Archiwa kategorii: Filozofia

o psychopatii i psychonerwicy SŁÓW KILKA

STRZELNICA DZIKA

Psychopatia i psychonerwica odpowiadają przeciwnym biegunom struktur psychologicznych i społecznych. Pierwsza jest strukturą prymitywnych popędów, zintegrowaną na niskim poziomie; druga jest strukturą zintegrowaną, jednopoziomową lub wielopoziomową. Struktura psychopatyczna podporządkowuje sobie inteligencje jako narzędzie pozostające na jej usługach. W psychonerwicy inteligencja jest podporządkowana różnym zdezintegrowanym strukturom. Jest to podporządkowanie dość luźne, zmieniające się w swoim sprzężeniu z dynamizmami uczuciowymi, albo też sprzęgnięte z nimi w ścisły związek przy wysokim, pozytywnym rozwoju psychoneurotyka. Psychopata nie przeżywa żadnych konfliktów wewnętrznych, ani jednopoziomowych, ani – tym bardziej – wielopoziomowych, wywołuje natomiast często konflikty zewnętrzne. Psychonerwicowiec natomiast, z reguły przeżywa konflikty wewnętrzne jednopoziomowe, a częściej wielopoziomowe, natomiast słabe, lub nawet niknące w miarę rozwoju osobowości są konflikty zewnętrzne. Psychopata wykazuje udaną, powierzchowną syntonię. Z reguły jednak nie przeżywa syntonii, a tym bardziej autentycznej empatii. Dąży do zaskarbienia sobie względów innych ludzi, szukając w ten sposób korzyści dla siebie. Psychonerwicowiec jest prawie z reguły empatyczny, chociaż nie zawsze potrafi okazać tą empatię. Przejawia współczucie, rozumienie innych, przeżywa smutki i krzywdy innych, niosąc im pomoc. Psychopata nie rozumie wielopoziomowości globalnej, szerokiej, jest „głuchy i ślepy“ na wyższe wartości, jest „wąski“, stereotypowy. W swych dążeniach ambicjonalnych jest silny i bezwzględny wobec innych. O takich osobnikach mówi się, że „idą po trupach“ do celu.
Psychonerwicowcy są zahamowani i bojaźliwi, często lękliwi, przeżywający depresje i obsesje. Są wybitnie wrażliwi na hierarchię wartości.
Psychoneurotycy są do pewnego poziomu rozwoju rozbici, przejawiają słabsze lub silniejsze dynamizmy rozwojowe, mają lub rozbudowują psychiczne środowisko wewnętrzne. Wielopłaszczyznowa i wielopoziomowa postawa, liczne dynamizmy rozbijające niższe, a budujące wyższe poziomy funkcji uczuciowych i popędowych dają bogactwo twórcze, choć dostarczają przeżyć dramatycznych, ciężkich, nawet tragicznych w dążeniu do osiągania coraz wyższego poziomu osobowości, do wtórnej integracji.
Psychopaci nie mają psychicznego środowiska wewnętrznego. Są prymitywnie scaleni, nie mają z reguły ciężkich przeżyć, nie przejawiają też wyżej wymienionych dynamizmów. Nie przejmują się własnymi dramatami i tragediami, bo w ich przeżyciach owe dramaty i tragedie niw mają żadnej głębi, większego napięcia, czy psychicznej agonii. Jednostki psychopatyczne kierują się zawsze wąskimi ambicjami i celami. Myślą głównie o osobistej karierze i wywyższaniu się w społeczeństwie.
Cele psychoneurotyków są z reguły szersze, hierarchiczne, zawierają elementy społeczne, filozoficzne, egzystencjalne. Hierarchia wartości powoduje u nich napięcie psychiczne typu moralnego i egzystencjalnego, dążenia do wglądu w siebie i otoczenie, dążenia do uzyskania wyższego poziomu rozwoju, sięgnięcia do wyższych wartości. Ideał osoby odgrywa w życiu psychoneurotyków rolę zasadniczą. Dynamizacja takiego ideału ma poważne znaczenie dla rozwoju osobowego.
Psychopaci nie mają zazwyczaj głębokich, wyłącznych związków miłości i przyjaźni. Jeżeli spotyka się u nich związki takich uczuć, to są one całkowicie podporządkowane ich interesom, ich celom, ich stylowi życia.
Psychoneurotycy uczucia przyjaźni i miłości traktują najczęściej w sposób idealistyczny. Mają potrzebę wyłączności, niepowtarzalności uczuć, pragną zatem utrwalania związków uczuciowych, pracując nad ich pogłębianiem. Przeżywają nigdy nie zaspokojone potrzeby miłości i przyjaźni.
Psychopaci uważani są na ogół przez społeczeństwo za ludzi dających sobie radę, mocnych, sprawnych organizacyjnie i niemających konfliktów wewnętrznych. Są oni przy pierwszych kontaktach oceniani pozytywnie. Budzą zaufanie do swojej „mocnej postawy“, do swojej zaradności, pewności siebie. To wszystko stwarza wrażenie, że można się na nich oprzeć, że mogą dać gwarancję spokojnego życia innej osobie.
Psychonerwicowcy mają w tej dziedzinie życia dużo mniejsze powodzenie; budzą dużo mniejsze zaufanie i zyskują dożo mniejszą aprobatę zrażając innych swymi zachowaniami – zahamowaniami, wzmożoną pobudliwością psychiczną, wahaniami, depresjami, stanami lękowymi, a niekiedy swymi dziwactwami.
Pośrednią grupę stanowią tzw. osoby normalne, które znajdują się na granicy normy i psychopatii. Są grupą „pogranicza“. Część ich cech jest podatna, a część – niepodatna na rozwój. Na granicy między wyższą normą, a psychonerwicą, znajduje się inna grupa osób, bardziej podatna na rozwój, na rozumienie psychoneurotyków i ich wpływy. Im więcej jest osób na pograniczu psychopatii i tzw. normy, tym więcej niebezpieczeństw zagraża rozwojowi społeczeństwa RP. Im liczniejsze są grupy z pogranicza wyższej normy i psychonerwicy, tym większe są nadzieje na pozytywny rozwój społeczny RP.
Chodzi więc o zrozumienie przez psychologów, psychiatrów, wychowawców istoty stosunków społecznych w państwie, pomiędzy wspomnianymi trzema grupami i wielkiej pozytywnej roli jednostek o wzmożonej pobudliwości psychicznej oraz psychonerwicowców dla pozytywnego postępu społecznego, w obecnych czasach rządów jednostki.

Kazimierz Dąbrowski – /Trud istnienia/

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

KOCHAJ BLIŹNIEGO JAK SIEBIE SAMEGO?

Zobacz obraz źródłowy

Tadeusz Kotarbiński napisał ten tekst na dziesięciolecie /Przeglądu Społecznego/, wydawanego we Lwowie od 1927 roku. Czasopismo to było poświęcone opiece społecznej, a artykuł mówi o rozważaniach autora na temat podstaw działalności charytatywnej w sprawie pojęć i haseł, które mówią o dobroczynności. Moraliści każą nam innych kochać, a nie tylko lubić. Brak umiaru w tej licytacji miłości bliźniego mści się natychmiast. Wcale nie potrzeba by wszyscy kochali wszystkich. Albowiem każda istota która chce być kochana znajdzie kogoś miłującego. Z miłością jest jak z pojęciami w logice – Im bogatsza treść, tym uboższy zakres.  Nie hodować w sercu złośliwego robactwa, zaniechać wrogich uczuć, ale to nie jest łatwe zadanie. Albowiem rozjuszone żądła wypełzają z oczu i języków na prawo i lewo. Ludzie zmuszeni do współżycia ze sobą tak się wyzbyli kultywowania w sobie nienawiści do współobywatela, jak się odzwyczaili w cywilizowanych środowiskach pluć na podłogę; gdyż byli usposobieni względem siebie nie jak we wzorcowej rodzinie, lecz chociażby jak w zatłoczonym tramwaju. Oby szerzyciele cnót zamiast narkotyzować młode dusze egzaltowanym ideałem wszechmiłości, podburzając je zarazem do nienawiści względem rzekomych wrogów tego ideału, zajęli się plewieniem pokrzyw rozplenionych w sercach, leczeniem serc z przywary nienawistnych popędów! Zanim ludzkość nauczy się niebiańskiego uśmiechu, musi się najpierw oduczyć szczerzenia zębów. Wobec powyższego powiedzenie: – /Kochaj swego bliźniego jak siebie samego, jest nie realne i kochać tak jest nie sposób. Owszem dość często się przytrafia miłość ofiarna, rodząca poświęcenie bezgraniczne dla poszczególnych osób, poszczególnych grup, lub pewnych spraw ludzkich. Psychologia uczuć w tym zakresie przytacza wiele możliwości. Nie sposób wzbudzić i utrwalić w sobie i innych takiej gamy pozytywnych uczuć, które by uczyniły, że wszystkich kochamy. Nie można bowiem względem każdego z bliźnich rozwijać pomocy we wszystkich jego potrzebach. Albowiem potrzeby różnych istot są rozbieżne, bo ani rusz nie można pogodzić interesów gołębia i jastrzębia. Trzeba brać przykład z przyrody poza ludzkiej w tym względzie, otrzymamy wówczas plastyczną ilustrację wielu konfliktów między osobnikami zwierząt nawet tego samego gatunku. Hipotezę upraszczającą stanowi np. upowszechnione mniemanie że rośliny nie cierpią, a zwierzęta są li tylko nieczułymi automatami. Do wierzeń fantastycznych trzeba zaliczyć wszelkie rojenia o bycie pośmiertnym, w którym ma nastąpić ogólny happy end po wszystkich klęskach, czyniących dla wielu istot nieszczęśliwym w sumie żywot ich doczesny. My ludzie, jeżeli chcemy żyć, musimy jeść, a w tym celu musimy uśmiercać żywe tkanki, z których czerpiemy pożywienie, Jeżeli chcemy być zdrowi, musimy truć bakterie chorobotwórcze i tępić tych którzy je roznoszą. Naiwna była zatem modlitwa małej dziewczynki proszącej Bozię, o szczęście i zdrowie dla mamusi, tatusia etc., etc., wreszcie dla … much na lepie. Jest w tym głosiku dziecięcym coś co nam grzesznikom spokoju nie daje. Ewolucjonista rozumie, że przyroda żyje walką o byt, a naiwny moralista każe zaniechać wszelkiej walki o byt. Czy zatem utopijność hasła wszechmiłości daje nam prawo machnąć ręką na cierpienia zwierząt? Precz z okrucieństwem w stosunku do zwierząt! A przez okrucieństwo rozumie się nie tylko rozkoszowanie się ich cierpieniem, ale także zadawanie im cierpień zbytecznych – ubój zwyczajny bądź rytualny, polowanie. Pojęcie bliźniego nie obejmuje zwierząt. Gdzie się zaczyna, a gdzie kończy ludzkość w uczuciowym sensie? Co do mnie (Kotarbiński) do ludzkości zaliczam psy, a nie zaliczam hyclów. Pół biedy, gdyby w obrębie rodzaju ludzkiego panowała powszechna zgodność potrzeb. Można by wtedy praktykować powszechną życzliwość czynną wobec wszystkich bliźnich, rozumiejąc przez bliźniego każdego człowieka. Niestety, daleko jeszcze do stosowania ludzkiej przyjaznej wrażliwości wobec każdego bliźniego. Na Ziemi coraz większy tłok i depczemy sobie po piętach. Ciągle jakieś dwie monady ludzkie pożądają jakiegoś dobra, które tylko jednej z nich może przypaść w udziale. Zapewne do końca świata dwóch mężczyzn będzie się kochało na zabój w jednej kobiecie. A ona będzie zmuszona przynajmniej jednego z nich unieszczęśliwić odmową. A może i obu skoro do końca świata będzie się powtarzało zjawisko zakochania się bez wzajemności. W pewnych sytuacjach ludziom sumienia, to właśnie chłodna cnota, subtelniej interpretowana musi wystarczyć i zastąpić miłość bliźniego. Chłodna, gdyż z istoty swojej miarkuje porywy zarówno złego, jak i dobrego serca. Bywają jednak chwile, kiedy i sprawiedliwość na nic się nie przydaje, bo nie ma kto pilnować z dobrym skutkiem jej wykonania. Oto przywarowały naprzeciw siebie dwa oddziały w okopach. Nikt do nikogo tam nie czuje złości. Każdy wie, że to tylko mus. A musi dlatego, że przeciwnik jest groźny, trzeba tu przyjąć pewnik, że będzie nam szkodził jeśli my mu nie zaszkodzimy. Jeśli ktoś powodowany miłością bliźniego szepnie w okopach – /Rzućmy broń/, roztropni ludzie obejdą się z nim jak z niebezpiecznym obłąkanym. Temu zaś, co by liczył na możliwość sprawiedliwego i polubownego rozstrzygnięcia sporu zadadzą kłopotliwe pytanie: – /Gdzie władza, która by obu stronom narzuciła spełnienie wyroku?/. Sprawiedliwość w sporze dwóch silnych wymaga mocnej ręki trzeciego, od nich silniejszego. W granicach konieczności bojowej należy dokładać wszelkich starań by uczestnicy boju, zarówno przyjaciele jak i wrogowie cierpieli jak najmniej. Kto przebija bagnetem nieprzyjaciela, który się zamierzył kolbą – jest w swoim prawie. Kto policzkuje jeńca bezbronnego, dla własnej satysfakcji – jest zbrodniarzem. Potrzeba obrony przed niebezpieczeństwami wspólnej natury: nędzą, prymitywizmem, rozstrojem, i tyranią siły obcej jest usprawiedliwiona.

A zatem powiedzenie – Kochaj bliźniego jak siebie samego – pasuje niczym pięść do nosa.

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

RZECZYWISTOŚĆ RZECZY I CIAŁ…

Zobacz obraz źródłowy

Przywykliśmy do postawy reistycznej, do traktowania rzeczy i ciał najbardziej konkretnie, jako perceptywne zjawiska rzeczywistości. Istnieją kierunki filozoficzne i psychologiczne, które przyjmują tylko rzeczywistość „rzeczową“ i „cielesną“. Widzimy rzeczy i ciała, słyszymy szmery i dźwięki z nimi związane, dotykamy te rzeczy, przesuwamy je, odczuwamy ich zimno, ciepło czy gorąco, wyczuwamy i mierzymy ich rozmiary, oceniamy ich gładkość lub chropowatość, widzimy ich kolory, odczuwamy ich zapach i smak. Ale przecież te same ciała i rzeczy inaczej postrzegamy w ruchu, np. chmury, błyskawice, samoloty w locie, pojawiają się i znikają. Gdy słońce wschodzi lub zachodzi, wówczas las, drzewa, woda, nikną w mroku, nie dostrzegamy ich, bądź widzimy bardzo niewyraźnie. Musimy uzupełniać nasze bezpośrednie spostrzeżenia odwołując się do wyobraźni, a nawet fantazji. Doświadczamy więc znikania naszych postrzeżeń (FATAMORGANA). Obserwujemy znikanie przedmiotów tych postrzeżeń, ich przetwarzanie, zaciemnianie. To nasuwa przeświadczenie, że przedmioty te istnieją w rzeczywistości, choć zniknęły z naszego pola widzenia. Słońce, samoloty, ptaki są, trwają dalej w rzeczywistości, ale straciliśmy do nich pewien dystans, bo zniknęły z naszego pola widzenia. Tą rzeczywistość realną, która znika, zastępuje rzeczywistość wyobrażalna, „dopowiadana“, rozumowana. W każdym razie nie jest ona bezpośrednio percypowana. Stąd koncepcje wielopłaszczyznowej rzeczywistości – rzeczywistości zmieniającej się, rzeczywistości w ruchu, rzeczywistości w przestrzeni i czasie. Niektóre nasze postrzeżenia, niektóre nasze sądy i rzeczach i zjawiskach, dają nam wyobrażenia prostsze, lub bardziej skomplikowane, wymagające wielokierunkowych sprzężeń czynności percepcyjnych, intelektualnych i emocjonalnych. Nadaje to nowe cechy rzeczywistości, mianowicie cechy wielopłaszczyznowości. Dochodzimy do rozróżnienia – zwłaszcza w dziedzinie przeżyć – tego, co „niższe“ i tego, co „wyższe“, a co dostępne jest tylko jednostkom szczególnie wrażliwym, uczulonym na ten właśnie wyższy poziom rzeczywistości, która zawiera się, lub jest nieobecna w ludzkich jednostkach.

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

KORAN

Zobacz obraz źródłowy

Księgą świętą Islamu jest Koran (arab. qur’an – czytanie, recytacja). Zawiera on objawienia na które powoływał się Muhammad z rodu Kurajszytów, urodzony w Mekce ok. 570 r., zmarły w Medynie w 632 r. Dla Muzułmanów Koran jest słowem Allaha, przekazanym przez archanioła Gabriela, kopią Księgi znajdującej się odwiecznie w Niebie. Naukę swą przekazał Muhammad w przepowiadaniu ustnym, ujętej w przepowiadanej prozie, wzorowanej na wyroczniach dawnych arabskich kahinów (wieszczów). Dopiero po śmierci Proroka ujęto ją w formie księgi, co nie musi podważać zaufania do wierności przekazu. Główną bowiem rolę przy gromadzeniu fragmentów „z liści palmowych, tabliczek białego kamienia i z piersi ludzkich“, podjętym już w rok po śmierci Proroka, jak i przy oficjalnej rewizji rozbieżnych wersji w 651 r., miał odegrać sam były sekretarz Muhammada, Zaid ibn Thabit. Ostateczny tekst Koranu ustalił uczony Ibn Mudżahid na zlecenie wezyrów Ibn Muqli i Ibn Isy, w 933 r.
Koran objętością odpowiada Nowemu Testamentowi i dzieli się na 114 rozdziałów zwanych Surami, uporządkowanych raczej mechanicznie według długości. Dziewięćdziesiąt z nich, przeważnie krótkich i zwięzłych, powstało w okresie początkowej działalności Proroka w Mekce, do 622 r. Pozostałe 24 Sury, bardziej rozwlekłe, powstały w Medynie. Najobfitrzy materiał prawodawczy zawierają Sury 2, 3 i 4. Sury medyńskie zawierają obszerny wykład dogmatów teologicznych, przepisów obrzędowych i prawodawczych.
Jako modlitewnik, a zarazem podręcznik szkolny muzułmanów, Koran, podobnie jak Biblia, należy do najpoczytniejszych ksiąg świata.
Koranu w zasadzie nie powinno się tłumaczyć na inne języki. Istnieje wszakże oficjalny przekład na język turecki, oraz kilka muzułmańskich tłumaczeń.
Pierwszego przekładu na łacinę dokonał w 1141 roku Piotr Czcigodny, opat z Cluny i jego współpracownicy, w celu zwalczania islamu. Autorem jedynego do niedawna polskiego tłumaczenia Koranu z arabskiego był Jan Murza Tarak Buczacki, Tatar z Podlasia.

Zobacz obraz źródłowy

Podstawę jego przekładu wydrukowano w Warszawie, w 1858 r. Ostatnio, naukowego przekładu Koranu z arabskiego dokonał Józef Bielawski.
Po śmierci Muhammada Koran był najwyższym autorytetem, tak w dziedzinie religii i kultu, jak i prawa świeckiego. W sprawach pominiętych przez Koran, zachodziła potrzeba odwoływania się do sposobu postępowania Proroka (sunna), utrwalonego w tradycji (hadith). Hadisy, to zwięzłe opowiadania, o tym co Prorok w danej sytuacji, niejako precedensowej, czynił, mówił i się zachowywał. Dlatego też hadisy poprzedzano opisem hidżry, ucieczki Proroka z Mekki do Medyny w 622 r., zamieszczonym w Żywocie Mohammada, napisanym przez Ibn Hiszama (zm. 834 r.), który opierał się na najstarszych zapiskach o życiu Proroka, sporządzonego przez Ibn Ishaka (zm. 768 r.)
Ibn Ruszd (1126-1198), na Zachodzie znany jako komentator Arystotelesa, pod imieniem Awerroes, wywarł wpływ na rozwój średniowiecznej filozofii żydowskiej i chrześcijańskiej (scholastyki). W przytoczonym urywku określa on granice między rozumem a wiarą (Jestem rzeczywistością – czyli Bogiem) – al-Halladż (zm. w 922 r.) – oskarżony i skazany o utożsamianie się z Bogiem.
Balchi albo Rumi (zm. w 1273 r.), założył w Konyi zakon maulawija – tańczących derwiszów. W licznych poematach przybliżał głębokie przeżycia i dociekania sufitów.
Przemożny wpływ na cały islam nowożytny, wywarł Egipcjanin Muhammad Abduh (1849-1905), uczeń al-Afghaniego (1838-1897), pioniera modernizmu w islamie. Za przykładem mistrza zmierzał on do odnowy Islamu poprzez poprawniejsze, racjonalne rozumienie Koranu i poprzez powrót do czystej wiary w Proroka. Zwracał np. uwagę, że Prorok, obwarowując przyzwolenie na zastaną u Arabów poligamię, warunkami zbyt trudnymi do spełnienia, zmierzał w gruncie rzeczy do wykorzenienia tego obyczaju. Ruch odnowy islamu doprowadził do powstania wielu organizacji, z których największy wpływ w Egipcie, a potem poza jego granicami, uzyskało jego stowarzyszenie pn., Bractwa Muzułmańskiego, założonego przez Hasana al-Banna (1906-1949).
Nasza doktryna jest dokumentem programowym Braci Muzułmanów, a Ku światłu – listem, jaki al-Banna skierował w 1936 r., do do króla Faruka i innych osobistości. Egipcjanin Sajjid Kudb (zm. w  1966), był teoretykiem tego stowarzyszenia fundamentalistów muzułmańskich. Swoje poglądy wyłożył w komentarzy do Koranu (pt. W cieniu Koranu) i w wielu innych pismach. Wysuwał on program budowy Państwa Muzułmańskiego w XX w. Pokłosiem tej religijnej ideologii jest dziś PI, z całym jego radykalizmem w walce z „niewiernymi“, którzy na własne życzenie wypuścili tego Dżinna z butelki.
Dżinny, to demony i duchy powstałe z czystego ognia bez dymu (w niektórych wersjach wierzeń z czystego płomienia oraz obłoku pary), które posiadają nadnaturalną potęgę i są niewidzialne, mogą jednak przyjmować dowolną postać (człowieka, zwierzęcia lub potwora). Utożsamiały one wrogie człowiekowi siły natury. Uważano ich za mieszkańców pustyni. Wiara w dżinny stanowiła bardzo istotny składnik religii Arabów, w okresie przed przyjęciem przez nich islamu.
Jako pozostałość mitologicznych wyobrażeń z przedmuzułmańskiej Arabii pojawiły się także w islamie, gdzie stanowią trzecią kategorię rozumnych istot stworzonych przez Boga (obok aniołów i ludzi). Dżinny w wierzeniach muzułmańskich dzielą się na dobre i złe. Dobre służą Bogu i pomagają ludziom (w szczególności prorokom), zaś złe (ifrity, sile i ghule) szkodzą. Czasem do złych dżinnów zalicza się szatana (szejtana). Podobnie jak ludzie, dżinny dzielą się na plemiona i rody.
Dżinny były bardzo popularne w ludowej tradycji muzułmańskiej. Zgodnie z ludowymi legendami i baśniami, człowiek przy pomocy zaklęć może sobie w pewnych wypadkach dżinna podporządkować (np. zmusić do spełnienia trzech życzeń), a także uwięzić w lampie lub butelce (Księga tysiąca i jednej nocy). Często pełnili w opowieściach funkcję strażników skarbów, byli mieszkańcami ruin, miejsc ponurych i opuszczonych.
Arabowie w czasach przed islamem uważali, że każdy poeta ma swojego dżinna, od którego zależy wielkość jego talentu. Według hadisów, każdy człowiek ma towarzysza dżina (zwanego po arabsku karin), który namawia go do grzechu. Jedynie karin Mahometa był dobrą istotą.
Ochronę przed złymi demonami miało dawać żelazo lub pierścienie ze złota i stali. Pomagają także amulety z wilczych kłów i wersetów z Koranu, które wypisano zielonym lub czerwonym atramentem. Staroarabskie praktyki magiczne (sihr) wymagały między innymi nawiązania kontaktów ze światem zmarłych oraz właśnie światem dżinnów. Dzięki nim leczono i wróżono. W czasach islamu większości tych praktyk zakazano.

Zobacz obraz źródłowy

Sura II – Krowa, to Sura medyńska.
W wersecie 190, tak stoi: – /Zwalczajcie na drodze Boga tych, którzy was zwalczają, lecz nie bądźcie najeźdźcami. Zaprawdę, Bóg nie miłuje najeźdźców!/.
W wersecie 191 czytamy: – /I zabijajcie ich, gdziekolwiek ich spotkacie, i wypędzajcie ich, skąd oni was wypędzili!
– Prześladowanie jest gorsze niż zabicie. –
I nie zwalczajcie ich przy św. Meczecie, dopóki oni nie będą was tam zwalczać.
Gdziekolwiek oni będą walczyć przeciw wam, zabijajcie ich!
– Taka jest odpłata niewiernym! -/.

Zebrał – Mreck.

/…MONSIGNOR QUIXOTE…

Passent - zdanie odrębne

/…W tych czasach trudnych, nerwowych i zwariowanych, gdy każdy obraża się i nadyma jak purchawka, pisanie felietonów przypomina cotygodniowe harakiri przy pomocy długopisu. Po felietonie, w którym wymyśliłem pewną otyłą ciotkę kontrrewolucji, obruszyło się na mnie kilka osób, a jedna nawet zatrzymała mnie na ulicy pytając: „Jak pan może wyśmiewać się z kalectwa“? A dlaczego nie reagowała pani, kiedy zauważono, że Cyrankiewicz, Urban, Olszewski, a dziś ten, któremu pomniki stawiają też nie wyglądają jak szparagi? – zapytuję nieśmiało. Czy dlatego, że ich tusza i wielkość (nie dusza!) jest wsteczna, a sadełko ciotuni jest postępowe?
Rozstaliśmy się w emocjach i zatęskniłem do dyskusji kulturalnej, łagodnej, wyrozumiałej, bez szarpania za guzik i za uszy. Zacząłem dla odprężenia czytać powieść Grahama Greena „Monsignor Quixote“. Spotkanie księdza i marksisty w Hiszpanii, ale jakie! Cóż za ulga, jak to jest napisane, stronnicze i owszem, ale z humorem i dystansem. Greene znacznie bliżej jest sutanny niż papachy, wszak to pisarz katolicki nawet bardziej niż inni ówcześni o Kisielu i Dobraczyńskim nie wspominając, gdyż mniej od nich grzeszy.
Ksiądz Quixote i towarzysz Sancho postanawiają przerwać podróż samochodem i odpocząć przy drodze, tym bardziej że kilka butelek wina w bagażniku nie daje im spokoju. Urządzają piknik pod ścianą starej farmy:
„Na rozpadających się kamieniach ktoś ostro namalował czerwony sierp i młot.
– Wolałbym – powiedział ojciec Quixote – jeść pod krzyżem.
– Co za różnica? Smak sera nie zmieni się pod wpływem sierpa i młota. Poza tym, czy między nimi jest taka duża różnica? Jedno i drugie jest protestem przeciwko niesprawiedliwości.
– Ale rezultaty są nieco inne“ – zauważył ksiądz.
Zaczęli liczyć ofiary kultu jednostki oraz inkwizycji. Przyparty do muri ojciec Quixote wykonał unik: „Nie jestem statystykiem, Sancho. Otwórz butelkę jeśli masz korkociąg“.
Towarzysz Sancho nie rozstawał się z tym przyrządem, mogli więc kontynuować:
„- Czy wierzysz, że komunizm – prawdziwy komunizm, o którym mówi twój prorok Marks – kiedykolwiek zapanuje? […]
– Tak ojcze, mam nadzieję, ale jest prawdą, a mówię ci to, ponieważ twoje usta są zasznurowane jako księdza, a moje są otwarte przez wino – że czasami jestem zrozpaczony- Och rozpacz, rozumiem, Ja też wiem, co to rozpacz, Sancho. Oczywiście, nie rozpacz ostateczna.
– Moja też nie jest ostateczna, ojcze, inaczej nie siedziałbym tu na ziemi obok ciebie.
– A gdzie byś był?
– Byłbym pochowany w nie poświęconej ziemi. Jak inni samobójcy.
– Wypijmy więc za nadzieję! – powiedział ojciec Quixote i uniósł swoją szklankę. Wypili“.
Ksiądz rozrzewnił się:
„- Nigdy nie przeczytałem, że Marks był dobrym człowiekiem – powiedział ojciec Quixote. – Chciał pomóc biednym i to go w końcu ocaliło.
– Pańska szklaneczka, monsignor.
– Mówiłem ci, żebyś nie mówił do mnie monsignor.
– To w takim razie mów mi towarzyszu. Wolę to niż Sancho“.
Ksiądz jednak się wzbrania, powiada, że stosunki między towarzyszami w najnowszej historii nie były najlepsze, wobec tego proponuje formę „przyjacielu“.
„- Czy przyjaciel, to odrobinę nie za wiele między księdzem katolickim, a marksistą?
– Sam powiedziałeś kilka dni temu, że musimy mieć ze sobą coś wspólnego.
– Być może wszystko, co mamy wspólnego, to ten bukłak wina, przyjacielu“…
/… cd. z innej beczki – Jan Dobraczyński nie pisze, iż Narutowicz popełnił samobójstwo, gdyż komentarz pisarza i tak już odbiega daleko od historii. Po pierwsze, następca Narutowicza – prezydent Wojciechowski został wybrany tymi samymi głosami, co jego zamordowany poprzednik. Endecja własnego kandydata nie miała. Dlatego po ogłoszeniu tego wyboru z ław lewicy ktoś zawołał: „Kiedy go zabijecie?!“. Po drugie – nie była to walka li tylko pomiędzy Polakami i mniejszościami, ale pomiędzy prawicą i lewicą. Narutowicz zablokował prawicy drogę do władzy – (aż strach pomyśleć, co może czekać obecnie miłościwie nam panującego pana prezydenta, po ostatnim jego wecie) – dzięki utworzeniu się koalicji lewicy, centrum, oraz mniejszości. Nie można zatem sprowadzać całej sprawy do tego, że jeden nerwowy Polak, zamordował drugiego lekkomyślnego Polaka, który nie powinien dać się wybrać mniejszości Polaków, a także Ukraińcom, Żydom, Niemcom i innym. Wreszcie po trzecie, nie chodzi tylko o wyrostków, ale o tłum, który depcząc Konstytucje i dobre obyczaje w młodym państwie demokratycznym lżył, szturchał i wreszcie „pobił dotkliwie“  posłów PPS i nie tylko, a wśród nich sędziwego Bolesława Limanowskiego, Ignacego Daszyńskiego i innych. Piszą o tym Adam Pruchnik, Adam Pragier i inni, których Dobraczński dobrze pamiętał. Stanisław Stroński, czołowy publicysta endecji napisał po zabójstwie prezydenta głośny artykuł „Ciszej nad tą trumną“, podobnie Antoni Sadzewicz w „Gazecie Warszawskiej“, czy też Rabski w „Kurierze Warszawskim“ – nie były to żadne pisemka dla gówniarzy. Piłsudski powiedział, że nie może oddać władzy w chwili, kiedy banda gówniarzy zakłóca spokój i znieważa prezydenta.
Ów Garlicki udzielił pismu kobiecemu wywiadu na temat Piłsudskiego, który to wywiad zakwestionował inny uczony w piśmie „Trybuna Ludu“, Jerzy Kwiatek, zarzucając, że jest to „wywiad próbujący uzasadnić legendę“. Czy tak było naprawdę – nie mnie osądzać, gdyż robota wywiadowcza i legendarna to nie moja specjalność (czyt. Passent) (…Pan robi wywiad i ja robię wywiad“ – jak napisał kiedyś Urban w fikcyjnej rozmowie z szefem Wolnej Europy.)…
/…Zjawiska polskie są zbyt złożone , by za każdym razem można było zaczynać od Manifestu komunistycznego i Kapitału. Prof. Reykowski swoim pisarstwem i postawą dał dowód zaangażowania politycznego, zaś Jerzy Lobman, zbytnio chyba nasiąkł rewolucją kulturalną w Chinach, że wkłada uczonemu polskiemu czapkę hańby na głowę.
W tym konflikcie socjalizmu z antysocjalizmem mamy następujące główne jego przyczyny: bliżej nie określone nieprawidłowości (nie wiadomo czyje – społeczeństwa czy władz), jakieś trudności, niski poziom wiedzy mas, czyli nieudolny lud, plus wrogie grupki, oraz imperializm szeroko pojęty. Kto chce niech doczyta o nich – (napisane przez Passenta 20 stycznia 1983).

Zebrał i buteleczkę wina patykiem pisanego dodał – Mreck

KŁOPOT Z CZŁOWIEKIEM

Znalezione obrazy dla zapytania genom człowieka

Najmniej pewnych informacji nauka dostarcza nam o nas samych. Astronomia, fizyka, chemia, geologia – zajmujące się otaczającym nas światem nieożywionym – mają swoją ciągłą tradycję, sięgającą czasów antycznych. Biologia jest równie stara, ale do niedawna miała chrakter nauki czysto opisowej. Refleksja nad homo sapiens pozostawała przez tysiąclecia domeną filozofów. I chyba dobrze się stało, że tak długo istotę ludzką chroniono przed ciekawością uczonych. Było to coś w rodzaju boskiego immunitetu. Człowiek wymyka się z pod kontroli, jest tworem zbyt skomplikowanym, by oddawać go w ręce partaczy.
I na człowieka przyszła werszcie kolej; dziś on jest przedmiotem zainteresowania licznej grupy nauk szczegółowych. Wymienić w tym miejscu należy chociażby psychologię, socjologię, genetykę, czy neurofizjologię (zajmowały się też nim i zajmują – na swój spsób oczywiście – fizyka i chemia.
Naukowe badania poświęcone człowiekowi doprowadziły – jak dotychczas – do wniosków, które budzić mogą zakłopotanie.
Otóż okazało się, że właściwie nie mamy żadnej typowo ludzkiej cechy, która wyróżniałaby nas w świecie zwierząt, ba, nawet w całym świecie ożywionym, obejmującym także rośliny, bakterie i wirusy.
Od czasów Darwina wiemy, że pochodzimy od małpy. Od szympansa różnimy się pod względem biochemicznym różnimy się znacznie mniej niż dajmy na to orangutan różni się od gibona, czy ropucha od żaby zielonej. Mało tego – struktura podstawowych cząsteczek niologicznych (białek i kwasów rybo- i dezoksyrybonukleinowych), a także przebieg procesów biochemicznych są u człowieka niezmiernie podobne do odpowiednich u bakterii czy wirusów, nie wspominając już o roślinach. (Jak twierdzą Peter Tompkins i Christopher Bird w wydanej przed laty w Stanach Zjednoczonych książce „The Secret Life of Plants“, rośliny czują, porozumiewają się między sobą i pozwalają się oswoić.
Nie tylko jednak zbudowani jesteśmy z tego samego budulca, co inne organizmy żywe i nie tylko zachodzą w nas te same procesy biochemiczne. Utraciliśmy także monopol na takie umiejętności jak posługiwanie się narzędziami, bo to potrafią także inne zwierzęta. Posługiwanie się językiem znaków u zwierząt też nie jest obcy.
„Człowiek socjobiologiczny“, to po prostu taki osobnik (fenotyp – naukowo rzecz ujmując), którego naczelnym celem jest zapewnienie możliwości przetrwania jak największej liczbie własnych genów, a więc kochający swoje dzieci, a już trochę mniej dalszych krewnych.
Podobieństwo człowieka do roślin i zwierząt, choć obrażać może naszą miłość własną, ma pewną dobrą stronę. Badając inne organizmy możemy się dowiedzieć czegoś więcej o człowieku. Uczeni robią to zresztą od dawna. Masowa obecność królików doświadczalnych i białych myszek w laboratoriach biochemicznych czy neurofizjologicznych świadczy o ich poświęceniu dla dobra ludzkości.

Zebrał i swoją kość ogonową przyłożył – Mreck

ŚMIECH PRZEZ ŁZY, CHOCIAŻ WIELKANOC NADZIEJĘ DAJE – /…jeśli nie pogodzimy się ze śmiercią, chorobą i cierpieniem, nie będziemy żyć naprawdę…

 

Aby czerpać satysfakcję z życia, nie wolno nam ani na chwilę zapomnieć o jego marności, smutku, jaki się z nim wiąże i o śmierci – twierdzi francuski filozof Clément Rosset. Tylko w ten sposób pozbędziemy się strachu, pogodzimy z losem i odzyskamy spokój. Ten, kto chce zapomnieć o tragizmie egzystencji, doświadczy jej dramatów w jeszcze większym stopniu.

Znalezione obrazy dla zapytania clément rosset

Clément Rosset: Dziś nikt nie chce dostrzec śmierci, choroby ani cierpienia, a tym bardziej pogodzić się z nimi. Takie sprawy ukrywa się przed dziećmi.
La Vanguardia: Śmierć źle się sprzedaje.
A jednak jeśli nie pogodzimy się ze śmiercią, chorobą i cierpieniem, nie będziemy żyć naprawdę. Obraz radosnego i szczęśliwego życia narzucony nam przez masową kulturę konsumpcyjną zmienia naszą planetę w sielankową fermę, a my wszyscy jesteśmy jak ogłupiałe kurczaki: mamy tylko spać, jeść, produkować, konsumować… Jak te kurczaki żyjemy uśpieni i nieświadomi czekającego nas końca. Jeśli nie pogodzimy się ze śmiercią, nasze życie będzie wyglądało tak jak życie na tej kurzej fermie lub jak reklama w telewizji.
Są lepsze i gorsze reklamy; tak samo życie może być lepsze lub gorsze.
Aby żyć pełnią życia musimy najpierw uświadomić sobie, że nasze istnienie to jakiś niesamowity żart: wszyscy umrzemy i ta pewność kryje się za wszystkim, co robimy.
Nic dziwnego, że jest pan przygnębiony.
Wręcz przeciwnie. Tylko jeśli mamy świadomość tego całego życiowego tragizmu, jesteśmy w stanie odczuwać prawdziwą, głęboką radość.
Fizycznie umieramy tylko raz. Po co mamy umierać codziennie przypominając sobie o tym?
Ponieważ uświadomienie sobie nieuchronności śmierci i cierpienia jest niezbędnym warunkiem prawdziwej radości. Poza tym uważam, że ta umiejętność radowania się to ogromny wkład kultury iberyjskiej do uniwersalnej skarbnicy mądrości.
Może pan wyjaśnić, na czym miałby polegać ten wkład?


Znalezione obrazy dla zapytania asteriks i obeliks osiedle bogówMoże to zabrzmi nieco niepoważnie, ale przytoczę tu jedną z przygód Asteriksa… Kiedy bohater przybywa na Półwysep Pirenejski, Iberowie informują go, że wkrótce odbędzie się wielka uczta: „Dziś wieczorem będzie święto” – słyszy zewsząd. A kiedy w końcu nadchodzi wieczór i wszyscy zaczynają ucztować, wychodzi gitarzysta i śpiewak i obaj zaczynają zawodzić: „Ach, po co ja się urodziłem…”. Asteriks, rzecz jasna, nic z tego nie rozumie.
To lament charakterystyczny dla muzyki flamenco.
Doskonale oddaje poczucie tragizmu istnienia oraz związaną z nim radość i pewność. Życie jest jak grzęda w kurniku, krótkie, ciasne i zafajdane… Ale to nie znaczy, że nie mamy śpiewać i śmiać się siedząc na tej grzędzie. Śmiejcie się, bo rzeczywistość i tak jest smutna. Cioran bardzo lubił się śmiać, ale potrzebował do tego towarzystwa. „Koszmar – mawiał – to jedyna dostępna forma oświecenia”. On sam był oświecony ponieważ zawsze umiał być „szczęśliwy mimo wszystko”. Dziś, w społeczeństwie pogrążonym w letargu i umierającym ze strachu, próbujemy zapomnieć o tym, że wesołym i szczęśliwym można być jedynie „mimo wszystko”.
Dlaczego się tak boimy?
Ponieważ jeśli człowiek zaneguje śmierć, choroby i cierpienie, to dużo bardziej boi się wszystkiego wokół. Boimy się, że ktoś chory lub co gorsza martwy pojawi się nagle w galerii handlowej i obudzi nas z konsumpcyjnego snu. Proszę spojrzeć na Stany Zjednoczone: tam ludzie żyją w nieustannej paranoi. Właśnie dlatego, że postanowili ukryć ciemną stronę życia. Jeśli się ją zaakceptuje jako coś naturalnego, to budzi ona znacznie mniejszy strach. Człowiek akceptuje fakt, że będzie chory, brzydki, nieszczęśliwy, że się zestarzeje i umrze, że będzie samotny…
Nie ma pan rodziny, która mogłaby pana pocieszyć?
Moje życie przypomina paradoks jeżozwierza. Kiedy jeżozwierzowi jest zimno, zbliża się do stada, ale wtedy kolce innych osobników zaczynają go kłuć i musi się odsunąć. Znów jest sam i znowu jest mu zimno…
Cała tajemnica polega więc na tym, aby odnaleźć właściwy dystans między własnymi i cudzymi kolcami.
O to mi właśnie chodzi! Dalej są ci, którzy koniecznie chcą nami rządzić.
Czy próba rządzenia innymi nie jest aby kolejną formą oszukiwania się, dodawania sobie znaczenia?
Władza jest najbardziej kruchą ze wszystkich naszych ludzkich konwencji, ponieważ opiera się na zbiorowym złudzeniu, że jest silna i sprawiedliwa. W rzeczywistości władza zawsze jest słaba i krucha. Król zawsze jest nagi, chociaż my nie chcemy tego widzieć: to cud, iż wciąż chcemy wierzyć, że jest ubrany. Wszystkie formy sprawowania rządów przez ludzi są bardzo kruche, demokracja oczywiście również, ponieważ jedynym fundamentem na którym się opiera jest potrzeba zastąpienia brutalnej siły jakąś formą rządów. Jednak problem władzy nie należy do dziedziny rozważań filozoficznych.
A co jest głównym przedmiotem tych rozważań?
Fakt, że wszyscy umrzemy. Dla mnie od początku było oczywiste, że na tym stwierdzeniu opiera się każdy system filozoficzny. Mogę tylko dodać, że zawdzięczam to Nietzschemu i jego „Narodzinom tragedii”.
Nietzsche też smutno skończył.
To był oświecony filozof. Potrafił odnaleźć się wśród tego całego udawania i hipokryzji. Spotkanie z Nietzschem było dla mnie, proszę mi wybaczyć zarozumialstwo, spotkaniem ze sobą samym. Od czasów studenckich byłem głęboko przekonany, że każda filozofia, której punktem wyjścia nie jest przekonanie o nasze własnej marności to jedynie mniej lub bardziej elegancka spekulacja. Nietzsche miał świadomość, że życie to szaleństwo. Tylko człowiek oświecony może sprawić, że będzie to szaleństwo radosne.

Clément Rosset

Zebrał – Mreck