych przyznają prawo do dawania i żądania zadośćuczynienia honorowego osobom stanu szlacheckiego, bez względu na wymogi wynikające z paragrafów 30, 32 i 33.“. Dziwi trochę to rozróżnienie rycerskości wśród obywateli, bo przecież jesteśmy krajem demokratycznym i że się cieszymy równością praw obywatelskich, tymczasem widzimy, że mechanik musi aż dokonać wynalazku, a przemysłowiec zostać prezesem Izby, aby się równać w prawach honoru ze szlacheckim synkiem, który dwóch klas nie skończył? Czy to nie jest podważaniem samych podstaw naszego ustroju w duchu junkersko-szlacheckim?
Wedle paragrafu 11, ów szlachcic-analfabeta jest dobrze obwarowany: p. Boziewicz zwalnia go od wszelkiego cenzusu naukowego, ale zarzut „nieuctwa“ mieści pomiędzy obrazy ciężkie.
Uniesiony zapałem kodyfikowania honorowego całego świata, p. Boziewicz bierze się z kolei za duchownych. Zwalnia zakonników od obowiązków honorowych, mimo, że przyznaje, iż „muszą być w zasadzie uważani za ludzi honorowych“, natomiast księża świeccy:
„…mogą, aczkolwiek nie muszą, żądać zadość uczynienia honorowego w razie zaistnienia obrazy, albowiem żądanie takie nie może być w żadnym wypadku równoznaczne z dążeniem do uzyskania zadośćuczynienia z bronią w ręku. W pierwszej bowiem linii zastępcy honorowi obu stron muszą dążyć do załatwienia sprawy w sposób odpowiedni do warunków i okoliczności, a zatem w danym wypadku bezwzględnie starać się nie dopuścić do starcia orężnego.“
„Bezwzględnie się starać“… jedno określenie wyklucza drugie. „Starać się“ mieści w sobie „domniemanie“, że staranie może się nie udać, a wówczas co? Ksiądz musi stanąć na placu, albo mu wyrżną jednostronny protokół? Charakterystycznym rysem „ekspansji panhonorowej“ jest, że w pierwszym wydaniu tego kodeksu (1919) autor zwolnił wszelkie osoby duchowne od „świeckich obowiązków honoru“, w roku 1927, po dojrzałym namyśle, podciągnął pod nie wszystkich księży nie zakonników. Księdzu zawsze zostanie odwołanie od Boziewicza do samego Bozi.
Ostatecznie może ktoś sobie postawić Boziewicza choćby na ołtarzyku i modlić się do niego co dzień – jest dziwnym i niebezpiecznym to porozumienie z Boziewiczem. Warto zajrzeć do kodeksów Zamoyskiego i Krzemieniewskiego może w nich dla honoru świeci światełko w tunelu.

Zebrał – Mreck

KOCHAJ BLIŹNIEGO JAK SIEBIE SAMEGO?

Zobacz obraz źródłowy

Tadeusz Kotarbiński napisał ten tekst na dziesięciolecie /Przeglądu Społecznego/, wydawanego we Lwowie od 1927 roku. Czasopismo to było poświęcone opiece społecznej, a artykuł mówi o rozważaniach autora na temat podstaw działalności charytatywnej w sprawie pojęć i haseł, które mówią o dobroczynności. Moraliści każą nam innych kochać, a nie tylko lubić. Brak umiaru w tej licytacji miłości bliźniego mści się natychmiast. Wcale nie potrzeba by wszyscy kochali wszystkich. Albowiem każda istota która chce być kochana znajdzie kogoś miłującego. Z miłością jest jak z pojęciami w logice – Im bogatsza treść, tym uboższy zakres.  Nie hodować w sercu złośliwego robactwa, zaniechać wrogich uczuć, ale to nie jest łatwe zadanie. Albowiem rozjuszone żądła wypełzają z oczu i języków na prawo i lewo. Ludzie zmuszeni do współżycia ze sobą tak się wyzbyli kultywowania w sobie nienawiści do współobywatela, jak się odzwyczaili w cywilizowanych środowiskach pluć na podłogę; gdyż byli usposobieni względem siebie nie jak we wzorcowej rodzinie, lecz chociażby jak w zatłoczonym tramwaju. Oby szerzyciele cnót zamiast narkotyzować młode dusze egzaltowanym ideałem wszechmiłości, podburzając je zarazem do nienawiści względem rzekomych wrogów tego ideału, zajęli się plewieniem pokrzyw rozplenionych w sercach, leczeniem serc z przywary nienawistnych popędów! Zanim ludzkość nauczy się niebiańskiego uśmiechu, musi się najpierw oduczyć szczerzenia zębów. Wobec powyższego powiedzenie: – /Kochaj swego bliźniego jak siebie samego, jest nie realne i kochać tak jest nie sposób. Owszem dość często się przytrafia miłość ofiarna, rodząca poświęcenie bezgraniczne dla poszczególnych osób, poszczególnych grup, lub pewnych spraw ludzkich. Psychologia uczuć w tym zakresie przytacza wiele możliwości. Nie sposób wzbudzić i utrwalić w sobie i innych takiej gamy pozytywnych uczuć, które by uczyniły, że wszystkich kochamy. Nie można bowiem względem każdego z bliźnich rozwijać pomocy we wszystkich jego potrzebach. Albowiem potrzeby różnych istot są rozbieżne, bo ani rusz nie można pogodzić interesów gołębia i jastrzębia. Trzeba brać przykład z przyrody poza ludzkiej w tym względzie, otrzymamy wówczas plastyczną ilustrację wielu konfliktów między osobnikami zwierząt nawet tego samego gatunku. Hipotezę upraszczającą stanowi np. upowszechnione mniemanie że rośliny nie cierpią, a zwierzęta są li tylko nieczułymi automatami. Do wierzeń fantastycznych trzeba zaliczyć wszelkie rojenia o bycie pośmiertnym, w którym ma nastąpić ogólny happy end po wszystkich klęskach, czyniących dla wielu istot nieszczęśliwym w sumie żywot ich doczesny. My ludzie, jeżeli chcemy żyć, musimy jeść, a w tym celu musimy uśmiercać żywe tkanki, z których czerpiemy pożywienie, Jeżeli chcemy być zdrowi, musimy truć bakterie chorobotwórcze i tępić tych którzy je roznoszą. Naiwna była zatem modlitwa małej dziewczynki proszącej Bozię, o szczęście i zdrowie dla mamusi, tatusia etc., etc., wreszcie dla … much na lepie. Jest w tym głosiku dziecięcym coś co nam grzesznikom spokoju nie daje. Ewolucjonista rozumie, że przyroda żyje walką o byt, a naiwny moralista każe zaniechać wszelkiej walki o byt. Czy zatem utopijność hasła wszechmiłości daje nam prawo machnąć ręką na cierpienia zwierząt? Precz z okrucieństwem w stosunku do zwierząt! A przez okrucieństwo rozumie się nie tylko rozkoszowanie się ich cierpieniem, ale także zadawanie im cierpień zbytecznych – ubój zwyczajny bądź rytualny, polowanie. Pojęcie bliźniego nie obejmuje zwierząt. Gdzie się zaczyna, a gdzie kończy ludzkość w uczuciowym sensie? Co do mnie (Kotarbiński) do ludzkości zaliczam psy, a nie zaliczam hyclów. Pół biedy, gdyby w obrębie rodzaju ludzkiego panowała powszechna zgodność potrzeb. Można by wtedy praktykować powszechną życzliwość czynną wobec wszystkich bliźnich, rozumiejąc przez bliźniego każdego człowieka. Niestety, daleko jeszcze do stosowania ludzkiej przyjaznej wrażliwości wobec każdego bliźniego. Na Ziemi coraz większy tłok i depczemy sobie po piętach. Ciągle jakieś dwie monady ludzkie pożądają jakiegoś dobra, które tylko jednej z nich może przypaść w udziale. Zapewne do końca świata dwóch mężczyzn będzie się kochało na zabój w jednej kobiecie. A ona będzie zmuszona przynajmniej jednego z nich unieszczęśliwić odmową. A może i obu skoro do końca świata będzie się powtarzało zjawisko zakochania się bez wzajemności. W pewnych sytuacjach ludziom sumienia, to właśnie chłodna cnota, subtelniej interpretowana musi wystarczyć i zastąpić miłość bliźniego. Chłodna, gdyż z istoty swojej miarkuje porywy zarówno złego, jak i dobrego serca. Bywają jednak chwile, kiedy i sprawiedliwość na nic się nie przydaje, bo nie ma kto pilnować z dobrym skutkiem jej wykonania. Oto przywarowały naprzeciw siebie dwa oddziały w okopach. Nikt do nikogo tam nie czuje złości. Każdy wie, że to tylko mus. A musi dlatego, że przeciwnik jest groźny, trzeba tu przyjąć pewnik, że będzie nam szkodził jeśli my mu nie zaszkodzimy. Jeśli ktoś powodowany miłością bliźniego szepnie w okopach – /Rzućmy broń/, roztropni ludzie obejdą się z nim jak z niebezpiecznym obłąkanym. Temu zaś, co by liczył na możliwość sprawiedliwego i polubownego rozstrzygnięcia sporu zadadzą kłopotliwe pytanie: – /Gdzie władza, która by obu stronom narzuciła spełnienie wyroku?/. Sprawiedliwość w sporze dwóch silnych wymaga mocnej ręki trzeciego, od nich silniejszego. W granicach konieczności bojowej należy dokładać wszelkich starań by uczestnicy boju, zarówno przyjaciele jak i wrogowie cierpieli jak najmniej. Kto przebija bagnetem nieprzyjaciela, który się zamierzył kolbą – jest w swoim prawie. Kto policzkuje jeńca bezbronnego, dla własnej satysfakcji – jest zbrodniarzem. Potrzeba obrony przed niebezpieczeństwami wspólnej natury: nędzą, prymitywizmem, rozstrojem, i tyranią siły obcej jest usprawiedliwiona.

A zatem powiedzenie – Kochaj bliźniego jak siebie samego – pasuje niczym pięść do nosa.

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

RZECZYWISTOŚĆ RZECZY I CIAŁ…

Zobacz obraz źródłowy

Przywykliśmy do postawy reistycznej, do traktowania rzeczy i ciał najbardziej konkretnie, jako perceptywne zjawiska rzeczywistości. Istnieją kierunki filozoficzne i psychologiczne, które przyjmują tylko rzeczywistość „rzeczową“ i „cielesną“. Widzimy rzeczy i ciała, słyszymy szmery i dźwięki z nimi związane, dotykamy te rzeczy, przesuwamy je, odczuwamy ich zimno, ciepło czy gorąco, wyczuwamy i mierzymy ich rozmiary, oceniamy ich gładkość lub chropowatość, widzimy ich kolory, odczuwamy ich zapach i smak. Ale przecież te same ciała i rzeczy inaczej postrzegamy w ruchu, np. chmury, błyskawice, samoloty w locie, pojawiają się i znikają. Gdy słońce wschodzi lub zachodzi, wówczas las, drzewa, woda, nikną w mroku, nie dostrzegamy ich, bądź widzimy bardzo niewyraźnie. Musimy uzupełniać nasze bezpośrednie spostrzeżenia odwołując się do wyobraźni, a nawet fantazji. Doświadczamy więc znikania naszych postrzeżeń (FATAMORGANA). Obserwujemy znikanie przedmiotów tych postrzeżeń, ich przetwarzanie, zaciemnianie. To nasuwa przeświadczenie, że przedmioty te istnieją w rzeczywistości, choć zniknęły z naszego pola widzenia. Słońce, samoloty, ptaki są, trwają dalej w rzeczywistości, ale straciliśmy do nich pewien dystans, bo zniknęły z naszego pola widzenia. Tą rzeczywistość realną, która znika, zastępuje rzeczywistość wyobrażalna, „dopowiadana“, rozumowana. W każdym razie nie jest ona bezpośrednio percypowana. Stąd koncepcje wielopłaszczyznowej rzeczywistości – rzeczywistości zmieniającej się, rzeczywistości w ruchu, rzeczywistości w przestrzeni i czasie. Niektóre nasze postrzeżenia, niektóre nasze sądy i rzeczach i zjawiskach, dają nam wyobrażenia prostsze, lub bardziej skomplikowane, wymagające wielokierunkowych sprzężeń czynności percepcyjnych, intelektualnych i emocjonalnych. Nadaje to nowe cechy rzeczywistości, mianowicie cechy wielopłaszczyznowości. Dochodzimy do rozróżnienia – zwłaszcza w dziedzinie przeżyć – tego, co „niższe“ i tego, co „wyższe“, a co dostępne jest tylko jednostkom szczególnie wrażliwym, uczulonym na ten właśnie wyższy poziom rzeczywistości, która zawiera się, lub jest nieobecna w ludzkich jednostkach.

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

ARTYSTA JAKO PROTEZA …

Marek Piwowski

Teresa Krzemień : – W 1979 roku powiedział pan Januszowi Głowackiemu w wywiadzie dla „Kultury“ rzecz następującą: cholera, nie wiadomo, z kim się teraz identyfikować …
Marek Piwowski: – nie pamiętam. Uważam nadto, że wszystkie wywiady są nieszczere. Bo wówczas ludzie kogoś udają i najczęściej odchodzą od własnych przekonań i własnego ja. Robią to po to, żeby lepiej wypaść, być dowcipnym, inteligentnym, ale już nie sobą.
Odpowiem otwarcie: Będę wciskał Pani kity.
TK: – czy jest dziś (1979) kierunek myślenia w Polsce, pogląd, postawa, albo konkretna grupa ludzi, z którą mógłby się Pan utożsamić?
MP: – Mimo iż mamy rok 1981, to obawiam się, czy to co bym odpowiedział byłoby drukowane. Mam opór wobec samego aktu identyfikacji, bo ona zakłada jakąś rezygnacje z siebie samego. Nie można z siebie rezygnować nawet na bezludnej wyspie, gdzie indziej również. Częściowa rezygnacja z siebie samego nie zaszkodzi o ile jest świadoma, to znaczy, wie się, że to o czym mówimy, stanowi kompromis, ale konieczny, ustępstwo na rzecz pewnej umowy społecznej. Kompromis, to jakaś tam zawsze porażka, bo inaczej, identyfikacja z programem, z grupą może grozić w końcu fanatyzmem. Wolność zakłada uniki od tej identyfikacji, nie przed pytaniami, ale przed gotowością do pełnej identyfikacji z najbardziej nawet słusznym programem. Kompromis zawsze kończy się fatalnie, ponieważ znajdą się tacy, którzy ci zarzucą, że wdałeś się w ten ohydny układ. I pewnie mają rację, bo bierze się na siebie część odpowiedzialności za tych którzy kłamią i mówią głupoty.
Nie lubię marzyć, a kryminały zrobiłem z tych samych powodów, dla których zrobiłem również krótkie filmy przeciwalkoholowe. One przychodzą najtrudniej, więc ćwiczenie w rzemiośle. Jedne i drugie bardzo mnie nudzą, bo wymagają banalnie zdyscyplinowanej narracji. Praca z prawdziwymi aktorami ma tą zaletę, że zdejmuje ona z reżysera 80 procent pracy. Z nimi robi się łatwiej i szybciej. Robiąc „Paragraf 22„ zobaczyłem, że od aktorów można się wiele nauczyć. Potrafią stworzyć „superficial“ wcale bądź prawie wcale bez psychologii. Chodzi o to by każdy milimetr taśmy nasycony był konkretem. Film kryminalny to taki „hot dog“. Całą scenę trzeba posiekać na detale, a następnie posklejać tylko te kawałki, które pchają sprawę. Taki proces może dawać właśnie złudzenie czegoś syntetycznego.
…historia deprawacji studenta, który współpracując z milicją staje się przestępcą… Chodzi o to czy można świadomie produkować drobnego przestępcę tylko po to, by ująć przestępcę większego kalibru. Można się z tym zgodzić, albo nie. W jednej ze scen milicjanci preparują konfidenta, starają się osłabić jego naturalną barierę moralną, argumentują: z chorym na raka też się postępuje nieuczciwie oszukując go, że jest zdrów, aż do śmierci. Poglądy autora filmu nie mają z tą sceną nic wspólnego, ale publiczność czasem wyciąga własne wnioski.


Tablica pamiątkowa filmu Rejs na Bulwarze Filadelfijskim w Toruniu od strony starówkiPo filmie „Rejs“ nastąpił tzw. efekt projekcji. Mówi się, że jesteśmy wychowani na literaturze i prasie, która nauczyła nas czytać między wierszami. Otóż w „Rejsie“ szukano klucza do każdej postaci, czy ten to Gomułka, a tamten taki a taki. Kiedy mówiłem, że nie, to uznano, że się boję przyznać. Próbowałem pokazywać typy i postawy, a nie opowiadać kluczem z zakresy znaków drogowych, że ten znaczy to i wyłącznie to. Może nie chcę również rozumieć podziału na dokument i fabułę. Nie lubię fałszywego poglądu stawiającego znak równości pomiędzy dokumentem, a obiektywnym zapisem rzeczywistości. Wątpię w możliwość obiektywnego zapisu rzeczywistości. Sam fakt skierowania kamery w jedną a nie w inną stronę jest wynikiem subiektywnego wyboru. Nie wierzę w obiektywny zapis, bo sam wybór postaci do golmu, odpowiedni moment naciśnięcia guzika kamery, montaż filmu jest ciągiem działań subiektywnych. Obiektywizm jest możliwy, ale jest to tylko niebezpieczny mit. Ważne jest tylko to, czy ten subiektywny ciąg zdarzeń jest dokonywany przez autora uczciwego, czy przez szuję.
TK: Brzmi to szlachetnie, ale w praktyce może stać się usprawiedliwieniem dla każdej dowolności.
MP: Wręcz przeciwnie, z tych wszystkich podziałów filmowych, proponuję podział na filmu uczciwe i nieuczciwe, albo dobre i złe. Rozstrzygać o tych wartościach może tylko sumienie autora,kolaudantów i widza. Rzecz w tym, żeby to sumienie widza mogło dojść do głosu.
Artystę widzę jako protezę. Musiał on zastępować sejm, związki zawodowe w tych funkcjach, które zostały im amputowane. Artysta musiał mówić o tych problemach, które nie mogły znaleźć form w instytucjach do tego powołanych. Uważam siebie za protezę amputowaną, zmuszoną do pokazywania kalekiego, poobcinanego obrazu rzeczywistości. Ten obraz niepoobcinany byłby bardziej prawdziwy, ale i subiektywny również.
Wyszukiwanie różnic pomiędzy obrazem subiektywnym, a prawdziwym, to pożyteczna praca. To trochę jak science-fiction – obraz społeczeństwa nie istniejącego obiektywnie, ale prawdziwy obraz mechanizmów nim rządzących.
O filomatach i filaretach Mickiewicza, z wiarą że filmowe laurki i lekarze zmienią się na lepsze…
W roku 1993 Piwowski w ciągu zaledwie trzech miesięcy (po 17 latach przerwy) nakręcił film Uprowadzenie Agaty, który nawiązywał do nagłośnionej przez media sprawy ucieczki z domu Moniki, córki wicemarszałka sejmu Andrzeja Kerna. Film miał premierę miesiąc przed wyborami parlamentarnymi, z udziału w których zrezygnował Kern. Według mediów film powstał na polityczne zamówienie mające na celu dyskredytację popularnego wówczas polityka PC (producentem filmu był związany z lewicą Lew Rywin). W wywiadzie dla „Dziennika Łódzkiego” Monika Kern stwierdziła, ze film był „luźno związany” z jej historią, a cała „afera” ze zniknięciem jej z domu została przedstawiona w mediach w fałszywy sposób.

Zebrał i swoje dwa subiektywne grosze wtrącił – Mreck

KRÓLESTWO NIEBIESKIE, NICZYM FATAMORGANA, BĄDŹ BAŃKA MYDLANA …

Znalezione obrazy dla zapytania fatamorgana na pustyni

Wokół nas jest inny świat. Jest blisko. Dotyka nas na wyciągnięcie ręki. Jest jak cudowna bańka mydlana, która pęka za każdym razem kiedy ją dotkniemy. Należymy do niego, ale on do nas nie należy. Czasem przyjdzie łaska jak błyskawica i odsłoni go komuś. I wtedy ten, któremu zostało to objawione, usiłuje topornymi słowami, rzeźbą, obrazem, rysunkiem, nazwać to zjawisko, które przeżył, które ujrzał. Po czym, z wielkim trudem stara się wpatrywać w swoje słowa, rzeźbę, obraz, rysunek, to wszystko, co mu owo objawienie w ich namiastce przypomina.
Wokół nas jest inny świat. My należymy do niego, ale on do nas nie należy. Tak jak ktoś już kiedyś powiedział – Ja nie jestem z tego świata, ale za mną podążajcie, by trafić do niego. Ktoś już zapisał te znaki, zalegają w pustynnych piaskach, można je odnaleźć. Tam się unoszą niczym fatamorgana, wciąż czekając na odkrycie.

Do słów ks. Mieczysława Malińskiego – swoje dwa grosze, Mreck dodał

SUBTELNE DEMONY…

Znalezione obrazy dla zapytania rozmowy z diabłem teatr stu

Nawet z diabelską fantazją wszystkiego się nie da dociec, ale od czego baba? Nie od dziś wiadomo, że gdzie diabli nie mogą, tam kobietę posyłają. Wszystkie polskie diabły zapewne o tym wiedzą co o nich się mówi:
Ani w Boga wierzy, ani się diabła boi.
Co w kobiecym sercu na dnie, to i diabeł nie odgadnie.
Co nagle, to po diable.
Gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy.
I diabeł był ładny, póki był młody.
Jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy.
Kiedy as na warcie, to diabeł w karcie.
Ni w Boga wierzy, ni się diabła boi.
Nie taki diabeł straszny, jak go malują.
W starym piecu diabeł pali.
Za babą i diabeł nie trafi.
Zamiast anioła za nogi, złapał diabła za rogi.
Aniołowi lekko białym być, ale diabła trudno mydłem myć.
Bogatemu diabeł dzieci kołysze.
Modli się pod figurą, a diabła ma za skórą.
Woda młynem, wiatr śmigłami, a złą babą diabeł obraca.
Zjedli diabli krowę, niech zjedzą i cielę.
Złego diabli nie biorą.
Złego diabli nie wezmą.
Gdzie diabeł mówi dobranoc? Tego nie wie nikt. Prof. Jerzy Bralczyk objaśnia co oznacza być adwokatem diabła :
Czyli: ktoś, kto broniąc sprawy niesłusznej lub atakując słuszną, przyczynia się do lepszej orientacji w dyskutowanych kwestiach; dawniej też po prostu: obrońca złej sprawy.
W procesach beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych advocatus diaboli szuka „haków” na przyszłych błogosławionych i świętych. Tę funkcję rzecznika publicznego ustanowił papież Leon X. Oficjalnie adwokat diabła jest określany mianem promotor fide, czyli „opiekun wiary“. Promotor obecnego prezydenta Andrzeja Dudy ma się o co martwić, dziś bowiem przed chwilą, ok. połudna 20 grudnia 2017 r., UE uruchomiła wobec Polski Art. nr 7. Warto przytoczyć w tym miejscu tekst Elżbiety Sawickiej pt. „Diabelskie sprawki“ z dn. 23 października 2015 r. Dziennikarka, była szefowa działu kultury w „Rzeczpospolitej” oraz redaktor dodatków „Plus Minus” i „Rzecz o Książkach”. Stale współpracuje z miesięcznikiem „Nowaja Polsza”. Wchodzi w skład jury nagrody za reportaż literacki im. Ryszarda Kapuścińskiego. Oto i on:
/Przyjaciele zmarłego w Oksfordzie 17 lipca 2009 roku wybitnego filozofa, pisarza i eseisty od sześciu lat w okolicach tej daty urządzają Urodziny Leszka Kołakowskiego w warszawskim teatrze Syrena. Gościem specjalnym jest zawsze żona autora „Moich słusznych poglądów na wszystko”, pani Tamara Kołakowska a także Karol Modzelewski, którego związek z biografią filozofa jest jedyny w swoim rodzaju. Razem z Tadeuszem Kotarbińskim i Marią Ossowską Kołakowski w 1965 roku wziął w obronę Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego po opublikowaniu przez nich „Listu otwartego do Partii”, opozycyjnego wobec polityki ówczesnych władz. Towarzysz Wiesław uznał ten dokument za groźny, zawierający program, który „pozbawia partię i rząd racji bytu”. Młodzi ludzie – Kuroń i Modzelewski – zostali  oskarżeni o rewizjonizm, próbę obalenia ustroju i szerzenie fałszywych wiadomości.
Kotarbiński, Ossowska i Kołakowski sporządzili wówczas „Opinię w sprawie pojęcia wiadomości” , która miała posłużyć obronie oskarżonych, ale na nic się nie zdała. Została odrzucona przez PRL-owski sąd, a Kuroń i Modzelewski trafili do więzienia. Natomiast Leszka Kołakowskiego jesienią 1966 roku wyrzucono z partii, a kiedy w Marcu 1968 roku opowiedział się po stronie studentów, zabroniono mu wygłaszania wykładów na Uniwersytecie Warszawskim i wypchnięto na emigrację.

Z urodzinowych okazji teatr Syrena i jego dyrektor Wojciech Malajkat przypominają nie dzieła filozoficzne, ale twórczość literacką Kołakowskiego: bajki, eseje, przypowieści. A było tego niemało, wystarczy wymienić choćby „13 bajek z królestwa Lailonii”, „Czy diabeł może być zbawiony i 27 innych kazań”, „Cztery bajki o identyczności” czy trawestację „Fausta”.

Laska i kapelusz

Tegoroczne urodziny upłynęły pod znakiem „Rozmów z diabłem” – mija właśnie pięćdziesiąt lat od wydania tej książki zawierającej różne formy literackie: kazanie, modlitwę, wiersz, dialog. Publiczność zgromadzona w teatrze Syrena w poniedziałek 19 października miała niebywale szczęście – z Krakowa przyjechał Jerzy Trela z monodramem „Rozmowy z diabłem. Wielkie kazanie księdza Bernarda” w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego, z muzyką Jana Kantego Pawluśkiewicza i scenografią Jana Polewki. Nie jest to rzecz nowa, spektakl miał swoją premierę w krakowskim teatrze STU w lutym 2006 roku. Leszek Kołakowski widział go na scenie i, jak wspominają świadkowie tego wydarzenia, zachwycił się kunsztem Treli. Przysłał później aktorowi pełen podziwu list z podziękowaniem oraz własną laskę i kapelusz – ważne rekwizyty w przedstawieniu.

Warszawska publiczność także była zachwycona. Zgotowała aktorowi owację na stojąco. Był wspaniały. Przejmujący, przewrotny, podwójny: kaznodzieja i wysłannik piekieł. Najpierw pokorny, w mnisim habicie, przepasany sznurem. Później zrzuci habit i pokaże rogi.

„Kim jest Jerzy Trela w drugiej części wieczoru, nie ma wątpliwości – pisał w recenzji Tomasz Mościcki. Wypastowane buty, elegancki surdut, nienagannie zawiązany staromodny plastron, do tego arogancki, zaczepny ton. Tak może przemawiać tylko diabeł, nieomylnie pewny swojej siły. I znów pojawi się ta podwójność z kazania ojca Bernarda. Szatan Treli jest zmęczony. Zna doskonale bieg rzeczy tego świata, świetnie wie, że bliskie jest jego zwycięstwo. Zakłada elegancki czarny kapelusz, dyskretnie kłania się, znika. Wie, że i tak niedługo znów się zobaczymy…”

Państwa ideologiczne wymyślił diabeł

Poznałam Leszka Kołakowskiego ponad dwadzieścia lat temu w gościnnym domu Janiny i Wiktora Woroszylskich. To życzliwości Wiktora zawdzięczam wywiad, który przeprowadziłam z Profesorem w marcu 1994 roku dla „Rzeczpospolitej”, a potem umieściłam w książce „Przystanek Europa”. Autor „Jeżeli Boga nie ma…” nie przepadał za kontaktami z prasą, ale, namówiony przez przyjaciela, jednak się zgodził. Nasza długa rozmowa nosiła tytuł „Ulubione łowiska diabła”. Wybieram z niej dzisiaj tylko te fragmenty, które odnoszą się do diabelskich sprawek. Wciąż brzmią aktualnie, chociaż dekoracje nieco się zmieniły.

Pomówmy o diable, bardzo częstym bohaterze pańskich tekstów. W szkicu „Polityka i diabeł” zamieszczonym w 1988 roku w „Zeszytach Literackich” wyliczył pan i opisał działania diabła w historii ludzkości i kolejne fazy jego walki z Dobrem. Czwarta faza batalii miała miejsce w XX stuleciu. Diabeł wymyślił państwa ideologiczne, „czyli państwa, których zasada legitymizacji opiera się na na fakcie, że ich właściciele są właścicielami prawdy”. Ale czy to jest nadal aktualne – Związek Radziecki się rozpadł, ideokratyczne państwa komunistyczne upadły, w Berlinie runął mur. Co wobec tego dzisiaj robi diabeł?

Tym, co najbardziej rzuca się w oczy, jest oczywiście korzystanie z naszego przywiązania do plemiennej niszy kulturalnej. To jest coś, co jest naturalne i samo w sobie nie zasługuje bynajmniej na potępienie. Ale…

Więc to nacjonalizm jest dzisiaj główną domeną diabła?

Myślę, że głównie tak, chociaż słowo nacjonalizm nie jest jednoznaczne… Dla mnie ma aurę skojarzeniową negatywną. To znaczy, że zakłada nie tylko przywiązanie do własnych tradycji narodowych, języka, kultury etnicznej, ale też nienawiść do wszystkiego co obce.

Pozostaje pytanie, czy nacjonalizm zawsze jest „diabelstwem”. Są przykłady na to, że odgrywał twórczą rolę w historii. Chociażby Litwy, bez nacjonalistów litewskich końca XIX wieku – księży i nauczycieli, najczęściej chłopskiego pochodzenia – to państwo pewnie wcale by dzisiaj nie istniało.

Innym przykładem są Czesi, których kultura była silnie zgermanizowana. Był ten świadomy wysiłek odrodzenia własnej kultury podjęty przez inteligencję czeską w XIX wieku i to się powiodło. Oczywiście byłoby głupio to potępiać. Ja zawsze jestem za różnorodnością. Lubię obecność małych wysp kulturalnych czy językowych, które istnieją od wieków w Europie. Nie widzę nic dobrego w tym, że taka wielka gałąź języków indoeuropejskich, gałąź celtycka – irlandzki, walijski, starogaelicki i bretoński – obumiera teraz, w ciągu dwóch pokoleń może już w ogóle przestać istnieć.

Uniformizacja nie cieszy mnie wcale, chociaż różnorodność kultur jest nieuchronnie powodem skłóceń i walk. Tego się nie da uniknąć, bo diabeł tam zawsze swoje robi.

Sprawa ukraińsko-rosyjska

Bardzo mała bywa tolerancja dla odmienności i różnorodności, jeszcze mniejsza dla narodowych aspiracji…

Wie pani, zdarza mi się rozmawiać z Rosjanami, z rozumnymi ludźmi, którzy mają nieposzlakowane demokratyczne dossier. Oni nie wierzą w to, że istnieje coś takiego jak naród ukraiński czy nawet język ukraiński. Twierdzą, że Ukraina właściwie nie ma własnej literatury.

Jak mi powiedział jeden z Rosjan, wybitny pisarz, oni mieli tylko jednego naprawdę wielkiego poetę – to był Hryhorij Skoworoda. Ale pisał poezje po rosyjsku, wtrącał tylko jakieś ukrainizmy, tak samo jak Gogol. Wielokrotnie zdarzało mi się takie opinie od Rosjan słyszeć. I powtarzam, od Rosjan najlepszego intelektualnego formatu. Mają takie poczucie, że Ukraina jest naturalną częścią Rosji. No, i w końcu jest ten Kijów, kolebka starej Rusi. Boję się, że sprawa ukraińsko-rosyjska bynajmniej nie jest zakończona. Obym jednak się mylił.

Ostatecznie narody są tworami historycznymi, nie są wieczne. Kiedyś może nie było poczucia odrębnej narodowości ukraińskiej, ale dzisiaj już jest, nie da się zaprzeczyć. Kiedy już takie poczucie powstaje, dorabia się do tego rozmaite legendy historyczne. Bo trzeba mieć zawsze jakiś początek, każdy naród lubi się posługiwać mitami początku. Ale niezależnie od tych mitów – powstają często nowe narody ze świadomością swojej odrębności. I to już są fakty, których nie można odwrócić, ani starać się o ich odwrócenie nie należy. Naród się konstytuuje przez świadomość narodową. Kiedy jest ta świadomość, to jest naród. I wtedy nie można się powoływać na historię, żeby temu przeczyć.

Nie miejcie żadnych kompleksów

W wywiadzie dla tygodnika „Wprost” powiedział pan niedawno: „Sądzę, że jesteśmy w stanie upierać się przy naszej narodowej tożsamości, nie zamykając się w jakiejś prymitywnej oborze”. Jak konkretnie powinniśmy się zachowywać, jak się znaleźć w tej jednoczącej się Europie? Mamy wiele śmiesznych roszczeń i urojeń, ale i mnóstwo kompleksów wobec Zachodu. Jak wobec tego powinniśmy o sobie myśleć? Kim jesteśmy w Europie?

Znajdujemy się w niej tak czy owak, ze wszystkimi swoimi kompleksami. Nie mamy powodów czynić specjalnych wysiłków, żeby się kulturalnie wobec Europy samookreślać. Nie mamy się czego wstydzić, jeżeli chodzi o naszą kulturę. A jeżeli chodzi o takie rzeczy praktyczne, jak wejście w przyszłości do Wspólnoty Europejskiej, to się w końcu stanie. Nie za chwilę, ale w końcu się stanie, jeżeli nie będzie jakichś wielkich katastrof.

Co do naszej kulturalnej odrębności, to nie ma powodów do obaw, abyśmy ją mogli utracić. Kiedy spotykam się z młodymi ludźmi z Polski, to z przyjemnością na nich patrzę, z przyjemnością z nimi rozmawiam, zaprzyjaźniam się z nimi. Kiedy przyjeżdżają do Oksfordu, mówię im czasem: nie miejcie żadnych kompleksów wobec Anglików. Ich jedyna wyższość nad nami polega na tym, że lepiej mówią po angielsku. W innych językach są marni, gorsi od nas.

Chciałbym, żeby wprowadzono więcej łaciny i greki do szkół. Ja ciągle za tym obstaję. To jest rzecz nadzwyczaj ważna dla świadomości wspólnych korzeni kultury europejskiej – łacina, greka, a także, oczywiście, utrzymywanie rdzenia kultury chrześcijańskiej. Tak, trzeba dzieciom wbijać do głowy Biblię.

Megalomania i inne demony

Jedni chcą do Europy, ale inni woleliby się zamknąć we własnych opłotkach. Jest taka skłonność, nawet u części intelektualistów, którzy podnoszą polskie cnoty, katolickie na przykład, czy inne jakieś nasze przewagi – rzeczywiste i domniemane. Jak pan sądzi, z czego to się bierze? Czy to wynika z kompleksów, czy z autentycznej wiary w wyższość ducha polskiego nad bezdusznym Zachodem?

Taka tendencja wywyższania się jest we wszystkich narodach. Niedawno pewien pisarz we Francji ogłosił pod pseudonimem książkę „Skończyć z Anglikami”. Klasyczny przejaw szowinizmu francuskiego: jacy ci Anglicy są głupi, okropni, bezmyślni… A kilka dni temu w „Sunday Times” ukazał się artykuł o Francuzach z kolei – jako reakcja na tę książkę. Było tam napisane, że właściwie Francuzi to jest zupełnie śmieszne plemię. Że tam literatury prawie żadnej nie ma. Że w ciągu ostatnich stu lat nic nie zrobili w kulturze, ani w malarstwie, ani w literaturze. Że wszystkie wojny przegrywali, bo są tchórzami i sługusami. Że jedyna rzecz, która im dobrze wychodzi, to być kelnerami, ponieważ mają naturalną służalczość. To jest oczywiście stek bzdur, – razem ze bzdurą Kownackiego o widelzach – które jednak czyta się i słucha z pewnym rozbawieniem. Takie rzeczy, jak widać, wszędzie istnieją. I Polska na to monopolu dziś nie ma: jakieś grupy zawsze wychodzą z narodową pychą, chełpią się szczególnymi cnotami i zaletami swojego narodu. Jest niedobrze, jeżeli z tego powstają silne ruchy polityczne. Na razie tego typu ruchy oparte na megalomanii narodowej są słabsze, niż się oczekuje. Myślałem, że to będzie liczniejsze i silniejsze w swoim wyrazie politycznym.

Twierdzi pan we wspomnianym tekście w „Zeszytach Literackich”, że nie tylko polityka – tuż po seksie – jest ulubionym łowiskiem diabła, ale także sztuka, nauka i filozofia, choć wyglądają względnie niewinnie. Czy mógłby mi pan to wytłumaczyć na w miarę nieodległych przykładach? To znaczy nie na Platonie, Kartezjuszu czy Rousseau. Jakie są te bliższe naszym czasom subtelne demony, które zatruwają sztukę, naukę i filozofię?

Przy dobrej woli diabelskiej z wszystkiego można wykuć narzędzie, które się nadaje do niszczenia, choćby powstało z najlepszych intencji. Proszę pani, gdyby Hegla nie było, to i Marksa by nie było, takim jakim był. A gdyby Marksa nie było, to jednak i Lenina by nie było. Nie twierdzę, że Marks całe życie myślał o tym, jakby GUŁAG zbudować. Ale tu są ciągłości historyczne, które od intencji nie zależą, dziwne kontynuacje i mutacje kulturalne.

Czy telewizja jest łowiskiem diabła? Nie można powiedzieć, że cała jest diabelskim wynalazkiem, ale jakieś diabły tam siedzą. Można się wprawdzie nieraz nauczyć z telewizji czegoś rozsądnego, ale faktem jest, że tego rodzaju środek przekazu przyzwyczaja nas do bierności, rodzi zobojętnienie na przemoc. Co więcej, jest coś takiego, że w telewizji zaciera się różnica między fikcją i rzeczywistością. Oglądamy thrillery, gdzie bez przerwy się mordują – fikcja. I oglądamy trupy w Bośni, Gruzji czy Somalii i to jest jak gdyby to samo, na jednakowych prawach. I już nie odróżniamy, zaciera się ta granica. Dostrzegam w tym coś niebezpiecznego.

Nie ma żadnych gwarancji

W pewnym momencie spytałam też Leszka Kołakowskiego, czy podpisałby się pod słowami Tomasa Venclovy „Historia toczy się powoli, ale w dobrą stronę”. Miałam nadzieję, że przytaknie. Ale nie.

Historia – powiedział filozof – nie toczy się w żadną stronę. Myślę, że kraje postkomunistyczne – nie mówię o Rosji – tocząc się przez kilka lat po bardzo wyboistej drodze, prawdopodobnie zdołają ustabilizować instytucje demokratyczne. Jeżeli zaś chodzi o historię przez wielkie H, to wie pani, ja myślę, że żadnych praw historycznych nie ma i że żadnych długofalowych przewidywań nie można czynić, oprócz tego, że prawdopodobnie ludzie zawsze będą mieli dostateczną ilość dobrych powodów, żeby się wzajemnie wyrzynać. To nie znaczy, że spodziewam się natychmiast jakichś katastrof. Mogą być stosunkowo długie, kilkupokoleniowe okresy, kiedy się ludzie nie wyrzynają masowo. Ale nie mamy na to żadnych gwarancji.
W tej chwili mimo wszystkich kłopotów, trudności, skłóceń i walk, ta Europa żyje znośnie. Ale gdyby miał nastąpić z jakichkolwiek powodów jakiś bardzo gwałtowny kryzys, to niech nas Bóg chroni. Nie ma gwarancji, że jakiś naród, choćby najbardziej cywilizowany, nie stoczy się w barbarzyństwo. Nie ma tu żadnej gwarancji, każda sytuacja jest krucha. Nie ma żadnych praw historycznych.

Widywałam jeszcze potem Profesora i w Warszawie, i w Krakowie, spotkaliśmy się też na międzynarodowych targach książki we Frankfurcie w roku 2000. Jednak najważniejsze było spotkanie w żoliborskim mieszkaniu Woroszylskich. Dla mnie niezapomniane – miałam okazję słuchać człowieka przenikliwie mądrego, a przy tym dowcipnego i pełnego uroku. Na pożegnanie Leszek Kołakowski w swojej książce „Czy diabeł może być zbawiony” napisał mi długą dedykację. Zaczynała się od słów: „Pani Elżbiecie Sawickiej, która torturowała mnie bestialsko, ale której wybaczam”./
„Czy diabeł może być zbawiony i 27 innych kazań“ prof. Leszka Kołakowskiego, to odrębny materiał do przemyślenia. Książka zawiera 27 tekstów z lat 1967-1981, a więc z czasu, kiedy Kołakowski objęty był w Polsce zakazem druku. Podzielone na cztery części: Kłopoty z kulturą, Kłopoty z chrześcijaństwem, Kłopoty z socjalizmem i Kłopoty z Polską, wszystkie zmuszają czytelnika do opowiedzenia się za jedną z możliwości, z których każda jest niezadowalająca.
/”Nie jest prawdopodobne, by diabeł mógł zniknąć z życia ludzkiego; mimo wszystkich przebrań, w jakich się pojawia, i mimo okresowych upadków stał się bodaj trwałym składnikiem kultury. Jeśli religia zawsze była próbą wyposażenia całości życia ludzkiego w sens – żądanie, którego nauka spełnić nie może – diabeł jest zapewne nieusuwalnym składnikiem sensownego świata. Wątpliwe jest także, czy powinniśmy sobie życzyć jego zniknięcia. Obecność jego utrzymuje w nas wrażliwość na zło; sprawia, że jesteśmy czujni i sceptyczni w obliczu optymistycznych nadziei na totalne zbawienie wszystkiego i na ostateczne pogodzenie wszystkich energii działających w świecie.”/ – (fragment książki)
W „Jezusie ośmieszonym“ Leszka Kołakowskiego, autor docieka, czy nasza kultura przeżyje, jeśli zapomni o Jezusie? Czy wierzymy, że jeśli Jezus zostanie wygnany z naszego świata, ten świat przepadnie? Dlaczego potrzebujemy Jezusa?
Postać Jezusa przez stulecia fascynowała myślicieli i artystów. Ale w czasach nam bliższych owoców tej fascynacji jest coraz mniej i na ogół nie są one interesujące. Esej Leszka Kołakowskiego jest na tym tle wyjątkiem: to piękne wyznanie wiary filozofa przekonanego, że kiedy mówimy o Jezusie, mówimy o kimś, kto „dzieje ludzkie pchnął na nowe, nieoczekiwane tory”. Nie spierając się o Jezusa ani z historykami, ani z teologami, Kołakowski występuje w obronie ośmieszanego i na różne sposoby zniekształcanego przekazu Ewangelii. Fascynująca i odświeżająca lektura w której diabeł tkwi w szczegółach.

Diabli nadali, a Mreck zebrał

UDZIAŁ WYOBRAŹNI I FANTAZJI W POSTRZEGANIU NASZEJ RZECZYWISTOŚCI…

Natus

Aby do owej rzeczywistości się zbliżyć, choćby na kilometr, musimy sobie dopowiadać z pomocą wyobraźni i fantazji, by była dla nas łaskawa i użyczyła rąbka ze swej tajemnicy. To elementy, bez których nie sposób ogarnąć tego wszystkiego, co w Piśmie i przed nami stoi.
W umysłach twórczych rodzą się wizje, których cechuje olbrzymia precyzja kształtu, percepcji, dźwięku, proporcji itd., itp. Dopiero w strefie pomysłów – nie tylko u pojedynczego twórcy, ale również w grupie twórców na podobnym poziomie, którzy podjęli konkretny twórczy zamysł – wizje te mają już postać dzieła, niejako gotowego do realizacji, do wyrzeźbienia, zbudowania, namalowania, do wyrażenia w formie muzycznej itd. Tak też w wyobraźni Michała Anioła został opracowany w najdrobniejszych szczegółach wizerunek Kaplicy Sykstyńskiej. Widział ją i dotykał w sposób oczywisty tylko w wyobraźni. Obliczył jej projekt matematycznie w okresie, kiedy nie był znany rachunek całkowity i różniczkowy. Następnie przeniósł ten projekt w rzeczywistość widzialną i namacalną, która była dokładną realizacją jego zamysłu twórczego.
Analogiczne zjawisko występuje w dziedzinie uczuciowo-dążeniowej. Siła naszych moralnych przekonań, wyrazistość pomysłów, sprzęgnięcie postaw z przeczuciami i przekonaniami jednostek o podobnym poziomie dążeniowo-uczuciowym są dla nich kryterium ich obiektywno-subiektywnej rzeczywistości. Mogą one poprzez własną aktywność przenieść je natychmiast do tego, co nazywamy rzeczywistością zrealizowaną, wykonaną. Dochodzimy tutaj do pojęć subiektywizmu i obiektywizmu. Wydaje się jednak, że podział ten jest dość nieżyciowy i nietwórczy, ponieważ nasze głęboko opracowane, subiektywne odczucia, skrystalizowane na określonym poziomie mają zarazem wartość subiektywną i obiektywną. Subiektywną, bo są pomyślane i przeżyte przez nas, a obiektywną – bo mogą być zrealizowane, bo mogą być przekazane innym, bo mogą wreszcie być zrozumiane, odczute i przyjęte przez grupę homologiczną, na tym samym lub nieco innym poziomie.
Twierdzenie, że obiektywne jest to, co istnieje niezależnie od podmiotu, a subiektywnie to, co jest ściśle z podmiotem związane, nie wydaje się ostatecznie umotywowane. „Obiektywne“ w ogromnej większości przypadków jest zależne od rodzaju i poziomu podmiotu, „subiektywne“ zaś – możliwe jest do przeniesienia na teren przedmiotowości. Chodzi o to, że rzeczywistość jest zazwyczaj subiektywna i obiektywna zarazem, że jest rzeczywistością psychologiczną, społeczną, moralną, percypowaną, odczuwaną i logiczną, a więc wielopoziomową i wielopłaszczyznową. Wartości są również wielopoziomowe i obiektywne, nie tracąc nic ze swej twórczej, subiektywnej rzeczywistości.

Komu by się chciało po tych kwiatkach chodzić…

Kazimierz Dąbrowski – /TRUD ISTNIENIA/

Zebrał – Mreck