Archiwa kategorii: Historia

planty kolejowe

DSC00827

Historyk tarnowski pan Antoni Sypek w swojej książkowej publikacji z (2005) i tej wznowionej w (2017) książce /Mój Tarnów/ podejmuje wiele ważkich historycznych wątków w obrębie byłego wojewódzkiego miasta Tarnów. Otóż w jednym z nich, pt. /Na Stawkach i Planty Przybyłkiewicza/, pan Antoni wychodzi z siebie i w mocnych, ale trafionych słowach poddaje krytyce tzw. /Komisję Wielkiej Inkwizycji/ Magistratu im. ks. Jana Marszałka, która jak chce, zmienia ulice i place miasta według własnego uznania. Chodzi o wiele miejskich ulic, ale w tym przypadku o ulicę Na Stawkach i Plantach Przbyłkiewicza. Stara tarnowska ulica Na Stawkach niestety zniknęła, zastąpił ją ks. Jan Marszałek. Pan Sypek  tych ulicznych wnioskodawców nazywa dosadnie i domaga się w swej książce i pewnie na żywo, by nazwiska tych politycznych manipulatorów i małych hochsztaplerów były w końcu opublikowane, i aby społeczeństwo wiedziało kto za tymi krzywdzącymi zmianami stoi. Życzy im ponadto, by owymi poprawiaczami historii, zajęły się diabły w piekle, by smażyć ich członki i dusze. Ks. Jan pewnie tego piekielnego kotła dopilnuje, wypełnionego tymi wszystkimi członkami co go z ulicą Na Stawkach raczyli zamienić.
Z Plantami Ignacego Przybyłkiewicza (1846-1898), a dziś Józefa Jakubowskiego (1861-1948), założyciela Muzeum tarnowskiego, historia jest podobna. Ignacy Przybyłkiewicz propagator sportu i kultury fizycznej w Tarnowie zasługuje na osobną opowieść, którą być może ktoś napisze. Materiałów nie brakuje. Współtwórca z druchem Wilhelmem Muldnerem gniazda TG Sokół (1883) jako drugie gniazdo po Lwowie w Galicji), i „Piaskowej Góry“ znanej dla ówczesnej młodzieży, postaci lubianej i szanowanej przygotowującej młodych skautów na trudne czasy do udziału w odzyskanie przez Polskę niepodległości w 1918 r. Miasto Tarnów odzyskało ją jako pierwsze, być może dzięki zabiegom Przybyłkiewicza. Życie miał godne pióra, podkreśla pan Antoni; powstaniec styczniowy (1863), ukończył gimnazjum w Rzeszowie i studia na wydziale filozoficznym UJ w Krakowie. W tarnowskim gimnazjum uczył matematyki i fizyki. Zawód nauczyciela porzuca dla pracy w charakterze urzędnika w Kasie Oszczędności, a następnie policji magistrackiej. Był propagatorem ruchu cyklistów i pieszych wycieczek po okolicach Tarnowa. Urządzał aktywne wakacyjne kolonie letnie dla młodzieży.  Może pan Kazimierz Bańburski weźmie śp. Ignacego na swój twórczy historyczny warsztat?

DSC07623
Jak wspomina o Przybyłkiewiczu pan Antoni Sypek, pogrzeb miał okazały i ludny. Spoczywa w zaniedbanym grobowcu przy głównej alei Starego Cmentarza w Tarnowie, nieopodal kaplicy XX Sanguszków. Może ktoś się zlituje i o ów grobowiec Przybyłkiewicza w nim spoczywającego zadba wreszcie jeszcze przed świętem Wszystkich Świętych zmarłych w 2017. Grobowiec Polityńskich też woła o pomstę do Nieba, ale póki co powróćmy na zielone trawniki i stary drzewostan Plant Kolejowych w Tarnowie.
O procedurze nadania Kolejowym Plantom im. Ignacego Przybyłkiewicza nie będę wspominał, bo pisze o niej pan Antoni Sypek we wspomnianej już książce /Jego Tarnów/. Czarno na białym stoi w niej jak w Piśmie, że Przybyłkiewicza nikt nie zwolnił z patronowania Plantom, a Józef Jakubowski podobnie jak ks. Jan Marszałek pewnie czują się nie swojo na swoich aktualnych miejscach. Nie wiem jak się czuje św. Faustyna po ś.p. Lucjanie Szenwaldzie, ale pewnie bosko.

DSC00892
Drzewostan Plant zasiedlany codziennie przez nocujące na nim ptaki ma swoją historię i kilka białych kruków, które na liście starych drzew w Polsce zajmują czołowe miejsce. Na Plantach rośnie m.in. klon polny, szósty w kraju, (ok. 200 lat wys. ok. 19 m), oraz kasztanowiec biały (ok. 180 lat, wys. ok. 25 m) ósmy w kraju. Kolejnym białym krukiem jest pamiątkowa stara kamienna tablica przed pniem starego dębu i rosnącego przy niej młodego drzewa z napisem: – „Dąb zasadzony w X rocznicę niepodległości Polski“.

Mreck

słów kilka o kłamstwach /…człowiek nie jest tym, czym jest w istocie…

Znalezione obrazy dla zapytania herbert cytaty

O tym, jak ceniona jest dana wartość, przesądza to, jakie ludzie nadają jej znaczenie.
Do popularyzacji rozważań o wartościach przyczyniła się twórczość Fryderyka, ale nie Szopena choć i ona wartości kształtuje. Nietsche zakwestionował istnienie trwałych, obiektywnych wartości, wskazywał natomiast subiektywne, biologiczne, sytuacyjne uwarunkowania wartości, odmienną – jego zdaniem – moralność „panów i niewolników”. Jego zdaniem, silni cenią dostojność, godność osobistą, stanowczość, sprawność, pewność działania, bezwzględność w realizacji swych zamierzeń. Słabi cenią zaś to, co im sprzyja, a więc: litość, czułość serca, miłość, altruizm i ambiwalencję.
Swoją cegiełkę w tym podziale dołożył również jeden polityk z kraju nad rzeką Wisłą, dzieląc zasoby ludzkie wedle własnych wartości.
Być może poeta Zbigniew Herbert, w którymś ze swoich utworów wieszczył o nowym demiurgu tego swoistego królestwa PiS i jego zwycięskiej opcji nad dotychczasową opcją letniej wody w politycznym kranie. Herbert nie czekał, aż prezes go zakwalifikuje, on wiedział, że bywają czasem wartości, których pogodzić nie sposób. Na tym podobno polega każdy tragiczny konflikt, bo przecież nie można bezkarnie wymyślać lepszej wersji swojego życia i zarazem służyć prawdzie:
„Jaki chciałby pan być?
O wiele lepszy niż jestem.
[…]
Czego pan najbardziej nie cierpi?
Kłamstwa“.
Sam Herbert pewnie czuł, w jaką niebezpieczną grę się wplątał. W roku 1986, a więc w wieku już bardzo dojrzałym, tak o tym mówił w rozmowie z Renatą Gorczyńską:
„Bo ja uważam, że człowiek nie jest tym, czym jest w istocie – a któż z nas wie, kim jest – tylko tym, czym chciałby być. To jest moje podstawowe odkrycie z dziedziny psychologii. […] to dążenie, próba przeskoczenia siebie, to jest właśnie literatura. To tęsknota do lepszego „ja”, które sobie wymyśliłem i które się potem na mnie mści. Bo ludzie mówią: „Popatrzcie, on tak pisze, a tak żyje – coś takiego!”
Jak się zdaje, mit o Herbercie-konspiratorze porzuciła ostatecznie nawet rodzina poety, wpisując go do linii Mickiewicz – Słowacki i zarazem wypisując z linii Baczyński – Gajcy, to znaczy z linii poetów walczących:
„Może było z nim tak jak z Mickiewiczem i Słowackim, którzy jako słabego zdrowia uratowali się. Na szczęście…“.
Wiele autobiograficznych zmyśleń Zbigniewa Herberta kwalifikuje go poza nawiasem wartości prezesa Kaczyńskiego. Wisława Szymborska ma to samo:
Herbert twierdził, że ze Związku Literatów Polskich wystąpił w roku 1948, a powtórnie zapisali go tam koledzy w roku 1956. W rzeczywistości pracował do roku 1951 jako kierownik biura gdańskiego oddziału ZLP. Przez dwa lata pisał m.in. listy do cenzury, wygłaszał odczyty „Poezja broni pokoju” i brał udział w dyskusjach o estetyce marksistowskiej z okazji Miesiąca Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Został też odnotowany jako sygnatariusz apelu Komitetu Obrońców Pokoju. Ze Związku Literatów wystąpił w kwietniu 1951. Wstąpił ponownie w styczniu 1955.
Poeta twierdził, że przez piętnaście lat nie publikował (w innym miejscu podawał, że nawet nie próbował drukować niczego po 1948 roku). W rzeczywistości publikował, choć raczej skromnie i często pod pseudonimem, do marca 1953. Decyzję, by znów zacząć publikować, podjął mniej więcej w połowie roku 1954, przekazując wiersze do almanachu poetyckiego „…każdej chwili wybierać muszę”, tak więc przerwa trwała raczej piętnaście miesięcy.
Zbigniew Herbert twierdził, że w tym paxowskim almanachu wydrukował jedynie trzy wiersze. W rzeczywistości było ich dwadzieścia. Na dobitkę najprawdopodobniej zmyślił swoją rozmowę z szefem PAX-u, Bolesławem Piaseckim, któremu rzekomo „wyłuszczył”, dlaczego PAX-u nienawidzi. W każdym razie podana przez Herberta wersja wydarzeń jest nielogiczna.
Twierdził, że do roku 1957 nie mógł nigdzie znaleźć pracy, a gdy już nawet jakąś marną pracę znalazł, szybko go z niej wyrzucano jako „wroga klasowego”. W jednym z wywiadów powiedział nawet, że żył z „kopania torfu” (!). W rzeczywistości z kolejnych posad sam odchodził. W osławionym „Torfprojekcie” przepracował rok i nie była to wcale posadka aż tak bardzo marna. W 1956 roku dzięki Stefanowi Kisielewskiemu został dyrektorem biura Związku Kompozytorów Polskich. Również tę posadę sam rzucił po pół roku (a chciał jeszcze wcześniej).
Do tego sprawy pomniejsze, anegdotyczne, nigdy nie potwierdzone. Ukrywanie się przed wojskiem, by nie zostać prokuratorem wojskowym. Nagłe wysiedlenie z Warszawy z wyrzuceniem „na szosie w okolicach Brwinowa” włącznie. Pojedynek na szable w Lasku Bielańskim, przy tym opowiedziany tak, jak mógłby to zrobić Papkin-samochwała. Także słynna historyjka o Czesławie Miłoszu (dziś zakazanym) domagającym się przyłączenia Polski do Związku Radzieckiego, należy do tej kategorii.
Wiele tych wątków z wartości, w które Jarosław Kaczyński (brat Lecha), ma na sumieniu. Na szczęście Lech Wałęsa nad nimi panował i nie dopuszczał, by się ziściły już wówczas.
Po roku 1989 zabrakło motywacji, a w październiku 2015 prezes ze swoją drużyną triumfuje swymi wartościami tzw. /Dobrej zmiany/, irytując wszystkich dookoła, mieszczących się wniej rzeczy ważnych, doniosłych i banalnych, do świata piękna i brzydoty, zdrowia i choroby, prawdy i kłamstwa, świętości i diaboliczności. Słowem wcielony Boruta, który wciela swe wartości w ludzkie zasoby, którymi dziś zarządza.
Wystarczy chwila refleksji i konstatacja sama się rysuje w tym polskim akwarium politycznej psychozy. Dobra, prawdy i piękna w tych wartościach “panów i niewolników”, trudno dziś szukać i dociekać. Może IPN pomoże.

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

O jednej rzeźbie z warkoczem i innymi tarnowskimi wątkami…

DSC08734

Niewiele osób wie, że rzeźba kobiety z warkoczem z ulicy Parkowej w Tarnowie ma swoją ciekawą historię, albo przeszłość jak kto woli. Nie wie o niej nawet tarnowski historyk pan Antoni Sypek, który o nagiej, wstydliwej rzeźbie /Dziewczyny z Warkoczem/ enigmatycznie wspomina w swojej książce /Mój Tarnów/, ale niestety nie jest konsekwentny w swoich tarnowskich odkryciach, tropach i dociekaniach. Z kościółkiem w Zawadzie jest podobnie… O PRL w którym się wychował jednak nie zapomina i przy każdej nadążającej się okazji złośliwie o nim wtrąca. Krótko mówiąc wie sporo, ale do wiedzy pana dr Kazimierza Bańburskiego, też historyka, trochę mu brakuje. Żeby nie być gołosłownym, posłużę się relacją pewnej pani tarnowianki, o imieniu Janina z miasta z ulicy Parkowej, mieszkającej niegdyś w miejscu, na którym dziś owa rzeźba obecnie parkuje. Ktoś by powiedział, zbieg okoliczności, albo zrządzenie losu, że mnie pod ową rzeźbą pani Janina spotkała. Owa rzeźba z warkoczem, to w istocie podobizna pani Matyjewicz z lat młodości, imienia pani Janina nie pamięta, ale wiedziała gdzie Matyjewicz mieszkała i gdzie owa rzeźba stała zanim na ulicę z tego z domu wyniesiona została. Pani Matyjewicz mieszkała przed wojną na w nieistniejącej dziś kamienicy przy ulicy Parkowej,  Klikowskiej i PCK w Tarnowie (dziś stoi tu apteka). Gdy wojna wybuchł jej mąż wyjechał na front i tam też zginął w walce z okupantem. Pani Matyjewicz przyjęła do swego mieszkania artystę rzeźbiarza, który kolejną swoją rzeźbę stworzył na podobieństwo owej młodej wdowy i gospodyni swego nowego miejsca zamieszkania. Rzeźba stanęła w miejscu gdzie stoi kosmiczna fontanna po fontannie I Sekretarza Tarnowa, Stanisława Gębali, dziś Plac im. ks. Popiełuszki, przy kościele  XX Misjonarzy, gdzie nie tak dawno ks. Jacek Miendlar był na pokucie za swoje polityczne wystąpienia. Dziś nadal rękę podnosi z zaciśniętą pięścią.
Pani Janina, z 20 letnim pielęgniarskim stażem, przy okazji wspomnień o rzeźbie wspominała również swego kuzyna budowniczego Starego Szpitala i międzynarodowego działacza politycznego, pana dr Mieczysława Domańskiego, który nosił jego imię od 1952 do 1985 r. Dziś przy kaplicy szpitalnej widnieje tablica dr Rogalskiego.

/…Przez kilka pierwszych tygodni po wyjściu Niemców z Tarnowa Szpital nie nadawał się do użytku. Odbudowa i modernizacja budynków szpitalnych miała miejsce w latach 1945 – 1955 a po jej zakończeniu Szpital licząc 634 łóżek stał się drugim pod względem wielkości szpitalem w Województwie Krakowskim.  W okresie od 1952 do 1985 roku Szpital nosił imię Mieczysława Domańskiego – lekarza, zasłużonego działacza komunistycznego w Polsce, Francji i Hiszpanii. W roku 1952 zgodnie z prowadzoną w kraju polityką zdrowotną w Tarnowie stworzono tzw. „lecznictwo zespolone” w ramach, którego Szpitalowi podporządkowano lecznictwo otwarte.  Z końcem 1955 roku – po 3 latach eksperymentalnego funkcjonowania nowego modelu lecznictwa – zdecydowano o oddzieleniu placówek lecznictwa otwartego, gdyż ograniczone środki finansowe powodowały hamowanie rozwoju lecznictwa szpitalnego. W 1955 roku Szpital posiadał już 634 łóżka rozmieszczone na 9 oddziałach specjalistycznych w 7 pawilonach – były to oddziały: wewnętrzny, chirurgiczny, ginekologiczno – położniczy z salą dla noworodków, zakaźny dla dzieci i dorosłych, pediatryczny, skórno-weneryczny, gruźliczy, okulistyczny, laryngologiczny. Rocznie leczono ponad 14 tys. chorych, wykonywano prawie 6 tys. zabiegów operacyjnych oraz przyjmowano 1,7 tys. porodów… Specjalistyczny Szpital im. Edwarda Szczeklika w Tarnowie jest jednym z najstarszych szpitali w Małopolsce, posiadającym bogatą i interesującą przeszłość.  Szpital został założony w budynku nieczynnego, starego browaru księcia Sanguszki w 1835 roku tj. w okresie szalejącej epidemii tyfusu i cholery oraz klęski powodzi i głodu. W początkowym okresie był to zaledwie jeden budynek z 12 salami dla chorych na około 50 łóżek, który stanowił prywatną własność Instytutu Ubogich i Chorych…/

Pani Janina wspominała również młodego, ośmioletniego Antoniego Sypka, który zapuszczał się na Parkową, ze swego podwórka przy Nowym Świecie, do kolegi Kazia Banka. Pani Janina o żydowskim getcie tarnowskim również wspomniała. Była światkiem jego ofiar, które w podcieniach Rynku były na śmierć gromadzone i wywożone na rozstrzelanie do pobliskich lasów.

Może jeszcze spotkam panią Janinę na tarnowskim szlaku, to ją pewnie zagadnę o inne tematy.

Mreck

ślady litewskich wierzeń króla

Kod Władysława Jagiełły

Znalezione obrazy dla zapytania nagrobek władysława jagiełły

Ogień z nieba
Rebusem zajmującym kolejne pokolenia badaczy jest nagrobek króla Władysława Jagiełły, monarchy wyróżniającego się wśród władców łacińskiej Europy przełomu XIV i XV stulecia. Jego matka, księżniczka ruska Aleksandra, z perspektywy zachodniego chrześcijaństwa była prawosławną heretyczką, a ojciec, wielki książę litewski Olgierd, poganinem. Piętnastoletni Jagiełło po śmierci ojca w 1377 roku objął władzę nad Wielkim Księstwem Litewskim, ogromnym państwem rozciągającym się bez mała od Bałtyku po Morze Czarne i ostatnim pogańskim władztwem kontynentu. W obliczu permanentnej wojny domowej z pretendującymi do tronu kuzynami oraz zagrożenia krzyżackiego litewski władca w 1384 roku zdecydował się porzucić starych bogów i przyjąć chrześcijaństwo w obrządku łacińskim. Razem z nową wiarą (i imieniem Władysław) przyjął rękę Jadwigi Andegaweńskiej i polską koronę.
Możni, którzy oddali Jagielle polski tron, wiedzieli, że zakonna propaganda nie omieszka wykorzystać pogańskiej przeszłości nowego władcy. Według Krzyżaków Litwin jedynie udawał wiernego syna Kościoła, a naprawdę nadal hołdował pogańskim zabobonom. Przez dziesięciolecia polska dyplomacja nie szczędziła wysiłków, by zbić krzyżackie argumenty. Zapewne część polskich możnowładców liczyła, że będzie mogła wykorzystać niepewną pozycję Jagiełły do swoich celów. Widzieli się w roli przewodników czy kuratorów „dzikiego” króla w chrześcijańskim „cywilizowanym” świecie. Srogo się w tych kalkulacjach zawiedli. „Prostak”  – jak określali niektórzy swego litewskiego władcę – nie pozwoliłby łatka eks-poganina ograniczała jego monarsze prerogatywy. Wręcz przeciwnie, ku rozczarowaniu wielu, jak pisze kronikarz Jan Długosz, król niegodność dawnego stanu swego nie tylko nie ukrywał, ale rad nawet o nim wspominał.
Jak było naprawdę? Czy zwycięzca spod Grunwaldu pozostał w głębi serca wierny wierzeniom przodków? Wstąpił na polski tron jako w pełni ukształtowany dwudziesto- czy trzydziestoparoletni (nie znamy dokładnej daty jego urodzin) mężczyzna. Trudno było mu wyzbyć się wyniesionych z Litwy przekonań i zwyczajów. Dlatego też nierzadko dziwił, a nawet szokował, polskich poddanych swym zachowaniem. Podobnie jak otoczenie króla, możemy się jedynie domyślać, co się za tym kryje.
Zaraz po wstaniu z łoża oraz przy wyjściu z domu monarcha miał w zwyczaju łamać w palcach gałązki lub słomki. Być może w ten sposób zwykł sobie wróżyć. Może pytał litewskich bogów o powodzenie planów w zaczynającym się dniu? Innym zwyczajem Jagiełły było zaplatanie w palcach włosów wyrwanych z brody. Czyżby władca tworzył wokół siebie magiczną ochronę przez urokiem?
Wyniesione z Litwy wielobóstwo sprawiało, że Władysław miał kłopoty z zaakceptowaniem podstawowego dogmatu wiary chrześcijańskiej o jednym omnipotentnym Bogu. Utrwalona przez tradycję anegdota świetnie oddaje nieortodoksyjne poglądy króla w tej materii. Otóż, Jagiełło miał udać się w święto Bożego Ciała na nabożeństwo do kościoła w Poznaniu (lub w Krakowie, jak chcą inne przekazy). Tam zobaczył figurę Zbawiciela depczącego rogatego diabła. Monarcha zafrasował się i kazał postawić przed rzeźbą Chrystusa świecę, a chwilę później – ku konsternacji obecnych – mniejszą wysłannikowi piekieł. Stąd poszło w lud powiedzenie: Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Niemiecki historyk Jakub Caro trafnie scharakteryzował jego postawę: Jagiełło odbierał impulsy raczej z tej sfery, która jest wspólna religiom, anieżeli z tej, która je rozdziela i wyodrębnia. Jego prostota i naturalna dusza pojmuje wszystko możliwe w katolicyzmie, ale nie przyjmuje wyłączności katolicyzmu, jego roszczeń do nieomylności.
Szczególnie mocno wstrząsnęło (w przenośni i dosłownie) królem wydarzenie z 1419 roku, które opisał Jan Długosz: Późną godziną podążył [król jadący na wozie ze swym orszakiem] z Poznania w kierunku Środy […]. Kiedy zaś przybyli do gaju położonego przed Tulczą, niebo z pogodnego i jasnego stało się nagle wzburzone i ciemne. Zaczęły się ukazywać groźne błyskawice i bić pioruny. A kiedy król wjechał do gaju i znalazł się koło góry położonej blisko lasu, piorun, który spadł z nieba z ogromnym i gwałtownym hukiem, swoim uderzeniem zabił cztery konie ciągnące wóz królewski i dwu ludzi ze służby królewskiej […], którzy idąc pieszo, podtrzymywali boki wozu od upadku. Zabił też [cztery] konie, których dosiadali [członkowie królewskiej świty]. Piorun zabił też konia króla, którego pokojowiec Forstek […] dosiadał […]. Władysław dygocąc z przerażenia, kiedy panowie i rycerze podbiegli do niego po uderzeniu pioruna i pytali go, jak się czuje, gdy przez długi czas z powodu utraty przytomności czy przerażenia nie dawał odpowiedzi. Rycerze opłakiwali go jak zmarłego. Odzyskawszy siły, które sparaliżował strach, podniósł się w końcu i zaczął mówić. […] Z tego uderzenia pioruna czuł król Władysław ból w prawej ręce, który w ciągu paru dni minął. Zostało mu pewnego rodzaju ogłuszenie, a szaty jego pachniały siarką.[…] Niektórzy też twierdzili, że jako neoficie przychodziły do głowy wątpliwości dotyczące wiary chrześcijańskiej. Jak na wiernego poddanego przystało, Długosz natychmiast dodaje: Ale on sam ani wtedy, ani potem nie przyznał się do występku swej chwiejności w wierze i nikomu bez trudu nie przyszło do głowy, że to było prawdą.

Niewątpliwie porażenie ogniem spadającym z nieba mogło skierować myśli króla ku wierze. Pytanie tylko której? Oczywiście Kościół dostrzegł w wydarzeniu palec Boży. Król miał być ukarany za poślubienie Elżbiety Granowskiej, swojej siostry duchowej (matka Elżbiety była matką chrzestną Jagiełły). Jagiełło jednak mógł uznać, że to nie jego nowy Bóg zesłał mu znak, lecz że w wielkopolskim lesie usłyszał i poczuł gniew najpotężniejszego z litewskich bogów – Perkuna, władcy piorunów. Piorun odgrywał ważną rolę w wierzeniach pogańskich Litwinów jako znak zwiastujący nieszczęście. Być może uderzenie pioruna oraz śmierć ukochanej żony rok później skłoniła sędziwego już króla do zatroszczenia się o miejsce wiecznego spoczynku.

Nowy Krzysztof
Oczywiste było, że król po śmierci dołączy do koronowanych poprzedników Władysława Łokietka i Kazimierza Wielkiego, pochowanych w krakowskiej katedrze na wawelskim wzgórzu. Miejscem najgodniejszym była nawa główna, tuż przy konfesji (czyli ołtarzu z relikwiarzem) św. Stanisława, biskupa i męczennika, patrona Królestwa Polskiego. Tu też stanął królewski grób – między kolumnami arkady oddzielającej nawę główną od południowej nawy bocznej, prawej dla wchodzącego do katedry.
Miejsce to wybrano jeszcze z innego względu. Otóż już w 1393 roku królowa Jadwiga ufundowała w tej arkadzie ołtarz pod wezwaniem św. Krzysztofa. Sam Władysław w 1421 roku, a więc w czasie, gdy powstawał jego pomnik nagrobny, uposażył ołtarz dodatkowymi sumami, zaznaczając w dokumencie, że mają być tam odprawiane msze za jego duszę.
Nabożeństwa do św. Krzysztofa nie były popularne wśród Piastów i Andegawenów. Nie fundowali oni kościołów ani ołtarzy pod jego wezwaniem. Skąd więc taki patron i dbałość o miejsce jego kultu?
Św. Krzysztof świetnie nadawał się na niebieskiego orędownika króla neofity. Podobnie jak Jagiełło, przyszedł na świat jako poganin i dopiero po latach przyjął chrzest. Za radą pustelnika osiadł nad rzeką, trudniąc się przenoszeniem podróżnych na drugi brzeg. Pewnego razu miał mu się ukazać Chrystus pod postacią dziecka, które święty przeniósł przez wodę, dziwiąc się niezwykłemu ciężarowi. Ta pobożna legenda objaśniała imię świętego: Krzysztof pochodzi od greckiego Christo phorus (niosący Chrystusa). Analogia wydaje się jasna – teraz nowym „niosącym Chrystusa” był Władysław Jagiełło, który zaniósł prawdziwą wiarę na pogańską Litwę. Ślady łączenia kultu św. Krzysztofa z Władysławem Jagiełłą znajdujemy również na Litwie. Na najstarszej pieczęci Wilna znalazł się wizerunek św. Krzysztofa przenoszącego Chrystusa przez rzekę. Teraz scena ta zdobi herb stolicy Litwy.
W tym świetle nie dziwi złożenie ciała króla w cieniu ołtarza jego świętego opiekuna. Wątek chrztu dodatkowo wzmacniał inny element wyposażenia katedry. Tuż obok arkady św. Krzysztofa stała chrzcielnica, w której ochrzczono litewskiego księcia. I ten chrzcielny motyw odnajdujemy w litewskiej heraldyce. W polu tarczy Trok, drugiego co do znaczenia miasta Wielkiego Księstwa, przedstawiono głowę Jana Chrzciciela. Trudno o czytelniejszą aluzję do Jagiełły – chrzciciela Litwy.
Pierwotnie nagrobek zwrócony był lekko na lewo od osi wyznaczonej przez szereg kolumn oddzielających nawę główną od bocznej. Wynikało to zarówno ze względów praktycznych, jak i głębszego przesłania religijnego. Wspomniany ołtarz św. Krzysztofa był oparty o kolumnę i trzeba było przed nim zostawić dość miejsca na mensę i celebransa. Nie mniej ważny (jeśli nie ważniejszy) był efekt ideologiczny. Przedstawiony na płycie nagrobnej władca przez wieczność miał kontemplować relikwie św. Stanisława i wraz ze zgromadzonym ludem uczestniczyć w nabożeństwach przy grobie świętego męczennika.
Dziś nagrobek Jagiełły stoi wciśnięty między kolumny podtrzymujące arkadę, równolegle do osi świątyni. To ustawienie pomnika jest wtórne. W latach 1749-1900 nagrobek stał w jednej z bocznych kaplic katedry. Gdy powrócił na pierwotne miejsce, nie było już ołtarza św. Krzysztofa, który zajmował część miejsca w arkadzie, a w nawie głównej potrzebne było miejsce dla żywych. Dlatego grobowiec „wyprostowano”.

Niezwykły pomnik niezwykłego władcy
Grób zwycięzcy spod Grunwaldu przyciąga wzrok wchodzącego do katedry. Przede wszystkim zwraca uwagę szlachetny materiał, w którym wykuto nagrobek. To przepiękny marmur węgierski o głęboko czerwonym połysku i białym żyłkowaniu. W takim kamieniu wykuto również nagrobki Jagiełłowego syna Kazimierza Jagiellończyka i jego wnuków Jana Olbrachta oraz Zygmunta I Starego. Także nagrobne przedstawienie ostatniego z Jagiellonów na polskim tronie Zygmunta II Augusta wyrzeźbiono w tym samym materiale.
Nie wiemy, kto był twórcą grobowca Jagiełły. Jedni historycy sztuki szukają śladów artystycznej inspiracji za Alpami – w kręgu mistrzów rzeźby quattrocenta, inni bliżej – na Węgrzech lub w Niemczech. Wszyscy są jednak zgodni – to dzieło niezwykłej klasy, niemające odpowiednika w Europie Środkowej. Nagrobek jest wspaniałym owocem złotej jesieni średniowiecza, kiedy w Europie ścierały się, jednocześnie uzupełniając, tradycje sztuki gotyku i prądy nowej epoki – renesansu.
Królewski grób ma formę kenotafium, czyli pozornego grobu. Trumna z królewskim ciałem nie została zamknięta w ścianach nagrobka, lecz spoczywa pod nim, w grobie umieszczonym pod posadzką katedry. Gdy więc nagrobek wędrował po katedrze, nie naruszano spokoju królewskich zwłok.
Kamienny król spoczywa wyprostowany, w spokojnej pozie, odziany w szatę zwaną jopulą, wciętą w talii i zapinaną na ozdobne guziki, na której znajduje się płaszcz królewski, podbity gronostajami i zapinany z boku. Całości dopełniają regalia – korona na głowie oraz berło w prawej i jabłko w lewej ręce. O tym, że mamy do czynienia nie tylko z królem, ale również rycerzem, świadczy rycerski pas na biodrach i ostrogi przypięte do trzewików, a przede wszystkim miecz schowany w pochwie oplecionej ozdobnym pasem, który monarcha podtrzymuje lewą ręką. Jan Długosz, który widział króla u schyłku jego życia, uważał, że nagrobek dobrze oddaje królewską postać i rysy.
Uwagę widza przyciąga monarszy profil. Jak pisze Karol Estreicher, który poświęcił nagrobkowi dogłębne studium, widzimy twarz wydłużoną o wzniosłym, łysym czole, przeoranym kilku zmarszczkami. Koło skroni pęki włosów, niżej małżowiny uszu dużych, mięsistych i płaskich.[…] Łuki brwi obejmują wielkie oczy, z powiekami jakby ledwo co przed chwilą zamkniętymi. Nos posiada garb i opada. Silnie wystają kości policzkowe. Wyraźne fałdy pod policzkami nadają twarzy grymas nieco ironiczny. Warga górna jest płaska, ale za to tym silniej występuje odwinięta gwałtownie warga dolna i ostry podbródek.
Głowa króla spoczywa na ozdobionej ornamentem poduszce, za którą leżą dwa lwy. To nie przypadek, gdyż lwy symbolizują królewski majestat. Jednocześnie są personifikacją brutalności, dzikości, nieokiełznanej siły. Z lwią symboliką wiąże się przedstawienie smoka o krokodylich kształtach, którego depcze władca. Smok oznacza dzikość, pogaństwo i szatana. Ta wieloznaczność pozwala na różnorodne interpretacje. Smok może przypominać o poskromieniu przez króla w zwycięskich wojnach nieprzyjaciół królestwa. Może również symbolizować smoka pogaństwa zgniecionego stopą nowego Krzysztofa.
Boki tumby zdobią tarcze herbowe – po trzy z dłuższych i po jednej z krótszych boków. Tarcze podtrzymują pary żałobników opłakujących zmarłego króla. Po prawicy królewskiej (od strony nawy bocznej) umieszczono tarcze z Orłem Białym, litewską Pogonią i herbem ziemi dobrzyńskiej, przedstawiającej popiersie męża o długich włosach i obfitej brodzie. Na lewym boku grobowca od strony nawy głównej powtórzono tarcze z Orłem Białym i Pogonią, a na trzeciej rzeźbiarz wykuł łeb tura (lub wołu) na tle szachownicy – herb Wielkopolski. U królewskiego wezgłowia umieszczono herb ziemi wieluńskiej: Baranka Bożego w aureoli i z chorągiewką, natomiast u królewskich stóp znajduje się herb Rusi – lew.
Heraldycy nie są zgodni co do interpretacji zespołu herbów. Kłopoty sprawia badaczom ustalenie, dlaczego podwojono tarcze z ukoronowanym Orłem i Pogonią. Orzeł Biały może symbolizować zarówno całe Królestwo Polskie, jak i Małopolskę. Ale dwie Pogonie? Być może zdwojone tarcze miały patrzącym z obu stron tumby ukazywać dwie główne części składowe władztwa Jagiełły i najważniejsze jego tytuły: króla polskiego i wielkiego księcia litewskiego.
Pozostałe herby (oprócz herbu Wielkopolski) dają się interpretować jako oznaczenie ziem odzyskanych przez Jagiełłę. Ziemię wieluńską odebrał Władysławowi Opolczykowi w 1392 roku, a ziemię dobrzyńską, utraconą w sierpniu 1409 roku, odbił w wielkiej wojnie z zakonem krzyżackim. Ruś natomiast trwale przyłączyła do Korony królowa Jadwiga w 1387 roku. Nagrobek byłby zatem wieczystym świadectwem chwały Władysława Jagiełły jako zwycięskiego wodza, odzyskującego utracone ziemie.
Możliwa jest też inna – niewykluczająca poprzedniej – interpretacja tarcz herbowych. Być może lew Rusi ma na tumbie podobne znaczenie co smok pod królewskimi stopami. Lew był nie tylko figurą władcy, ale też dzikości, grzechu czy samego szatana. Król więc depcze zło i występek.
Ale gdzie jest w tym labiryncie symboli Ten, którego Jagiełło „Krzysztof” zaniósł w litewskie ostępy? Gdzie jest Ten, w imię którego przyjął chrzest? Gdzie jest w tym kodzie miejsce dla Absolutu? Najprościej można odpowiedzieć – wszędzie. Nie zapominajmy, że nagrobek stoi pośrodku kościoła. Lecz to wytłumaczenie wydaje się zbyt proste. Tworzący zamkniętą strukturę symboli i znaków kod nie mógł pominąć tak ważnego elementu. I nie pomija. Symbol Boga jest tam, gdzie powinien być – nad głową monarchy. W figurze Baranka Bożego, symbolu Odkupiciela, na tarczy herbowej ziemi wieluńskiej.
Pogański stos w krakowskiej katedrze
Jest na nagrobku jeszcze jeden element, który nie poddaje się prostej i łatwej interpretacji. Dookoła, u jego podstawy, umieszczono figury ptaków (najpewniej sokołów) oraz psów. Rzeźbiarz nie ograniczył się do ustawienia figur, lecz cały ten „zoologiczny fryz” udramatyzował: psy skradają się od tyłu do ptaków.
Nie udało się znaleźć analogii dla takiego przedstawienia w średniowiecznej rzeźbie nagrobnej. Interpretacji jest prawie tyle ilu badaczy nagrobka Jagiełły. Jedni widzą w tym artystyczny komentarz do fragmentu Psalmu 21: Boże, ratuj duszę moją z łap psa. Inni odwołują się do znaków zodiaku – psy i sokoły podążają ze wschodu na zachód, tak jak gwiazdozbiory pchane Primum Mobile. Wśród uczonych przeważa jednak pogląd, że zwierzęce wizerunki są aluzją do łowieckich pasji króla. Polowanie było ulubioną formą rozrywki Władysława Jagiełły. Kiedy tylko nadarzała się okazja, monarcha udawał się w leśne ostępy na łowy. Wedle Jana Długosza, który, co tu ukrywać, za królem nie przepadał, Jagiełło był człowiekiem bardziej nadającym się do polowania niż do rządzenia krajem, a w zabawach myśliwskich ani miary zachować, ani czasu oszczędzać umiał. Nie dziwi więc, że król myśliwy zażyczył sobie, by wierni towarzysze polowań zostali uwiecznieni na jego nagrobku.
Ale jest też teoria bardziej niezwykła. Według niej rzeczone psy i sokoły są widomym śladem litewskich wierzeń zmarłego i pogańskich praktyk pogrzebowych. Może jednak piorun, który o mało nie pozbawił króla życia, wbrew zapewnieniom Długosza, skierował myśli monarchy w stronę litewskich zaświatów, krainy Welów?
Za tą teorią przemawia kilka przesłanek. Król nie byłby pierwszym z grona ochrzczonych Olgierdowiczów, którzy nie hołdowali katolickiej ortodoksji. Krewni Jagiełły mieli problemy z akceptacją chrześcijańskiej wizji życia pozagrobowego, gdy sami bądź ich bliscy wchodzili w „smugę cienia”. Nic w tym dziwnego – w obliczu śmierci pytanie „co po” staje szczególnie ostro.

Zebrał – Mreck

Mt 22, 21: „Oddajcie tedy, co jest cesarskiego, cesarzowi, a co jest bożego Bogu.” (Słowa Jezusa skierowane do faryzeuszy, którzy podstępnie spytali go, czy należy płacić podatek Cezarowi. Fraza często używana w sporach o relację państwo–kościół.)

Znalezione obrazy dla zapytania co cesarskie cesarzowi

List papieża Feliksa II do cesarza Zenona: /Wszak nie ulega wątpliwości, że jest dla Waszych spraw rzeczą zbawienną, abyście, gdy chodzi o rzeczy Boże, starali się swoją cesarską wolę podporządkować kapłanom Chrystusa, zgodnie z jego ustanowieniem, a nie stawiać jej ponad nimi, i raczej pod ich przewodem uczyć się świętych tajemnic, niż być samemu nauczycielem, szanować ustrój Kościoła, nie narzucać mu stosowania czysto ludzkich norm prawnych, ani nie usiłować samowładnie odnosić się do jego postanowień, gdyż Wolą Boga jest, aby Twoja Łaskawość ugieła się przed nim w duchu pobożnego oddania się: – albowiem przekraczanie praw Boskich ostatecznie oznacza obrazę Tego, który je ustanowił/.
(List został napisany w 484 r.)
List papieża Gelazego do cesarza Anastazego: /Dwie są oczywiście, Cesarzu Auguście, naczelne władze, które rządzą tym światem: uświęcona powaga biskupów i zwierzchność cesarska, lecz z nich obu o tyle większe jest brzemię ciążące na kapłanach, że oni mają zdać sprawę przed sądem Boskim, nawet za samych królów rządzących ludźmi. Wiesz przecież, Najłaskawszy Synu, że choć godność Twoja oddaje Ci władzę nad rodzajem ludzkim, to jednak schylasz pokornie czoło przed ludźmi odpowiedzialnymi za sprawy Boskie i od nich oczekujesz środków zapewniających Ci zbawienie. Wiesz także i to, że gdy chodzi o przyjmowanie Boskich sakramentów i należyte udzielanie ich, powinieneś – wedle kanonu religii – okazać się raczej podległym, a nie rozkazywać. Tedy w tych sprawach zależysz od ich decyzji, a nie możesz żądać, aby oni podporządkowali się Twojej woli. Jeśli bowiem w dziedzinie prawnego porządku publicznego, zwierzchnicy religijni uznając, że władza została Ci dana z Woli Najwyższego, sami także słuchają Twoich praw, żeby nie wydawało się, iż w sprawach świeckich przeciwstawiają się Twoim kompetentnym decyzjom, to jak ochoczo – pytam się Ciebie – powinno się słuchać tych, którzy zostali ustanowieni szafarzami czcią otoczonych tajemnic?/.
Odpowiedź od Anastazego jeszcze nie nadejszła. (List napisany w 494 r.)
Dziś na straży tych relacji państwa i Kościoła stoi Konstytucja Wielkanocna RP z Preambułą, uchwalona 2 kwietnia 1997 r., w której czytamy m.in., takie oto słowa:
– /(…) Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy ludziom przez niego objawionej, w personifikacji sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielających tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i powinnościach wobec dobra wspólnego Polski, wdzięczni swoim przodkom za ich pracę, za walkę o niepodległość okupioną ogromnymi ofiarami, za kulturę zakorzenioną w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu i ogólnoludzkich wartościach, w nawiązaniu do najlepszych tradycji Pierwszej i Drugiej Rzeczypospolitej, (…) ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej (…)/
Powstaje dylemant: – „Coś” – nie należy do cesarza tylko dlatego, że on się tego domaga
Prawa cesarskie są ograniczone nadrzędnością praw osoby ludzkiej Człowiek należy do Boga
– Z nowego „Katechizmu Kościoła Katolickiego”, nr 2242: /Obywatel jest zobowiązany w sumieniu do nieprzestrzegania zarządzeń władz cywilnych, gdy przepisy te są sprzeczne z wymaganiami ładu moralnego, z podstawowymi prawami osób i ze wskazaniami Ewangelii. Odmowa posłuszeństwa władzom cywilnym, gdy ich wymagania są sprzeczne z wymaganiami prawego sumienia, znajduje swoje uzasadnienie w rozróżnieniu między służbą Bogu a służbą wspólnocie politycznej/.
„Oddajcie Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga” (Mt 22, 21).
„Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi” (Dz 5, 29).
Poniższy artykuł został napisany przez Louisa Evena w 1960 roku. Zasady, które w nim stoją są aktualne, a dzisiaj są bardziej aktualne, niż kiedykolwiek.
(Powinna go przeczytać pani premier rządu i pan prezydent RP).
Faryzeusze, pragnący złapać w pułapkę Jezusa, kiedy będzie mówił, posłali do Niego swoich uczniów razem ze zwolennikami Heroda, popierającymi Rzym, żeby postawić to pytanie: Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie?
W tamtych czasach „danina” oznaczała co innego, niż dzisiejszy podatek od zarobków (income tax) płacony przez wolnych obywateli. Danina oznaczała poddanie; była haraczem egzekwowanym od pokonanych, przez zdobywcę. (Rzym siłą pokonał Palestynę).
Jezus odpowiedział najpierw demaskując pułapkę przygotowaną przez Faryzeuszy: „Czemu Mnie wystawiacie na próbę, obłudnicy?” Następnie poprosił ich o pokazanie monety podatkowej (przy pomocy której uiszczało się daninę), na której wygrawerowana była podobizna Cezara. Wówczas rzekł do nich:
„Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga.”
Cytat ów jest skrócony. Zwykle ci, którzy przytaczają ten cytat z Ewangelii, robią to po to, żeby podkreślić obowiązek płacenia podatków. I robią to bardzo elokwentnie. Oprócz tego, przeważnie cytują tylko pierwszą część tekstu, tę która dotyczy Cezara. Następna część odnosząca się do Boga, zwykle pominięta jest milczeniem, tak jak obecni mówcy zajęci są ważnością Cezara dzisiaj.
I nawet kiedy ludzie cytują pierwszą część, rzadko zwracają uwagę na ograniczenie sensu słów: „to, co należy do Cezara”. Mówimy „ograniczenie”, ponieważ Cezar nie posiada wszystkiego. Ale widocznie według „nauczycieli podatkowych” powinno się dawać Cezarowi wszystko, czego zażąda. Cezar zwykle ma wielki apetyt i mało go obchodzi, czy coś się nie należy także tym, od których wyciąga podatki.
Zrozumieliście, że Cezar znaczy rząd lub bardziej dokładnie rządy, ponieważ jest tylu Cezarów, ile szczebli w politycznej strukturze kraju.
W Kanadzie są Cezarowie miejscy, prowincjonalni i Cezar federalny. I niebawem, na domiar złego, będziemy pewnie dotknięci także Cezarem ponadnarodowym z prawodawstwem ogólnoświatowym.
Rezultatem tej hierarchii Cezarów sięgającej wyżej i wyżej jest potrącanie większej i większej ilości „danin”; uszy tych Cezarów są coraz bardziej oddalone od głosów ludzi, podczas gdy ich lepkie palce sięgają do najniższych warstw społeczności, wysysając każdą część naszych zarobków, wyciskając wszystko, co tylko możliwe z każdej transakcji ekonomicznej.
Ale czy coś należy do Cezara tylko dlatego, że on się tego domaga?
Ograniczenia władzy Cezara.
W mowie wygłoszonej w Parlamencie (House of Commons) 6 lipca 1960 r. podczas debaty nad Ustawą o Prawach Człowieka (Bill of Rights) Noel Dorion – członek parlamentu (MP, poseł) z ramienia Bellechasse (kilka miesięcy później, minister w gabinecie Partii Konserwatywnej) przytoczył odpowiedź Jezusa, jakiej udzielił on zwolennikom Heroda. Pan Dorion nie przytoczył jej w celu poparcia podatków. Przeciwnie – omawiana w tym dniu sprawa dotyczyła praw obywatelskich, a nie praw cesarskich. Pan Dorion słusznie zauważył:Tak naprawdę to Chrystus ustalił pierwszy rozdział praw obywatelskich streszczając je w zwięzłych słowach, które po dwóch tysiącach lat są aktualne i ponadczasowe: „Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga“.
Pan Dorion wstrzymał się od dalszych komentarzy, ale zważywszy na temat debaty miał z pewnością na myśli to, że osoba ludzka należy do Boga, a nie do Cezara; że Cezar nie ma prawa wkraczania w to, co należy się Bogu; że Cezar musi respektować godność, wolność i prawo każdego i wszystkich obywateli, włączając w to prawo do życia, prawo do takich warunków, które pozwolą na pełny rozwój jednostki ludzkiej.
Prawa Cezara są podporządkowane nadrzędnym prawom osoby ludzkiej.
W 1956 roku w Melbourne w gazecie, a potem w wydaniu broszurowym, australijski dziennikarz Eric Butler zacytował Lorda Actona: Kiedy Chrystus powiedział, „Oddajcie Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga“, dał On państwu prawo, którym nigdy przedtem się ono nie cieszyło i ograniczył to prawo w nieznany przedtem sposób. I nie tylko dostarczył, ale wykuł instrument do jego egzekwowania. Ograniczenie władzy państwowej przestało być tylko nadzieją cierpliwych, intelektualistów-filozofów, i stało się ponadczasową instrukcją dla Kościoła Powszechnego.
To, co Lord Acton miał na myśli to to, że Kościół Chrystusa ma obowiązek upewnić się, że Cezar nie wykracza poza swoje prawa. Ta funkcja Kościoła była przyjmowana do wiadomości i poddawana próbom w ciągu stuleci chrześcijaństwa. Zapobiegła rządom wielu Cezarów – małych i dużych – jako absolutnych dyktatorów nad ludźmi. Ale Eric Butler dodaje: Niestety wypaczenie chrześcijaństwa osiągnęło stan, gdzie nawet większość chrześcijańskiego duchowieństwa zamiast dążyć niezmordowanie do ograniczenia władzy państwowej, pomaga w dążeniu do reformowania społeczeństwa przez władzę państwową. W rzeczywistości chcą się przypodobać nie Bogu a Cezarowi. Każde zwiększenie władzy państwowej lub grup monopolistycznych bez względu na słuszność argumentów, nieuchronnie prowadzi do odbierania jednostkom prawa do kierowania się w życiu osobistym wolnymi wyborami.
Kredyt Społeczny, a filozofia chrześcijańska.
Eric Butler jest protestantem i mówi tu o kapłanach swojego kościoła. Pozostawiamy te wnioski do rozwagi, czy dotyczą także księży katolickich i jeżeli tak, to w jakim stopniu?Osoba ludzka przed Cezarem
Acton, Butler i Noel Dorion widzą więc w słowach Pana Jezusa ograniczenia dotyczące władzy Cezara, zamiast usprawiedliwiania jakiegokolwiek rodzaju podatku. A to dlatego, że cytują całą wypowiedź: „Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara; a Bogu to, co należy do Boga”.
Cezarowi to, co należy do Cezara – nic ponadto; albowiem nie wszystko należy do Cezara.
Dokładnie chodzi tu o ochronę obywateli przed wszechwładnym państwem. Cezar ma stać na straży zabezpieczenia praw obywateli – więc 4 sierpnia 1960 r. Parlament Kanadyjski głosował jednomyślnie za przyjęciem Ustawy o Prawach Człowieka, chociaż była ona niekompletna.
Prezentując tę ustawę 1 lipca 1960 r. premier Diefenbaker podkreślił jej cel: „Utrzymać i zabezpieczyć wolność jednostki w stosunku do władzy państwowej, nawet najsilniejszej.” Dlaczego? Dlatego, że osoba ludzka jest suwerenna w stosunku do Cezara. Diefenbaker rozumiał to, więc powiedział: Święte prawo jednostki czyni ją wolną w stosunku do władzy państwowej.
Papież Pius XI napisał w encyklice Divini Redemptoris: Osoba ludzka powinna być postawiona na pierwszym miejscu w hierarchii świata.
A więc na pierwszym miejscu, przed jakąkolwiek instytucją, przed jakimkolwiek Cezarem.
Papież Pius XII napisał w swoim liście do Przewodniczącego Spraw Socjalnych we Francji 14 lipca 1946 r.: To osobę ludzką Bóg umieścił na szczycie widzialnego wszechświata, czyniąc go, zarówno w ekonomii jak i w polityce, miarą wszystkich rzeczy.
To nie Cezar jest na szczycie; to osoba ludzka. Czyli osoba ludzka nie należy do Cezara; to raczej odwrotnie – Cezar należy do osoby ludzkiej i ma jej służyć pełniąc swą funkcję obrońcy praw człowieka.
Maurice Allard, członek parlamentu z Sherbrooke, Quebec, powiedział także podczas debaty nad Ustawą o Prawach Człowieka: Osoba ludzka nie może stać się narzędziem ani ofiarą państwa; to władza państwa podczas tworzenia praw musi gwarantować wolność w różnych dziedzinach życia człowieka. Wobec tego Cezar nie ma prawa obdzierać ludzi żywcem ze skóry poprzez podatki, nie ma nawet prawa pozbawiać człowieka potrzebnych do życia podstawowych rzeczy.
R.S. MacLellan – członek parlamentu z Inverness-Richmond, Nova Scotia, był nie mniej kategoryczny w swojej wypowiedzi: Jednostka ludzka jest przed władzą państwową… Jedynym celem rządu jest gwarantowanie wolności osobistych jednostki.
Oświadczenia wymienionych polityków pozwalają wierzyć, że nie chodzi o nieznajomość tych zasad, ale, że raczej przez nie wprowadzanie ich do prawodawstwa Cezar, czy to federalny, czy prowincjonalny, czy miejski – zbyt często manipuluje ludźmi, popycha i spycha ich w nędzę – podczas gdy powinien postępować odwrotnie.
Udział Cezara
Jednak trzeba oddać Cezarowi to, co należy do Cezara. Oddać nie wszystko, co chce i może zabrać, ale tylko to, co należy do niego.
Więc, co należy do Cezara? Uważamy, że można to zdefiniować następująco: to, co jest potrzebne w celu pełnienia jego funkcji.
Definicja ta wydaje się być całkowicie zaakceptowana przez samego Cezara, przez rząd, gdy rząd mówi tym, którzy narzekają na ciężar podatków: „Im więcej usług ludzie żądają, tym więcej środków, potrzebuje rząd, żeby usługi te zapewnić.”
To prawda. Ale w celu kontynuowania swoich funkcji Cezarowi nie wolno uciekać się do środków, które odbierają ludziom i rodzinom spełnianie ich funkcji.
Poza tym, Cezar w celu zwiększania ważności swojej osoby, zawsze ma pokusę, żeby odebrać rodzinom i organizacjom na niższym szczeblu funkcje, które normalnie do nich należą, a nie do państwa. Oprócz tego obywatele nie potrzebowaliby dużej pomocy Cezara, gdyby Cezar usunął przeszkodę, którą tylko on może usunąć: sztuczną przeszkodę utworzoną przez system finansowy, która nie ma nic wspólnego z olbrzymimi fizycznymi możliwo-ściami zaspokojenia podstawowych potrzeb materialnych każdej jednostki i każdej rodziny naszego kraju.
Ponieważ Cezar nie poprawia tej sytuacji, którą tylko on może poprawić, zmuszony jest przekraczać swoje uprawnienia i przywłaszcza sobie nowe funkcje, używając ich jako pretekstu do tworzenia nowych podatków – czasami rujnujących obywateli i rodziny. Cezar więc staje się narzędziem dyktatury finansowej, którą powinien zniszczyć i osobą uciskającą obywateli i rodziny, które powinien ochraniać.
Życie jednostki nie należy do Cezara, ale do Boga. Należy tylko do Boga i nikt inny nie ma prawa go niszczyć i celowo skracać. Ale kiedy Cezar stwarza takie warunki, które skracają życie jednostek, bierze coś, co do niego nie należy; bierze coś, co należy do Boga.
Osoba ludzka i rodzina są stworzone przez Boga i Cezar nie może ani tego niszczyć, ani przejąć. Odwrotnie, musi chronić przed tym (przed kimś), kto chce pomniejszyć ich integralność i prawa.
Pozbawić rodzinę domu dlatego, że nie może zapłacić od niego podatku, jest działaniem przeciwko rodzinie, przeciwko Bogu. Cezar nie ma takiego prawa.
Jak wiele jeszcze naruszeń prawa i własności ludzi i rodzin można tu wymienić!Dla potrzeb Cezara
Ale Cezar ma rzeczywiście do spełnienia pewne funkcje, których nie można powierzyć jednostce. Są pewne usługi i towary, które jednostka może otrzymać tylko od Cezara – na przykład armię do obrony kraju w razie wojny, policję, która musi pilnować porządku przed tymi, którzy by chcieli go zakłócić, budowanie dróg, mostów, środki komunikacji pomiędzy miastami w kraju. Cezar musi mieć środki na zapewnienie tych usług.
Oczywiście, ale co robi Cezar, żeby zabezpieczyć te usługi? Cezar potrzebuje ludzi i zasobów naturalnych. Potrzebuje ludzkiej pracy i materiałów.
Cezar potrzebuje części produktu krajowego. W systemie demokratycznym wybrani przez ludność przedstawiciele decydują, jaką część produktu krajowego użyć dla potrzeb Cezara.Jeżeli ktoś myśli realnie, to musi przyznać, że nie ma żadnych trudności w udostępnieniu Cezarowi części produkcji krajowej, podczas gdy reszta produkcji pozostaje dla zabezpieczenia potrzeb ludzi, ta część produkcji, która łatwo zabezpieczy wszystkie normalne potrzeby obywateli.
Użyjmy zatem czasownika „opodatkować” w sensie „rygorystycznego żądania”. Można powiedzieć, że prywatne i publiczne potrzeby opodatkowują zdolność produkcyjną naszego kraju. Jeżeli potrzebuję pary butów – opodatkowuję zdolność produkcji butów. Jeżeli Cezar prowincjonalny wybuduje 1 km drogi, opodatkowuje zdolność budowania dróg o długości 1 km. Przy dzisiejszej zdolności produkcyjnej, budowa dróg nie koliduje z produkcją butów.
Dopiero, gdy zaczyna się rozważać sytuację w oderwaniu od realiów i zaczyna się ją wyrażać w kategoriach pieniędzy, pojawiają się trudności. Podatki przybierają wtedy inny wyraz i zaczynają „rygorystycznie żądać” sięgania do portfeli. Jeżeli Cezar potrąca z moich zarobków 60 złotych czy dolarów jako mój wkład w jego drogę, to pozbawia mnie tym samym pary butów – w celu budowy jego drogi. Dlaczego, skoro zdolność produkcyjna naszego kraju pozwala na budowę drogi, nie pozbawiając mnie jednocześnie pary butów?
Dlaczego? Ponieważ system pieniężny fałszuje realia.
– Ale Cezar musi przecież opłacić robotników, musi zapłacić za materiały do budowy – powiedzą niektórzy.
– Oczywiście. Ale, kiedy wszystko jest powiedziane i zrobione, co robi Cezar kiedy płaci inżynierom na przykład 400 złotych? Pozwala inżynierowi na kupno towarów i usług wartości 400 złotych, czyli powoduje żądanie zdolności produkcyjnej naszego kraju o wartości 400 złotych. Więc, żeby zaspokoić potrzeby inżyniera, czy trzeba mnie pozbawić prawa do kupna pary butów? Czy zdolność produkcyjna naszego kraju może zaspokoić potrzeby inżyniera bez redukowania produkcji butów?
I to jest cały problem: tak długo jak zdolność produkcyjna naszego kraju nie jest wyczerpana, nie ma absolutnie żadnej potrzeby obciążania podatkami sektora prywatnego w celu finansowania sektora publicznego.
Zdolność produkcyjna naszego kraju jest obecnie daleka od wyczerpania, gdyż dzisiejszym problemem jest właśnie znalezienie miejsc pracy dla ludzi, którzy chcą pracować i dla bezczynnych maszyn.
Jeżeli środki płatności stwarzają problem, to dlatego, że nie są w zgodzie ze środkami produkcji. Bilety (pieniądze), które pozwalają nam na korzystanie ze zdolności produkcyjnej naszego kraju są niewystarczające dla dostępnej zdolności produkcyjnej.
Brak tych biletów jest nieusprawiedliwiony szczególnie, gdy dzisiejszy system pieniężny jest przede wszystkim systemem cyfr, systemem księgowym. Jeżeli rachunkowość księgowa nie odpowiada zdolności produkcyjnej, to nie jest to ani błąd producentów, ani konsumentów. To kontrolerzy pieniędzy i kredytu finansowego ograniczają ilość biletów, mimo że zdolność produkcyjna jest niezużyta i czeka na użycie.
Sami obywatele nie mogą naprawić tej sfałszowanej przez system finansowy rzeczywistości. Ale Cezar może! Ponieważ Cezar to rząd, który ma dbać o dobro powszechne, może on – i musi – nakazać kontrolerom systemu finansowego uporządkowanie go w taki sposób, żeby był zgodny z realiami.
Tak długo jak Cezar odmawia przeprowadzenia tej korekty sam staje się sługą i narzędziem w rękach dyktatury finansowej; oddaje jej swoją suwerenną funkcję i podatki, których żąda, nie należą się mu z powodu tego finansowego fałszu. „Współczesny system podatkowy jest zalegalizowaną kradzieżą”, powiedział Clifford Hugh Douglas. Cezar nie ma prawa legalizować kradzieży.
Nikt nie odmawia Cezarowi prawa opodatkowania zdolności produkcyjnej naszego kraju, przynajmniej dla potrzeb społecznych tak długo, jak część, którą zabiera pozostawia resztę, która wystarcza na zaspokojenie potrzeb prywatnych. I znowu jest to sprawa, którą powinien zająć się rząd. Niestety parlamenty też ograniczyły swoje działania do limitów, które narzuca im system monetarny.
Jeżeli cała zdolność produkcyjna kraju byłaby odzwierciedlona w postaci ekwiwalentu finansowego w rękach ludności, wtedy można by było część tej zdolności produkcyjnej przeznaczyć dla Cezara i jego niezbędnych usług. Ale nawet wtedy nie może się to odbywać kosztem uszczuplania potrzeb indywidualnych i potrzeb rodzin oraz ich udziałów przynajmniej w takiej części tej zdolności produkcyjnej, która pozwoliłaby na zabezpieczenie podstawowych potrzeb, takich jak jedzenie, odzież, dach nad głową, ogrzewanie, pomoc medyczna itd.
Powtórzmy: ale tak nie jest! Zdolność produkcyjna naszego kraju jest nie tylko używana częściowo, ale też ludność nie może jako całość opłacić wszystkiego, co sama produkuje. Prywatne i publiczne długi są najlepszym tego dowodem!
Mamona
Suma długów za towary, które są wyprodukowane plus suma braków spowodowanych przez nieprodukowanie z powodu braku pieniędzy – to ofiary jakich domaga się dyktatura finansowa – Mamona.
Mamona nie jest prawomocnym Cezarem. Nie musimy niczego Mamonie oddawać, bo nic do niej nie należy. Mamona jest intruzem, uzurpatorem, złodziejem, tyranem.
Mamona stała się suwerenną, nadrzędną władzą nad Cezarem i nad najsilniejszymi Cezarami w świecie.

Cezar stał się narzędziem Mamony, poborcą podatkowym Mamony.

Podczas gdy Cezar potrzebuje części zdolności produkcyjnej naszego kraju do pełnienia swoich funkcji, także bardzo potrzebuje on kontroli narodu; musi być upominany, gdy zamiast być instytucją służącą dobru publicznemu, staje się sługą i lokajem tyranów finansowych.

Współczesny wielki bałagan, który szerzy się jak rak, podczas gdy fantastyczny postęp w produkcji pozwala na uwolnienie ludzi od trosk materialnych, ma swoje źródło w fakcie, że wszystko sprowadza się do pieniędzy, jak gdyby pieniądze były rzeczywistością. Źródło całego bałaganu jest w fakcie, że jednostki uzyskały prawo regulowania emisji pieniędzy – nie jako księgowi realiów, ale dla swoich własnych korzyści i dla umocnienia swojej despotycznej władzy nad całym życiem ekonomicznym.
Pieniądze kreowane przy pomocy produkcji
Przy innej okazji, która jest rzadziej przytaczana, niż sytuacja z monetą, którą płacono daninę [Cezarowi] Jezus musiał się ustosunkować do sprawy podatków. Tym razem nie chodziło o daninę dla najeźdźcy, ale o dwudrachmę – podatek ustanowiony przez samych Żydów, w celu utrzymania świątyni. Ci, którzy pobierali ten podatek przyszli do świętego Piotra, mówiąc: „Wasz Nauczyciel nie płaci dwudrachmy?” Jezus odpowiedział Piotrowi: „Idź nad jezioro i zarzuć wędkę! Weź pierwszą rybę, którą wyciągniesz i otwórz jej pyszczek: znajdziesz statera [srebrna moneta grecka]. Weź go i daj im za Mnie i za siebie!” (Mt 17, 24-26)
Piotr – rybak z zawodu bardzo dobrze to zadanie wykonał.
Tym razem więc pieniądze zostały wykreowane przy pomocy produkcji. Rząd nie może czynić cudów, ale łatwo może utworzyć system monetarny, w którym pieniądze są oparte na produkcji i tworzone zgodnie z produkcją. Innymi słowy, trzeba określić za pomocą liczb wielkość zdolności produkcyjnej kraju i uruchomić środki płatnicze zgodne z tą wielkością cyfrową, żeby finansować sektory zarówno publiczny jak i prywatny. Byłoby to zgodne bardziej z dobrem ogólnym (common good), niż pozostawienie kontroli nad pieniądzem i kredytem despotycznej woli wielkich kapłanów Mamony.
Papież Pius XI napisał, że kontrolerzy pieniędzy i kredytu stali się panami naszego życia i nikt nie ma prawa nawet oddychać bez ich woli.
Nie zgadzamy się na tę bezlitosną dyktaturę Mamony. Potępiamy upadek Cezara, który stał się lokajem Mamony. Nie chcemy tego rodzaju Cezara, który stał się niewolnikiem Mamony, ma prawo ograbiać jednostki i rodziny na jej rzecz. Nie chcemy prawa, które każe nam znosić fałszywe i pazerne zasady Mamony.
Dyktatura Mamony jest wrogiem Cezara, Boga, osoby ludzkiej stworzonej przez Boga i rodziny ustanowionej przez Boga.
Kredytowcy Społeczni pracują, aby uwolnić ludzi od tej dyktatury. Jednocześnie pracują, aby uwolnić Cezara od podporządkowania Mamonie. Kredytowcy Społeczni są przeto na czele tych, którzy rzeczywiście chcą oddać osobie ludzkiej, stworzonej na podobieństwo Boga, to, co do niej należy, oddać rodzinie ustanowionej przez Boga, co jest jej i oddać Bogu, co Boskie.
Louis Even: /Co we mnie jest cesarskie, a co boskie jest? – to pytanie, na które każdy powinien sobie odpowiedzieć. Otóż to czym żyję i co jest świątynią mojego umysłu (duszy) jest cesarskie, a to czym myślę o Bogu i czym podążam do jego zrozumienia, to UMYSŁ – odbiorca słów do człowieka od Niego skierowanych. Znowu wyłania się stary jak filozofia podział mojego jestestwa na fizyczność i afizyczność. Wszystko więc co fizyczne podlega określeniu – cesarskie.
Ciało – bez niego nie zaistnieje JA fizyczne (coś) w sprzężeniu warunkujące mój umysł (ktoś). Jak władać tym ciałem?
Z jednej strony jego rozwój jest determinowany czynnikami fizycznymi ale za jakość i warunki dla kultywowania jego rozwoju odpowiadam też determinując SAM własne zachowania zgodnie z wolą obecną w samoświadomości.
Jezus przemawia do tejże woli właśnie. Jest wolna w tym sensie, że może wybierać pomiędzy dobrem i złem, przede wszystkim dla istoty ludzkiej samej w sobie.
Warto w tym momencie się zastanowić co jest nadrzędne w nas ciało czy umysł.
Zdania są podzielone, niech będzie, że umysł, gdyż on warunkuje poprzez swe isnienie korzystanie z rozumu. Ale jak właściwie z niego korzystac? Praktyka pokazuje, że należy gromadzić wiedzę o wszystkim co możliwe jest do poznania, tak by dokonać odpowiedzialnie (światle) wyboru mając „świadomośc” możliwych skutków. Nie ślepo, nie „na wiarę”, ale przejrzyście oczekując domyślnego, pozytywnego efektu. Efektu działań podjętych w celu fizycznej realizacji wpierw afizycznego projektu zrodzonego w umyśle.
Tu pojawia się w analizie fizycznego otoczenia, które pragnę sobie podporządkować fizyczna istota, która chce (powinna chcieć) tego samego.
I rodzi się pytanie – Jak należy się do niej odnieśc? Czy ma się ją wchłonąć i pokonac, gdyż stanęła na drodze podporządkowywania czy się z nią pojednać?
Tu puka Chrystus i mówi: STOP – to Twój brat, bliźni inny suwerenny człowiek taki jak Ty. Jest wartoscią równoocenną w oczach „Boga”, lub jeśli wolisz Twoich jeżeli próbujesz „Bogu” dorównac i z nim również osiągnąc płaszczyznę porozumienia.
Ale za nim to się stanie musisz pokazac jak osiągasz płaszczyznę porozumienia z twoim bratem. Gdybyś chciał zjednać się z nim fizycznie (cesarsko) obciążasz nim swoją przestrzeń ale nie tego naucza Jezus, On wskazuje na więź umysłową jako na drogę pojednania bez naruszania Twojej fizyczności. Ale znów zapytasz jak się porozumieć solidarnie z obopólną korzyścią, jak zaufac odbiorcy, że Cię naprzykład nie zdradzi?
Obydwaj musicie znać i posiadać moralność jako intersubiektywną, uniwersalną wartość dla Was obojga. Jeżeli ktoś jej nie posiada nie jest Twoim partnerem, a staje się przeszkodą dla nawet skromnej drogi Twojej własnej samorealizacji, w podporządkowywaniu sobie Twojej własnej „cesarskości”. W skrajnym przypadku może być zagrożeniem nawet i śmiertelnym dla Ciebie jako całości. W wilu przypadkach kończy się to cywilną śmiercią osoby.Pomyślałby ktoś może, by unicestwić takowe zagrożenie, ale wszystkich wykończyc się nie da i sam człowiek wie lub domniemywa, że samotność, to zguba i pustka, więc?
Wybiera pojednanie z własnej woli, jako pierwszy akt miłości duchowej, ale pyta następnie jak, jaką drogą jest ono (pełne pojednanie) możliwe?
Pierwszym krokiem do pojednania i solidarności jest zrozumienie samego siebie i jeśli się to uda chocby na tyle, by racjonalnie ograniczyć swoje cesarskie potrzeby, to jest szansa, by zrozumieć też i drugiego człowieka.
Rozumiejąc swoje potrzeby i innych można szukac kompromisu dla chociażby własnego bezpieczeństwa. Trzeba dać tę wiedzę innym, by oni zrozumieli to samo, oświecić ich, by stali się partnerami do stołu sprawiedliwego podziału władzy i wpływów.
Tam gdzie dwóch takich partnerów, cesarzy, zasiądzie tam tworzą model współżycia.
W praktyce jest nas miliony i taki model musi być wszystkim znany, by mówic o światłym społeczeństwie rozumnych istot ludzkich pragnących pokojowej, dojrzałej demokracji na miarę oczekiwanego, realnego królestwa niebieskiego i na miarę globalnej cywilizacji Ziemian/.
Swego czasu (2009), był Pan Prezydent, który odważył się rzucić wyzwanie Jasnej Górze w Częstochowie: – „Oddajmy cesarzowi co cesarskie, a Bogu co boskie”.
Działo się to przy okazji referendum w sprawie odwołania prezydenta Tadeusza Wrony. Ojcowie paulini z niepokojem spoglądali z jasnogórski murów w stronę ul. Jerzego Waszyngtona, gdzie mieści się Urząd Miasta. W niektórych kościołach kolportowane były ulotki, które mały zniechęcić mieszkańców do udziału w referendum. Ci jednak nie dają za wygraną i odwołują prezydenta na rok przed wyborami – to pierwsza taka sytuacja w Polsce. „Dbał bardziej o pielgrzymów niż o mieszkańców” – takie argumenty pojawiają się najczęściej przy urnach. Częstochowianie idą jeszcze dalej – rok później na prezydenta wybierają polityka lewicy – Krzysztofa Matyjaszczyka. Tym samym staje się on jedynym prezydentem z SLD rządzącym w dużym mieście.
Bazując na nastrojach społecznych, Matyjaszczyk postanowił zacząć swoją kadencję z wielkim przytupem. Jego formacja polityczna zaproponowała, aby wprowadzić w Częstochowie… podatek od pielgrzyma. Każdy z pątników przybywających na Jasną Górę musiałby zapłacić miastu cztery złote. – Niech byśmy zebrali siedem milionów złotych, to przy dziurach w kasie miasta byłby bardzo duży zastrzyk – mówił wówczas Marek Balt z SLD.
– 20 procent poszłoby na promocję miasta, także w kontekście pielgrzymowania, a reszta na budowę i naprawę dróg – tłumaczył.
Jednym ze sposobów zbierania pieniędzy miało być obowiązkowe przejmowanie zorganizowanych pielgrzymek przez licencjonowanych częstochowskich przewodników, za których trzeba byłoby płacić. Taryfa miałaby zależeć od liczby pątników w grupie.
Jeśli chodzi o zorganizowane pielgrzymki, to każda z nich jest awizowana odpowiednio wcześniej na Jasnej Górze i w centrum zarządzania kryzysowego miasta i ma wyznaczoną datę wejścia do miasta oraz wyznaczoną trasę. Z pobraniem opłaty też nie byłoby więc problemu. To samo tyczy się autokarów przyjeżdżających na wycieczki do Częstochowy. Jak tłumaczył Marek Balt, byłaby to zupełnie normalna procedura, bo w innych sanktuariach europejskich, np. w Fatimie trzeba zapłacić ok. 100 euro za wjazd do centrum.
Szybko jednak pojawiły się w tej sprawie głosy krytyczne. – To kompletnie idiotyczny i absurdalny pomysł. Ktoś próbuje wsadzić świeżo zaprzysiężonego prezydenta Krzysztofa Matyjaszczyka na minę. Przecież nawet taksy klimatyczne dla wczasowiczów w Zakopanem czy Międzyzdrojach są bardzo kontrowersyjne i traktowane jako wyłudzanie pieniędzy przez samorządy. Ten szatański koncept ma wymiar i bardzo poważny, i groteskowy – mówił wtedy Szymon Giżyński z Prawa i Sprawiedliwości. Na reakcje ze strony Jasnej Góry też nie trzeba było długo czekać.
W noc sylwestrową, podczas transmitowanego przez /TV Trwam/ i /Radio Maryja/ Apelu Jasnogórskiego, przeor klasztoru oo. Paulinów na Jasnej Górze o. Roman Majewski wygłosił OŚWIADCZENIE: – „W związku z informacjami, które płyną z Urzędu Miasta Częstochowa, które są nagłaśniane przez media, o projekcie pobierania od pielgrzymów przekraczających granice miasta myta w wysokości 4 złotych oświadczamy, że Jasna Góra nie weźmie udziału w tym kuriozalnym zamyśle i jest mu absolutnie przeciwna. Zadajemy sobie jednocześnie pytanie, czy to prawda, że bez Jasnej Góry miasto Częstochowa nie potrafi samodzielnie funkcjonować, i byłoby jeszcze większym żebrakiem?”.
SLD zaczęło się szybko wycofywać z tego pomysłu i zamiast podatku od pielgrzyma, postanowiło przeforsować pomysł opłaty miejscowej. Miałyby ją płacić osoby przebywające dłużej niż dobę w celach wypoczynkowych, szkoleniowych lub turystycznych na terenie Częstochowy. Obniżono też kwotę samej taryfy, która tym razem miała wynieść 2,08 zł za dobę.
Pieniądze miały inkasować (za 10 proc. prowizji) i wpłacać na konto miasta osoby kierujące hotelami, motelami, pensjonatami, domami wczasowymi, wypoczynkowymi lub wycieczkowymi, schroniskami, kempingami, polami biwakowymi.
Niezależnie jednak od nazewnictwa, wiadomo było, że ta opłata dotknęłaby przede wszystkim pielgrzymów. Dlatego również w tej formie nie udało się jej wprowadzić w życie. Projekt został odrzucony w Radzie Miasta głosami PO, PiS i Wspólnoty Samorządowej Tadeusza Wrony. Na jego temat nie odbyła się nawet dyskusja.
– Zostało to potraktowane jak jakiś fetysz. A to był po prostu normalny wniosek o to, żeby spróbować w jakiś sposób pozyskać dodatkowe środki na poprawę infrastruktury turystycznej w Częstochowie. Taką samą opłatę pobiera się np. w Krakowie – tłumaczył w rozmowie z Onetem.pl, Krzysztof Matyjaszczyk.
Prawu i Sprawiedliwości mocno zaszkodził konflikt z miejscową „Solidarnością”. Związkowcy uznali, że lokalni politycy PiS za nic mają interes społeczny i nawet pomagają rządzącej miastem lewicy łamać prawa pracownicze i związkowe. Za to „swoim” są w stanie załatwić pracę w miejskich spółkach i instytucjach. Szef lokalnej „Solidarności” Mirosław Kowalik napisał nawet w tej sprawie list do Jarosława Kaczyńskiego.
Tymczasem na najgroźniejszego konkurenta Matyjaszczyka wyrasta niespodziewanie Marcin Maranda. Jeden z najbardziej znanych i wyrazistych częstochowskich radnych opuścił w zeszłym roku Wspólnotę Samorządową Tadeusza Wrony i założył nowe ugrupowanie pod nazwą Mieszkańcy Częstochowy. – Martwi mnie, że coraz więcej młodych częstochowian szuka lepszej przyszłości poza naszym miastem. Częstochowa zmierza do katastrofy. Zrobimy wszystko, by nie stała się polskim Detroit, które kiedyś było perłą w koronie Ameryki, a dziś jest wyludnionym bankrutem – mówił podczas konwencji założycielskiej.
W Częstochowie drugą kadencję z rzędu rządzi Pan Krzysztof Matyjaszczyk (SLD Lewica Razem). W decydującym starciu wygrał z Arturem Warzochą, byłym wicewojewodą śląskim i bezpartyjnym kandydatem wspieranym przez PiS. Na dotychczasowego prezydenta zagłosowało 56,72 proc. wyborców.
W polskich relacjach Państwo-Kościół obowiązuje akt prawny zwany Konkordatem, który został podpisany dn. 28 lipca 1993 r. O relacjach cesarskich i boskich, też jest w nim mowa.
Dziś pan prezydent RP przyjął ślubowanie od nowego rządu pani premier Beaty Szydło.
W Piśmie jest napisane, aby nie wzywać Pana Boga na daremno.
Wypada dodać, z Bogiem, a jak jest widać gołym okiem.

Zebrał i swoje trzy grosze dodał – Mreck

bozon higgsa na styku neuronowych połączeń

Znalezione obrazy dla zapytania bozon higgsa

W tym dzisiejszym pisowskim raju,‭ ‬naznaczonym‭ ‬/dobrą zmianą/,‭ (‬każdy obatel wie o co biega‭)‬,‭ ‬wierzącym i niewierzącym,‭ ‬w‭ ‬/Ciało Boże/‭ ‬i‭ ‬/Opatrzność Kosmiczną/‭ ‬przypominam,‭ ‬że pomimo tego całego kosmologiczno-politycznego zgiełku i zamieszania,‭ ‬które wielu z nas dotyka swoim pisowskim pazurem,‭ ‬w większym,‭ ‬bądź w mniejszym stopniu,‭ ‬a także dźwiękami wyznaniowego i politycznego fałszu,‭ ‬po ostatnią zdrową komórkę naszego ciała,‭ ‬uprzejmie informuję,‭ ‬że wszystko na tym świecie jest tylko marnością,‭ ‬i żeby ta marność nad marnościami w nas się nie szarogęsiła i nami nie rządziła,‭ ‬nie warto do nich przystawać.
Kto tego wszystkiego nie kuma,‭ ‬tkwi pod swoim złudnym i zaściankowymi baldachimem,‭ ‬podtrzymywanym niepewnie,‭ przez ‬osoby trzecie.‭
Dlatego też z całej mojej osobistej wątroby,‭ ‬nerek i serca,‭ ‬serdecznie zapraszam do współpracy‭ ‬na rzecz życzliwej zmiany tego badziewia.‭
Przypominam,‭ ‬że do kolejnych wyborów jeszcze jest wiele dni i nocy,‭ ‬i można wszystkie za i przeciw rozważyć i przeanalizować,‭ ‬na kogo tym razem głosować,‭ ‬aby później nie mieć do siebie pretensji i żalu,‭ ‬że wygrał Rosjanin,‭ ‬albo Niemiec.
Przypominam także,‭ ‬że kalendarz Majów nadal obowiązuje i że właśnie w tym czasie nasza wielokrotnie przebudowywana narodowa reprezentacja w piłce kopanej stoi być może przed‭  ‬wiekopomną szansą zakwalifikowania się i zdobycia tytułu Mistrza Świata w Moskwie.‭
Warto nad tym wszystkim się zastanowić,‭ ‬albowiem dni nasze są policzone,‭ ‬a śmiertelna statystyka niczym memento mori,‭ ‬wraz z marszem żałobnym Fryderyka Chopina,‭ ‬każdego dnia przypomina o naszych ludzkich‭  ‬organach,‭ ‬w postaci nerek,‭ ‬wątroby i serca,‭ ‬oraz IQ w mózgu.‭
Z kalendarium‭ ‬2017‭ ‬wynika,‭ ‬że do końca tego roku pozostało jeszcze parę miesięcy,‭ ‬ok. 200‭ ‬dni,‭ ‬w których wszystko może się zdarzyć w naszym dożywotnim pielgrzymowaniu.‭ ‬Putin ma zamiar kurek z gazem dla Polski zakręcić.‭ ‬Pachnie to wszystko‭ ‬1652‭ ‬rokiem,‭ ‬gdzie w czerwcu na uroczyskach Batohu miał miejsce‭ „‬sarmacki Katyń‭” ‬z ręki hetmana Chmielnickiego,‭ ‬że opis powtórzę:‭ ‬-‭ ‬/Rzeź przebiegała następująco:‭ ‬związanych jeńców po kilku wyprowadzano na wyznaczony plac‭ (‬majdan‭)‬,‭ ‬na którym Kozacy i Tatarzy nogajscy podrzynali im gardła lub ścinali głowy,‭ ‬niektórych zakłuwano‭ ‬pikami.‭ ‬Kaźń odbywała się w obecności pozostałych polskich jeńców oczekujących z kolei swej egzekucji.‭ ‬Oszpeconych ciał nie grzebano.‭ ‬Wśród ofiar masakry znaleźli się m.in.‭ ‬Samuel Kalinowski‭ ‬-‭ ‬syn hetmana dowodzącego pod Batohem,‭ ‬Zygmunt Przyjemski‭ ‬-‭ ‬generał artylerii koronnej i‭ ‬pisarz polny koronny,‭ ‬Jan Odrzywolski‭ ‬-‭ ‬kasztelan czernihowski i weteran walk przeciw Kozakom,‭ ‬Moskwie,‭ ‬Szwecji i‭ ‬Turcji,‭ ‬Marek Sobieski‭ ‬-‭ ‬brat‭ ‬Jana‭ (‬przyszłego króla Polski‭)‬,‭ ‬Niepokojczycki,‭ ‬Górka i wielu innych.‭ ‬Ciało starego hetmana Kalinowskiego odnalezione po bitwie w lesie,‭ ‬zostało przez Kozaków ścięte,‭ ‬a jego zatkniętą na włóczni głowę obnoszono po obozie.‭ ‬Ocaleli nieliczni‭ ‬-‭ ‬w tym‭ ‬Stefan Czarniecki,‭ ‬Krzysztof Korycki,‭ ‬Krzysztof Grodzicki i Stanisław Zygmunt Druszkiewicz,‭ ‬których Tatarzy ukryli w swych namiotach/.
Dla uspokojenia naszego sumienia i naszej narodowej dumy zapodaję i radzę nie rozgrzebywać historii.‭ ‬Być może IPN również się dowie,‭ ‬że kij ma dwa końce,‭ ‬a‭ „‬Boże Ciało‭” ‬biczowane było i ranione wielokrotnie również przez Jego wyznawców.‭ ‬Dziś również tego szacunku dla Ciała nie mamy,‭ (‬po trupach do celu‭)‬,‭ ‬chciałoby się powiedzieć.
Dla uspokojenia naszych narodowych ambicji i nastrojów warto przytoczyć słowa mego ulubionego Mistrza:‭ ‬-‭ „‬Nie wierzcie w jakiekolwiek przekazy tylko dlatego,‭ ‬że przez długi czas obowiązywały w wielu krajach.‭ ‬Nie wierzcie w coś tylko dlatego,‭ ‬że wielu ludzi od dawna to powtarza.‭ ‬Nie akceptujcie niczego tylko z tego powodu,‭ ‬że ktoś inny to powiedział,‭ ‬że popiera to swym autorytetem jakiś mędrzec albo kapłan,‭ ‬lub że jest to napisane w jakimś świętym piśmie.‭ ‬Nie wierzcie w coś tylko dlatego,‭ ‬że brzmi prawdopodobnie.‭ ‬Nie wierzcie w wizje lub wyobrażenia,‭ ‬które uważacie za zesłane przez Boga.‭ ‬Miejcie zaufanie do tego,‭ ‬co uznaliście za prawdziwe po długim sprawdzaniu,‭ ‬do tego,‭ ‬co przynosi powodzenie wam i innym‭”‬.
Na zakończenie,‭ ‬konstatacja:‭ ‬-‭ ‬do‭ „‬Bożego Ciała‭”‬ dróg wiele prowadzi.

Mreck

sprawa Andrzeja leppera

Znalezione obrazy dla zapytania andrzej lepper podejrzenia

Ujawnię wszystko o Kaczyńskim

Z Andrzejem Lepperem rozmawia Robert Walenciak

Będą wybory. Najlepiej, żeby były wiosną, żeby mogła popracować komisja śledcza, żeby naród zobaczył, kim jest Kaczyński – zapowiada Lepper.

Wie pan już, o co chodziło Kaczyńskiemu, gdy pana oskarżał i odwoływał? Od tego czasu minęło już sporo dni, wiele rzeczy wyszło na jaw…
On zemścił się na mnie, i będzie się mścił, za taśmy Beger. Nazwisk panu nie podam, ale powiem, jak było. Jak te taśmy zostały ujawnione, to byłem w Grecji. Oglądałem to wszystko w TVN, w pewnym towarzystwie. Było kilka osób. Jeden człowiek, który ze mną to oglądał, spotkał się później z panem Kurskim i z panem Urbańskim – tym z telewizji. Oni jeździli do niego do Aten, można bilety lotnicze sprawdzić, wszystko jest. Inni ludzie z PiS też tam jeździli, na spotkania. Ten człowiek wszystko im opowiedział, nie, żeby skłócić, tylko to jest taki humorysta. Podśmiewał się z nich i powiedział: „Ale wam Lepper dołożył! Był tu u mnie, leżał tutaj sobie na plaży i śmiał się z was”. Ludzie Kaczyńskiego natychmiast mu to opowiedzieli. A wtedy on podjął decyzję.

Jaką?
On wtedy sobie przyrzekł, a mam tę informację z jego otoczenia, od człowieka, który nie tak dawno był w Samoobronie, ale już nie jest, wie pan już pewnie, o kogo chodzi, więc od tego człowieka wiem, że Kaczyński wtedy powiedział, że nas wykończy. Mnie i Łyżwińskiego. Bo ze mną wtedy w Grecji był Łyżwiński. I potem widział pan, co wyszło, była seksafera…
Mściwy człowiek…
To jest niesamowite! On wcześniej, jeszcze przed czwartkiem, kiedy była ta akcja CBA, rozmawiał z Giertychem. Cztery godziny! Niech pan zapyta Giertycha, co mu wtedy mówił, może panu powie… Straszne rzeczy!
Słyszałem, że Giertych był przerażony tą rozmową…
I tamtą, i tą drugą. W tej drugiej powiedział mu: „Lepper uciekł mi spod gilotyny”. I jeszcze dodał: „A wszystko było tak proste jak konstrukcja cepa”. On to wszystko miał zaplanowane! Od początku do końca miał zaplanowane!
Plan Kaczyńskiego
Pan miał być aresztowany?
Oczywiście. Aresztowany, wyprowadzony w kajdankach. I później za kratkami pokazany. A wtedy Kaczyński miałby wszystko: albo Samoobrona przeszłaby do niego, albo byłyby nowe wybory. I Lepper byłby symbolem – jak premier walczy z korupcją.
Więc dlaczego pana nie aresztował?
Bo nie było sprawy! Ja powiedziałem prawdę – owszem, Ryba mi mówił o tej działce, ale to tyle. Dalej nie dochodzę, dla mnie to wszystko od początku jest szyte grubymi nićmi. Nie było żadnej afery w ministerstwie! Bo nie mogło być. Z prostej przyczyny – my nie możemy nie dać zgody na odrolnienie, jeżeli wymagania są spełnione. Jest procedura, jest koniec, jest zamknięte.
Nie ma w tej sprawie dowolności decyzji?
Nie ma. A są sprawy, gdzie jest. Choćby przedłużenie ważności środków chemicznych. Tu można. Weźmy taką sytuację: firma nakupiła środków, mija termin ich ważności, a oni mają miliony na składzie. Wtedy ktoś może przyjść i powiedzieć: dajcie przedłużenie, jakoś to załatwimy. Może ktoś się skusi? Ale w sprawie odrolnienia nie ma takiej możliwości! Albo – piszą, że miał do mnie przyjść Ryba w piątek, odebrać dokumentację dotyczącą działki. Co za bzdura! Po zebraniu kierownictwa resortu nie ma żadnych dokumentów! Jest tak, że z posiedzenia kierownictwa jest sporządzany protokół. Jest on gotowy na drugi, trzeci dzień, potem trafia do wiceministrów, do departamentów, i tam załatwiane są sprawy. Za odrolnienie odpowiedzialny był wiceminister Kowalczyk z PiS.
Więc po co spotykał pan się z Rybą?
Spotkaliśmy się w normalnym trybie, w sprawie składu delegacji do Konga. Że dam mu skład, kto leci. A on miał umawiać na szczepienia… A jest jeszcze nowość: w czwartek, tydzień po, do pani Pachuckiej, tej od gospodarki ziemią, przedzwonił ktoś, niby z Agencji Nieruchomości Rolnych, że ma jakieś dokumenty dla niej, że jej przyniesie. I umówił się przy wejściu do ministerstwa. Ona zeszła, w dobrej wierze, a tam był jakiś mężczyzna, którego nie znała. I dał jej kopertę. Ona to wzięła do ręki, patrzy, a tam w środku nie jest tak, jakby był papier A4, tylko coś wielkości banknotów. Natychmiast oddała! Zawołała: nie chcę mieć z tym nic wspólnego! Napisała notatkę do wiceministra Kowalczyka, że była próba wręczenia łapówki.
Przez kogo?
To była prowokacja. Oni dalej szli, chcieli pokazać, że w tym ministerstwie bierze się łapówki. Niewinną kobietę umoczyć…
Sprawa się wydała
Teoria, że Kaczyński aresztuje Leppera i wtedy ma Samoobronę na kolanach, dobrze brzmi, ale nasuwa się jedna wątpliwość: przecież pana nie aresztował.
Ale miał to przewidziane.
No tak, tylko że wręczenie łapówki się nie udało. Więc w takiej sytuacji powinien udawać, że nic się nie stało, że o niczym nie wie. Odpuścić sobie, szukać innego haka. A on wyrzucił pana z hukiem z rządu. Pan mu się wymknął i szkodzi.
On już nie miał wyboru. Wiedział, że ta sprawa została zdemaskowana. Bo po tym, co się stało, po tej wpadce, chyba tylko głupi dałby się na coś podobnego nabrać. Więc musieli to skończyć. Dlatego przyjęli taktykę, zaczęli opowiadać, że zostałem uprzedzony. Przecież oni przesłuchują swoich ministrów w tej sprawie!
Kowalczyka?
Wyżej.
Gosiewskiego?
Tego to nie. Mają do niego zaufanie.
Powiedział pan, że Gosiewski wiedział o całej operacji…
Po tym, jak zamknęli Rybę i Kryszyńskiego, po tej całej awanturze, to sobie skojarzyłem, że był taki moment. Zawahania. Wtedy nie wiedziałem, o co chodzi. A teraz wiem.
To było wtedy, kiedy razem z Giertychem był pan u Kaczyńskiego. W rozmowie brał też udział Gosiewski…
To były takie rozmowy o wszystkim. Jak będziemy rządzić. A ja twardo pytałem o Rybę. Panowie, wybierzcie go na członka rady nadzorczej telewizji – mówiłem – to nie może być, żeby rada była niekompletna, jeżeli coś macie do niego, jakieś wątpliwości, to wrzućcie do wirówki, pewnie zresztą już wrzuciliście, jeżeli coś jest przeciwko niemu, nie będziemy się upierać, tylko powiedzcie co jest, damy inną osobę, ale już wybierzmy. To było przy Giertychu. On widział, jak napierałem. Jak mówiłem: sprawdźcie Rybę. A oni grali tym sobie cały czas. Wtedy premier spojrzał na Gosiewskiego, o kogo zabiegam? A Gosiu tak spojrzał, i mówi: no wie pan, panie premierze, to ten… Ale to w ciągu dwóch dni będzie jasne. I było jasne! W ciągu dnia! Wtedy byłem głupi, a teraz już wiem, o co im chodziło…
Ogrywa pana Kaczyński cały czas…
Do pewnego czasu się ogrywa… Ten dzban też nosi wodę do czasu, dopóki się ucho nie urwie. A już jest blisko. Bo to, co on teraz wyprawia, jest karygodne. On nam warunki stawia lojalności! O czym mówimy? Lojalność to jest zabezpieczenie operacyjne wicepremiera i ministra. To mi się należy. A co było? Oni twierdzą, że w pierwszych miesiącach całej sprawy nie było w niej Leppera. To na co czekali? Na Leppera? Przecież od razu powinni mnie ostrzec, że jakichś dwóch chce zrobić ciemny interes! Tak jak zrobili z mięsem – kiedy Wassermann, Woźniak, przedstawiciele innych służb zrobili mi spotkanie.
Z jakim mięsem?
Była pewna firma, która miała przyjść do mnie, zaproponować jakieś pieniądze, na tej zasadzie, żebym wyraził zgodę, żeby tylko przez nich było eksportowane mięso do Rosji, a oni resztę załatwią. Ale nic takiego jeszcze się nie stało, była tylko ewentualność, że oni mogą przyjść. I co? Wtedy mnie ostrzegli. Mogli? A w sprawie Ryby i Kryszyńskiego już nie?
Komisja i nowy premier
Jest pan za powołaniem komisji śledczej w sprawie afery gruntowej…
Zdecydowanie. Żadne warunki nas od tego nie odwiodą.
Więc będą wcześniejsze wybory.
Jedyna szansa to konstruktywne wotum nieufności.
Ale Platforma nie chce konstruktywnego wotum, nie chce tego wariantu.
Gdyby Platforma chciała zdemaskować PiS i wygrać z nimi – to jest jedyna droga: konstruktywne wotum nieufności i komisja śledcza.
Pan nie zdąży zrobić tej komisji. Bo jak pan przegłosuje tę komisję w Sejmie, to PiS dzień później zagłosuje za samorozwiązaniem Sejmu i będą wybory.
Jeżeli Platforma poszłaby w kierunku konstruktywnego wotum nieufności, wtedy nie będzie wyborów. Będzie je można przeprowadzić za pół roku, przyjąć termin. A do tego czasu powołać rząd przejściowy, rząd fachowców, przy nazwie się nie upieram, pod kierownictwem prof. Zolla, albo prof. Rzeplińskiego, albo kogoś innego, niech to sobie Platforma sama zdecyduje. Ja tu nie chcę nic wymuszać.
Ale oni nie chcą tego, nie zgodzą się na to, chcą od razu wyborów.
O, nie wiadomo. Z tego, co słyszę, rozważają to. Bo wiedzą, że jeżeli PiS będzie u władzy, to nawet jak powstanie komisja śledcza, niewiele to wyjaśni, bo będą przed nią chować materiały, kręcić. Więc trzeba tam wejść… A Platformie na komisji zależy, to ona złożyła wniosek o jej powołanie, to będzie jej porażka, jeśli komisji nie będzie. Bo Platforma chce udowodnić, czy kłamie Lepper, czy kłamie Kaczyński.
To fakt – komisja to wyjaśni. I jeżeli się okaże, że kłamie Lepper, będzie wiadomo, że to łapówkarz; a jeżeli okaże się, że kłamie Kaczyński, będzie wiadomo, że trzeba z nim pod sąd, bo nasyła na swoich koalicjantów bezpiekę.
Otóż tak! I wtedy będzie jego koniec. Wtedy będzie można nawet zdelegalizować PiS. Bo jeżeli jakaś partia wykorzystuje służby specjalne przeciwko obywatelom, trzeba ją zdelegalizować.
Co komisja śledcza powinna wyjaśnić?
Powinna zacząć od tego, jak to się wszystko zaczęło. Jaki był pierwszy ruch. Dlaczego Kryszyński założył kancelarię w styczniu i od razu dostał tę sprawę? Jako pierwszą! Gdzie są ci ludzie z biznesu, z Dolnego Śląska, którym podobno Kryszyński z Rybą oferowali załatwienie spraw? Na czyj adres szły dokumenty z ministerstwa, skoro nie trafiały do gmin? A adresowane były do gmin… Jest tych pytań sporo…
To będą wybory…
Będą. Najlepiej, żeby były wiosną, żeby mogła popracować komisja śledcza, żeby naród zobaczył. Karty na stół, wszystko i do widzenia.
A może jeszcze się pogodzicie?
Już nie może tak być.
Gosiewski powiedział, że jakby się pan oczyścił z zarzutów…
Po pięciu latach, tak? 200 świadków zaraz postawią, będą zgłaszali wnioski, przeciągali… To jest zapłata za to, że my jako Samoobrona daliśmy im całą władzę. Całą władzę! Gdybym nie poparł go w drugiej turze wyborów, to Lech nie byłby prezydentem. Byłby Tusk. A gdybyśmy jako partia nie poparli PiS, nie weszli w koalicję, to nie byłoby koalicji. Byłyby nowe wybory, i byłby inny układ. A nawet jeśliby z PiS dogadała się Platforma, to tych szaleństw by nie było. Bo w CBA byliby ludzie i z PO, i z PiS. A dziś, we wszystkich służbach, są ludzie jednej partii.
Jak pan chce się teraz bronić przed Kaczyńskim?
Ja będę swoje robił cały czas. Połączyliśmy siły z Ligą., Zobaczymy, jak to będzie działało w praktyce. Na razie tworzymy wspólny blok, czy to będzie komitet wyborczy, czy jedna partia, jeszcze przesądzone nie jest.
A jakaś kontra, lewy prosty? Słyszałem, że pracuje dla pana grupa byłych oficerów WSI, która zbiera materiały obciążające Kaczyńskich…
Nic o tym nie wiem, poza tym, że piszą o tym gazety. Nie tędy droga. My dziś możemy tylko opinię publiczną alarmować… Pokazywać, że oni kręcą, że nie podjęli walki z korupcją. Niech pokaże Kaczyński choć jedną prywatyzację, którą rozliczył! A miał rozliczać wszystkie! I co? Mijają prawie dwa lata – i nic! A czy tak trudno jest rozliczyć prywatyzację Polskich Hut Stali? Albo wybrać jeden bank i rozliczyć?
Teraz będzie walka o ocenę tych dwóch lat. I kto jest winien za błędy i za rozpad koalicji…
Kaczyński powie, że my jesteśmy winni. Że koalicjanci byli źli.
A pan co powie?
Że cała władza jest ich. Choćby te warunki, które nam przedstawił o tym świadczą – bo czegóż Kaczyński chce? Że nie mamy prawa do własnej polityki, tylko mamy jego słuchać. I głosować jak on chce.
Rydzyk panu nie pomoże?
Jesteśmy w dobrych stosunkach. Ale nie będę zabiegał o to, żeby powiedział, że popiera Ligę i Samoobronę, razem czy osobno. Nasz elektorat źle by to przyjął, gdybyśmy mieli tak wyraźne jego poparcie.
A jak powie: popieram PiS, a jestem przeciwko LiS-owi?
Tak to raczej nie będzie, jemu też zrobiono trochę krzywdy. „Wprost” to wiadomo, co to jest. To jest organ PiS. Więc w Częstochowie była jeszcze rozmowa Rydzyka z Kaczyńskim, a w powrotnej drodze, z Częstochowy do Warszawy, tak mogę przypuszczać, Kaczyński zadzwonił do „Wprost” i powiedział: ruszać z tą machiną. I machina ze „Spowiedzią Rydzyka” ruszyła. U nich jest wszystko możliwe.
Wszystko?
Przez ten czas to się napatrzyłem i nasłuchałem. Od niego. Pamiętam te rozmowy o działaniach przygotowywanych wobec innych polityków i dziennikarzy. Wiem, co mówię. Ujawnię to. Tylko nie dzisiaj jeszcze.
Powie pan?
Oczywiście. Zdecydowanie, wszystko.
W kampanii?
Nie, wcześniej.
A myśli pan, że to Kaczyńskiemu zaszkodzi?
Pokaże, jakie ma zapędy.
Bał się pan podczas rozmów?
Bać się – to nie. Ale miło nie było. Bo to, co on mówił – totalitarne państwo to mało.

Zebrał – Mreck