Archiwa kategorii: Filozofia

„TRUD ISTNIENIA“ – Kazimierz Dąbrowski

Znalezione obrazy dla zapytania trud istnienia kazimierz dąbrowski chomikuj

Na naszą gorącą, polityczną rzeczywistość, serdecznie polecam małą, lecz znakomitą pracę w formie niewielkiej książeczki prof. Kazimierza Dąbrowskiego (1902-1980), pt. „Trud istnienia“- ISBN 83-214-0491-X, ISSN 0208-9653.
Prof. Kazimierz Dąbrowski, doktor medycyny i filozofii, psycholog kliniczny i pedagog. Studia odbywał na Uniwersytecie poznańskim, Genewskim, Wiedeńskim, Harwardzkim, na Sorbonie. W Baltimore stypendysta Fundacji Rockefellera, Forda, ONZ, Centre Nationale des Recherches Scientifiques, Rady Kanadyjskiej i in.
Jako inicjator ruchu higieny psychicznej w Polsce zorganizował Instytut Higieny Psychicznej, a następnie kierował nim w latach 1935-1949. W latach 1958-1966 był kierownikiem Zakładu Higieny Psychicznej i Psychiatrii Dziecięcej PAN. Założyciel i wieloletni prezes Polskiego Towarzystwa Higieny Psychicznej. Wykładowca psychologii klinicznej i psychopatologii na Uniwersytecie Alberta w Edmonton i na Uniwersytecie Laval w Quebec. Autor licznych publikacji naukowych i popularnonaukowych na tematy związane z higieną psychiczną, psychiatrią, psychologią kliniczną i pedagogiką.
W swojej pracy, pod w/w tytułem, autor próbuje przedstawić własną interpretację zdrowia psychicznego, oraz ukazać drogę rozwoju osobowości poprzez twórczy stosunek do własnych stanów dezintegracyjnych – nerwic i psychonerwic – niosących z sobą możliwość przekształceń osobowości na coraz wyższy poziom. Rozważania autora pobudzają do refleksji i pomagają w szukaniu dróg własnego indywidualnego rozwoju, albowiem kształtowanie osobowościowe człowieka odbywa się poprzez trud istnienia i trud rozwoju.
Ludwik van Bethoven uważał, iż muzyka jest wyższa niż mądrość, niż filozofia. Sokrates przez silne umiłowanie piękna nadał indywidualne znamię swojej nauce o bezosobowych ideałach ogólnych, o bezosobowej „istocie rzeczy“. U Miguela de Unamuno przeżyciowość i konkretność zjawisk o odrzuceniu wszelkiej filozofii oderwanej, natomiast zbliżyły go do człowieka konkretnego i do sztuki samej.
Historia sztuki hinduskiej, egipskiej, greckiej , chrześcijańskiej, przemawia wprawdzie za tym, że sztuka najwyższa jest domeną „wtajemniczonych“ i „wybranych“, a stając się przeżyciem szerokich rzesz traci na swej „sakralności“, swoim „wtajemniczeniu“ i poziomie.
Obserwacje kliniczne, akta sądowe i literatura wskazują, że w wielu środowiskach społecznych, i to zarówno w dawnych okresach historii, jak i obecnie, działały i działają indywidua, odznaczające się prymitywizmem, agresywnością, pewnością siebie, moralną powierzchownością, doprowadzając do napięć, tarć, a nawet masowych mordów, w których tracą życie tysiące i miliony ludzi.
Zjawisko powtarzających się morderstw jednostkowych i grupowych, może się rozlać szeroką falą i w sprzyjających warunkach doprowadzić do mordów masowych. Przykładów jest aż nadto i można by je mnożyć.
Wśród jednostek, które odgrywają, zasadniczą i decydującą rolę w świecie społecznym, widzimy wielu psychopatów-dyktatorów z podążających za nimi ich licznymi zwolennikami. Nazwisk ich i czynów wymieniał nie będę bo można je znaleźć w tej i innych publikacjach.
Obok nich istnieje cała masa małych lub średniej miary psychopatów, realizujących swoje impulsywne, egocentryczne, antyhumanistyczne cele i porachunki na niższą skalę.
Ich byt i rozwój w społeczeństwie w dużej mierze jest konsekwencją nierozpoznawania i tolerowania zachowań psychopatycznych, które z domieszką charyzmy psychopaty mogą być zaraźliwe w przestrzeni społecznej podatnej na ich populistyczne lecz oryginalne zachowania, które z biegiem czasu nabierają mocy i pewności.
Mali psychopaci i ich grupy są odpowiedzialni za wstecznictwo i krzywdę społeczną, za prymitywne działanie emocjonalne w życiu społecznym, za indywidualne krzywdy i morderstwa czasem.
Przy zetknięciu się bowiem z jednostkami z pogranicza normy, w warunkach gdy rozumowanie i uczucia wyższe są osłabione, przyćmione, podatne na zawężoną sugestię, wpływ psychopatów zaczyna górować i dominować nad nimi.
Z politycznego punktu widzenia taki proces może zachodzić również w wielkich zbiorowościach zwanych partiami, którymi zarządzają i sterują osoby, które kochają rządzić na swój sposób ludzkimi zasobami.
Wszelkie podobieństwa z osobami obecnie trzymającymi władzę w Polsce jest przypadkowe.

Zebrał i być może zasugerował to i owo – Mreck

nie da się słuchać muzyki Jana Kaczmarka mając do dyspozycji ucho drewniane.

Powściągliwość w wydawaniu sądów, to dziś rzadka cecha. Ten kamień biblijny często jest nadużywany. Zanim rzucisz w kogoś słowem, należy sprawdzić, jakimi głazami patrzysz na kogoś, kto przed tobą stoi.
Kiedy myśl jest prosta i znana nam z obiektywnych formuł, odbiór intencji trudności nie nastręcza. Inaczej jest natomiast, kiedy spotykamy się z myślą twórczą, nie odpowiadającą żadnej z formuł obiegowych. Obserwator i słuchacz w jednym musi nieraz pokonać duże intelektualne trudności w rekonstrukcji intencji, którą nadaje bądź też odbiera, a której czasami pojąć nie potrafi z uwagi na swoje ograniczenia w percepcji swego zmysłowego postrzegania. Prymitywnie myślący słuchacz i odbiorca nie domyśli się co do niego dociera. Przypisuje winę swego niezrozumienia innym osobom, wzbudzając w sobie przekonanie, że to obcy mówią rzeczy ciemne i nierozsądne i że wszyscy są dziwakami, tylko nie on.
Przyczyną takiego rozumowania może być defekt intelektualny, braki w dziedzinie wykształcenia (informacji). Krótko mówiąc, nie da się słuchać muzyki Jana Kaczmarka mając do dyspozycji ucho drewniane.
Chcąc rozmawiać swobodnie z Einsteinem, na tematy, które były jego umysłową zdobyczą, trzeba znać się na fizyce i matematyce, gdy owej wiedzy nam brakuje odbiór będzie bajką, o Czerwonym Kapturku, bądź innym PiS-owskim koszmarem, który suweren na długie lata nam zafundował, biorąc za swoje, wodolejstwo pana prezesa i jego przybocznych wilków żelaznych. Umiaru i ostrożności zabrakło niestety i mamy to co mamy w tym szerokim horyzoncie historycznych doświadczeń suwerena. Gdyby ów „prymitywizm“, o którym wspominałem, był malarskim kierunkiem, to by było jeszcze pół biedy. Ale tak nie jest. Ów prymitywizm dotyczy niestety umysłów prymitywnych w zbiorowym owczym sposobie myślenia, w którym owca czarna odgrywa dominującą rolę. Kto żyje zamknięty w takim kręgu, może być bardzo sprytny, przebiegły i zaradny, ale nie jest nim człowiek inteligentny. To są owi „straszni mieszczanie“, o których tak mówi Tuwim:
/I oto idą zapięci szczelnie.
Patrzą na prawo, patrzą na lewo –
A patrząc – widzą wszystko oddzielnie;
Że dom… że Staszek… że koń… że drzewo…/

Zebrał i dodał swoje dwa grosze – Mreck

„Quod non fecerunt barbari, fecerunt Barberini“. Kamyczkiem do ogródka.

Znalezione obrazy dla zapytania urban viii

Urban VIII (łac. Urbanus VIII, właśc. Maffeo Barberini; ur. pod koniec marca lub na początku kwietnia 1568 we Florencji, zm. 29 lipca 1644 w Rzymie) – włoski duchowny katolicki, 235. papież w okresie od 6 sierpnia 1623 do 29 lipca 1644 roku.
W 1633 Urban VIII przyjął uroczyste poselstwo kanclerza wielkiego koronnego Jerzego Ossolińskiego. W jej wyniku papież zaakceptował scedowanie na nuncjusza apostolskiego swych uprawnień do rozpatrywania apelacji, ale nie zaakceptował polityki tolerancji religijnej ani nie udzielił subsydiów pieniężnych na walkę z Turcją, Moskwą i Szwecją. W latach 1636-1642 doszło do ostrego konfliktu króla Władysława IV Wazy z nuncjuszem Mario Filonardim, który oskarżał króla o sprzyjanie protestantom. W 1642 król aresztował nuncjusza i zmusił go do wyjazdu. Papież wziął w tym konflikcie stronę nuncjusza, jednak ostatecznie został zmuszony do uznania faktów dokonanych i odwołania go z placówki.
W 1629 Urban VIII mianował kardynałem Jana Alberta Wazę, syna króla Zygmunta III i brata jego następcy Władysława IV. Z uwagi na młodociany wiek królewicza jego nominację ogłoszono jednak dopiero trzy lata później.
W 1642 papież potępił tezy flamandzkiego biskupa Corneliusa Jansena, uznając jej za heretyckie. Stanowiło to początek trwających ponad sto lat kontrowersji wokół herezji jansenizmu.
Za jego pontyfikatu doszło do zawarcia unii z częścią kościoła ormiańskiego w Rzeczypospolitej (5 marca 1635). Na czele unitów stanął ormiański abp Lwowa Mikołaj Torosowicz.
W 1633 doszło do ponownego procesu astronoma Galileusza, oskarżonego o popieranie teorii heliocentrycznej mimo nałożonego na niego zakazu z 1616. Naukowiec, uprzednio protegowany Urbana VIII, został skazany na areszt domowy. Choć u podstaw procesu leżały najprawdopodobniej urazy osobiste papieża względem uczonego, który obraził go w jednej ze swych prac, miał on bardzo negatywny wpływ na postrzeganie stosunku Kościoła katolickiego do nauki. W 1992 papież Jan Paweł II oficjalnie zrehabilitował uczonego.
Urban VIII ogłosił, że teorie Mikołaja Kopernika, to większe zło „aniżeli teorie Kalwina i Lutra“. Luter również krytykował Kopernika. Pisał o tej krytyce w swoich „rozmowach przy stole“. Dzieła swe dedykował papieżowi Pawłowi III.
Urban VIII jeszcze jako kardynał dał się poznać jako patron sztuk. Na jego zlecenie (oraz jego krewnych) pracowali m.in. Giovanni Lorenzo Bernini, Pietro da Cortona czy Carlo Maderna. Wybudował potężną barokową rezydencję rodową przy Quattro Fontane. Rozpoczął budowę rezydencji papieskiej w Castel Gandolfo. Wykończył i konsekrował nową Bazylikę Watykańską (18 listopada 1626). Jednakże sposób, w jaki doprowadził on budowę Bazyliki do końca, budził kontrowersje, albowiem rozkazał wykorzystać w tym celu materiały z antycznych rzymskich budowli, zwłaszcza Panteonu. Anonimowy krytyk tego bezceremonialnego plądrowania pomników antyku skomentował to słynnym do dziś powiedzeniem Quod non fecerunt barbari, fecerunt Barberini („Czego nie zniszczyli barbarzyńcy, zniszczyli Barberini”).
Urban VIII sfinansował także wiele inwestycji w obronność Państwa Kościelnego, m.in. ufortyfikował port Civitavecchia, zbudował fort Castelfranco i umocnił Zamek Świętego Anioła w Rzymie.
Papież i kardynał Francesco byli też protektorami uczonych, m.in. historyków Ferdinando Ughelli i Felice Contelori, a początkowo także astronoma Galileusza. Potężne zbiory książek i manuskryptów zebrane przez przez papieża i kardynała dały początek Bibliotece Barberinich.
Nazywany papieżem-poetą, był ceniony jako autor dytyrambów łacińskich. Jako poeta był opiewany przez Macieja Kazimierza Sarbiewskiego, „chrześcijańskiego Horacego”. Papież w rewanżu nadał mu tytuł poeta laureatus.

Zebrał – Mreck

psychologiczne związki instynktu twórczego

gory.bmp

Związki te zapewne rodzą się w umyśle człowieka i są niewątpliwie efektem jego pobudliwości sensualnej, psychoruchowej, emocjonalnej, a także jego poziomu wyobraźni i intelektu. Najmniejsze znaczenie w rozwoju instynktu twórczego mogą mieć dwie pierwsze formy, albowiem ich udział twórczy w rozwoju jednostki zależy od poziomu ich rozwoju, oraz od ich sprzężenia ze wzmożoną pobudliwością emocjonalną, wyobrażeniową i intelektualną. Jednak te trzy ostatnie decydują i odgrywają istotną rolę w poszukiwaniu tzw. „nowej rzeczywistości“ w rozwoju instynktu twórczego.
Ktoś, kto jest wrażliwy emocjonalnie, kto ma rozwiniętą wyobraźnię i obdarzony jest fantazją, kto ma zdolność penetracji umysłowej. Ten zazwyczaj nie przystosowuje się do jednopoziomowej rzeczywistości życia codziennego i nie zadawala się nią. Taka jednostka szuka rzeczy nowych, ciekawych i niebanalnych. Jednopoziomowość i sterylność codziennej rzeczywistości nuży go, udręcza, powodując napięcia, konflikty, a nawet skłania do buntu przeciw tego typu rzeczywistości. A zatem, wzmożona pobudliwość we wszystkich wymienionych formach jest podstawą poszukiwania innej, wielopłaszczyznowej i wielopoziomowej rzeczywistości, w odróżnieniu od tego zerojedynkowego i jednowymiarowego oglądu płaskiej i bezbarwnej ściany.
Jeden z poetów wyraził to tak: – „Nie żyję i nie chcę żyć, i powiem więcej: żyłbym, ale życiem pięknym – plwam na byt prosięcy“.
Juliusz Słowacki wyraził tę postawę w sposób następujący:
„Widzę, że nie jest On tylko robaków Bogiem i tego stworzenia co pełza.
On lubi huczny lot olbrzymich ptaków, a rozhukanych koni On nie kiełza“ – (Beniowski).
W „Kazimierzu Wielkim“, ale i innych swych utworach, Stanisław Wyspiański wyraża pewne elementy wyraźnego nieprzystosowania do rzeczywistości tak oto:
„Wielkości! Komu nazwę twą przydano,
ten tęgich sił odżywa w sobie moce
i duszą trwa, wielokroć powołaną,
świecącą w długie narodowe noce“.
W innym wierszu Wyspiański wyznaje:
„I ciągle widzę ich twarze,
ustawnie w oczy ich patrzę
ich nie ma – myślę i marzę,
widzę ich w duszy teatrze“.
Młody, wybitnie utalentowany filozof Otto Weininger, który w 21 roku życia popełnił samobójstwo, wyraził swoje tęsknoty, oczekiwania i poszukiwania innej rzeczywistości, pisząc: – „Samobójstwo, szubienica, albo cel wyższy i dostojniejszy, aniżeli możliwy do osiągnięcia, przez kogokolwiek“.
Z przykładów tych widać, w jakim stopniu wzmożona pobudliwość psychiczna wyzwala dążenia do przekroczenia jednopoziomowej, sztywnej rzeczywistości.
Twórcza inspiracja dotyczy, dotyka i ma związek również z uczuciem przyjaźni i miłości do partnera bądź partnerki, mniejszą wagę przywiązując do przeżyć seksualnych. Franz Kafka stworzył taki pogłębiony, wyłączny związek, pod koniec swego życia. Juliusz Słowacki szukał zawsze ideału duchowego w partnerze, a Soren Kierkegaard zrezygnował z uczucia do swej narzeczonej i przedstawiając się jej celowo w bardzo złym świetle, doprowadził do dobrowolnego zerwania.
Analiza związków pomiędzy uzdolnieniami twórczymi, a wzmożoną pobudliwością wyobraźni wywołuje przysłowiowego wilka z lasu, ponieważ popuszcza wodze rozwoju pomysłowości, fantazji i bajkowej twórczości. Przez co rozszerza i pogłębia rozpoznawanie naszej rzeczywistości, związanej także z jej hierarchizacją, z prospekcją w formie transcendencji i marzeń sennych. Pomysłowość, bogactwo form i treści w wielu dziedzinach sztuki i nauki są charakterystyczne dla osób przejawiających wzmożoną pobudliwość wyobraźni. Powieści fantastyczne, poezja fantastyczna, impresjonistyczne, czy surrealistyczne malarstwo i rzeźba – to dzieła twórców odznaczających się tą cechą.
Do twórców wyróżniających się wzmożoną pobudliwością wyobraźni należeli: Edgar Allan Poe, Juliusz Słowacki, William Szekspir, Charles Baudelaire, Stanisław Wyspiański, Friedrich Nietzsche i wielu innych. Ta forma wzmożonej pobudliwości w sprzężeniu z pobudliwością emocjonalną stwarza podstawy do przekraczania rzeczywistości jednopoziomowej.
Związek pomiędzy pobudliwością intelektualną, a twórczością jest oczywisty jak oczywista oczywistość. Pobudliwość intelektualna dotyczy całościowych i wszechstronnych zainteresowań intelektualnych, tych z pogranicza polityki państwa również – czy aby miecz Damoklesa nie wisi nad nami. Z reguły związek ten wiąże się z pobudliwością wyobraźni i pobudliwością emocjonalną. Wzmożona pobudliwość intelektualna nie jest zatem nigdy nadmiernie obiektywna, albowiem jest ona schematyzująca i abstrahująca.
Wszystkie te formy wzmożonej pobudliwości współdziałają zazwyczaj ze sobą i tworzą postawę twórczą wielopłaszczyznową i wielopoziomową. Do twórców, którzy łączyli w sobie te rodzaje wzmożonej pobudliwości należą m.in.: Sokrates, Michał Anioł, Pascal, Szekspir, Kierkegaard, Wittgenstein, oraz większość egzystencjalistów.
Jakie znaczenie twórcze może mieć lęk? Głównym punktem wyjścia tej analizy będzie wielopoziomowość lęku, z lękiem przed politycznym zawłaszczenie państwa, np. przez jakąś wodzowską partię. Żeby ktoś nie miał obiekcji, wybieram pierwszą z brzegu – (PiS). Kto ma wyobraźnię, pewnie się domyśli co ten skrót oznacza.
Lęki związane z tendencją do zesztywnienia, z nadmiernym działaniem instynktu samozachowawczego, czy przybierające postać fobii, mają znikomy związek z wysokim poziomem twórczości. Są to lęki przed najprostszymi konkretami, przed zdarzeniami zewnętrznymi, przed naruszeniem potrzeb samozachowawczych, przed utratą znaczenia, czy utratą dóbr materialnych, z tytułu ustawowej odpowiedzialności zbiorowej, czy też inwigilacyjnej, np. Internetu, pt. „klikanie kontrolowane“.
Ścisły natomiast związek z twórczością mają stany lękowe o nastawieniu altruistycznym, a więc lęk o innych, lęk egzystencjalny, lęk o losy społeczeństwa, czy też świata całego. Również lęk o trwanie wyłącznych, niepowtarzalnych związków uczuciowych, lęk przed możliwością przyjścia lęku itd., itp. Taki Van Gogh przeżywał lęki nie tylko egzystencjonalne, ale także przed niemożnością znalezienia wyrazu malarskiego dla swoich artystycznych przeżyć. Były to lęki agonalne związane z poczuciem opuszczenia, osamotnienia i daremnego szukania pomocy w osiągnięciu tego poziomu twórczości, jakiego pragnął. Malarz cierpiał z powodu silnych stanów depresyjnych. Obraz „Krzyk“, Edwarda Muncha, o tych stanach mówi dobitnie.
Depresja z kolei jest jakby półświadomą, albo świadomą oceną własnych braków w realizacji naszych dążeń do twórczej bohemy.
Michał Anioł, przy jego twórczej dumie, napięciach twórczych i zamiarach zmiany rzeczywistości naturalnej w sztukę – odchodził, w miarę zbliżania się do śmierci, od sztuki, niszcząc niektóre swoje dzieła i zamykając się w swoim mieszkaniu. Miał przed sobą symbol śmierci – czaszkę. Ograniczył maksymalnie swoje potrzeby. Pogrążył się w ascezie, medytacji, kontemplacji, odsuwając się zupełnie od spraw życia. Przeżywał depresyjne rozdarcia, wzloty „ku górze“, a równocześnie mając poczucie braku rezultatów tych swoistych nierealnych na ówczesne czasy uwzniośleń.
Depresje z tzw. „wyższej półki“ występują u ludzi dążących do doskonałości. Ktoś kiedyś powiedział: – „Wszystko co brudne we mnie, spływa z depresją; jest ona jakby filtrem psychicznego rozwoju“.
Należy zwrócić jeszcze uwagę na zagadnienie związku obsesji z uzdolnieniami i twórczością. Można zaryzykować twierdzenie, że nie ma wielkich działań autentycznie ludzkich, bez trybów obsesyjnych. Przejawiali je wszyscy, lub niemal wszyscy bohaterowie ludzkości. Obsesję rozwojową miał Sokrates, Mahatma Gandhi, Abraham Lincoln, Martin Luter King, Joanna d’Arc i setki tysięcy innych osób, ze współczesnej sceny politycznej.
Ważny jest stosunek pomiędzy dezintegracją, a doskonaleniem. Jan Władysław Dawid powtarzał wielokrotnie, że dla rozwoju wewnętrznego, trzeba nieraz odejść od swoich dotychczasowych zainteresowań, sławy, a nawet własnej twórczości.
To by było na tyle i aż tyle. Niechaj każdy, z tego co powyżej, twórcze wnioski wyciągnie dla siebie. Jak żyć w tym kraju, ze swoją twórczą weną, która nie chce się poddać nikomu i niczemu, a zwłaszcza temu wszystkiemu, co Wam po głowie chodzi czasem, pytając. Komu wierzyć mamy?

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

Dobro, prawda i Piękno, to tylko chimery?

DSC02760

O tym, jak ceniona jest dana wartość, przesądza to, jakie ludzie nadają jej znaczenie.
Do popularyzacji rozważań o wartościach przyczyniła się twórczość Fryderyka, ale nie Szopena choć i ona wartości kształtuje. Nietsche zakwestionował istnienie trwałych, obiektywnych wartości, wskazywał natomiast subiektywne, biologiczne, sytuacyjne uwarunkowania wartości, odmienną – jego zdaniem – moralność „panów” i „niewolników”. Jego zdaniem, silni cenią dostojność, godność osobistą, stanowczość, sprawność, pewność działania, bezwzględność w realizacji swych zamierzeń. Słabi cenią zaś to, co im sprzyja, a więc: litość, czułość serca, miłość, altruizm i ambiwalencję.
Swoją cegiełkę w tym podziale dołożył również jeden polityk z kraju nad rzeką Wisłą, dzieląc zasoby ludzkie wedle własnych wartości.
Być może poeta Zbigniew Herbert, w którymś ze swoich utworów wieszczył o nowym demiurgu tego swoistego królestwa PiS i jego zwycięskiej opcji nad dotychczasową opcją letniej wody w politycznym kranie. Herbert nie czekał, aż prezes go zakwalifikuje wiedział, że bywają czasem wartości, których pogodzić nie sposób. Na tym podobno polega każdy tragiczny konflikt, bo nie można bezkarnie wymyślać lepszej wersji swojego życia i zarazem służyć prawdzie:
„Jaki chciałby pan być?
O wiele lepszy niż jestem.
[…]
Czego pan najbardziej nie cierpi?
Kłamstwa“.
Sam Herbert pewnie czuł, w jaką niebezpieczną grę się wplątał. W roku 1986, a więc w wieku już bardzo dojrzałym, tak o tym mówił w rozmowie z Renatą Gorczyńską:
„Bo ja uważam, że człowiek nie jest tym, czym jest w istocie – a któż z nas wie, kim jest – tylko tym, czym chciałby być. To jest moje podstawowe odkrycie z dziedziny psychologii. […] to dążenie, próba przeskoczenia siebie, to jest właśnie literatura. To tęsknota do lepszego „ja”, które sobie wymyśliłem i które się potem na mnie mści. Bo ludzie mówią: „Popatrzcie, on tak pisze, a tak żyje – coś takiego!”
Jak się zdaje, mit o Herbercie-konspiratorze porzuciła ostatecznie nawet rodzina poety, wpisując go do linii Mickiewicz – Słowacki i zarazem wypisując z linii Baczyński – Gajcy, to znaczy z linii poetów walczących:
„Może było z nim tak jak z Mickiewiczem i Słowackim, którzy jako słabego zdrowia uratowali się. Na szczęście…“.
Wiele autobiograficznych zmyśleń Zbigniewa Herberta kwalifikuje go poza nawiasem wartości prezesa Kaczyńskiego. Wisława Szymborska ma to samo:
Herbert twierdził, że ze Związku Literatów Polskich wystąpił w roku 1948, a powtórnie zapisali go tam koledzy w roku 1956. W rzeczywistości pracował do roku 1951 jako kierownik biura gdańskiego oddziału ZLP. Przez dwa lata pisał m.in. listy do cenzury, wygłaszał odczyty „Poezja broni pokoju” i brał udział w dyskusjach o estetyce marksistowskiej z okazji Miesiąca Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Został też odnotowany jako sygnatariusz apelu Komitetu Obrońców Pokoju. Ze Związku Literatów wystąpił w kwietniu 1951. Wstąpił ponownie w styczniu 1955.
Poeta twierdził, że przez piętnaście lat nie publikował (w innym miejscu podawał, że nawet nie próbował drukować niczego po 1948 roku). W rzeczywistości publikował, choć raczej skromnie i często pod pseudonimem, do marca 1953. Decyzję, by znów zacząć publikować, podjął mniej więcej w połowie roku 1954, przekazując wiersze do almanachu poetyckiego „…każdej chwili wybierać muszę”, tak więc przerwa trwała raczej piętnaście miesięcy.
Zbigniew Herbert twierdził, że w tym paxowskim almanachu wydrukował jedynie trzy wiersze. W rzeczywistości było ich dwadzieścia. Na dobitkę najprawdopodobniej zmyślił swoją rozmowę z szefem PAX-u, Bolesławem Piaseckim, któremu rzekomo „wyłuszczył”, dlaczego PAX-u nienawidzi. W każdym razie podana przez Herberta wersja wydarzeń jest nielogiczna.
Twierdził, że do roku 1957 nie mógł nigdzie znaleźć pracy, a gdy już nawet jakąś marną pracę znalazł, szybko go z niej wyrzucano jako „wroga klasowego”. W jednym z wywiadów powiedział nawet, że żył z „kopania torfu” (!). W rzeczywistości z kolejnych posad sam odchodził. W osławionym „Torfprojekcie” przepracował rok i nie była to wcale posadka aż tak bardzo marna. W 1956 roku dzięki Stefanowi Kisielewskiemu został dyrektorem biura Związku Kompozytorów Polskich. Również tę posadę sam rzucił po pół roku (a chciał jeszcze wcześniej).
Do tego sprawy pomniejsze, anegdotyczne, nigdy nie potwierdzone. Ukrywanie się przed wojskiem, by nie zostać prokuratorem wojskowym. Nagłe wysiedlenie z Warszawy z wyrzuceniem „na szosie w okolicach Brwinowa” włącznie. Pojedynek na szable w Lasku Bielańskim, przy tym opowiedziany tak, jak mógłby to zrobić Papkin-samochwała. Także słynna historyjka o Miłoszu domagającym się przyłączenia Polski do Związku Radzieckiego należy do tej kategorii.
Wiele wątków z wartości, w które Jarosław Kaczyński również bogaty. Na szczęście Lech Wałęsa nad nimi panował i nie dopuszczał by się ziściły już wówczas.
Po roku 1989 zabrakło motywacji, a w październiku 2015 prezes ze swoją drużyną triumfuje swymi wartościami irytując wszystkich dookoła, do rzeczy ważnych, doniosłych i banalnych, do świata piękna i brzydoty, zdrowia i choroby, prawdy i kłamstwa, świętości i diaboliczności. Słowem wcielony Boruta, który wciela swe wartości w ludzkie zasoby którymi dziś rządzi.
Wystarczy chwila refleksji i konstatacja sama się rysuje w tym polskim akwarium psychozy. Dobra, prawdy i piękna w tych wartościach nie ma.

Zebrał i swoje dwa grosze dodał – Mreck

Niektóre słowa są jak kamienie

DSC05477

Słowo jest jedną z ojczyzn człowieka – jest fundamentem wspólnoty ludzkiej. Zniszczycie tę funkcję słowa, a zniszczycie jedną z więzi, podtrzymujących wspólnotę.
Słowo, mowa mówiona i mowa wewnętrzna człowieka są narzędziami społecznej dyscypliny, pozwalającej mu ujmować to, co nieokreślone i nieuchwytne – strumień świadomości, pełen rzeczy niejasnych, niedokształtnych, nie zamkniętych w kształt określony i stabilny. Słowo – organ dialektyki wewnętrznej, za pomocą której człowiek toczy przez całe życie spór z samym sobą: wysuwa przypuszczenia, szuka sprawdzeń, tworzy przeświadczenia, gromadzi zapas wiedzy i ich doświadczeń, buduje systemy filozoficzne, utrwala niektóre postawy, formułuje informacje przeznaczone dla komunikowania, słowem, buduje swoje „ja“ społeczne, czyli takie, które już nie jest mgławicą zmienności, lecz „wykutym kształtem“, „gepragte From, die lebend sich entwickeld“ – a więc staje się istotą, która jest zdolna nadać sobie jakiś sens ustabilizowany i która przez to staje się zrozumiała także dla innych. Bez tego stabilnego kształtu nie byłoby życia społecznego. Mieliśmy przed sobą istoty emocjonalne, zmienne i chaotyczne, nie umiejące przyrzekać, ani dotrzymywać, rządzące się instynktami i popędami, istoty niezdolne do jakichkolwiek trwałych związków, nie rozumiejące ani siebie, ani drugich.
Dzięki słowu jest możliwa wyższa postać mowy, której wynikiem jest dialektyka wewnętrzna, rodząca charakter i rolę społeczną – a także dialektyka życia międzyjednostkowego i istnienia nadjednostkowych wspólnot i organizacji społecznych.
Kto niszczy tę funkcję słowa, rodzącą wspólnoty, kto posługuje się słowem w sposób świadomie wieloznaczny, naginając jego sens do każdorazowego interesu, ten niszczy podstawę wspólnoty – może z najważniejszych z podstaw – rozkłada strukturę społeczną, zamieniając ją na zmechanizowaną gromadę luzem biegnących cząstek, w których dzikość, impulsy emocjonalne, wrogość, zawiść, mściwość, irracjonalna potrzeba niszczenia, wybucha z żywiołową siłą.
W środowiskach, gdzie wskutek jakiś błędów taktyki, szerzy się dewaluacja słowa, nic nie znaczy przyrzeczenie, nikt nie myśli na serio o dotrzymywaniu, nic nie znaczy termin, przekonanie spada do roli fałszywej gry, przekonania są tylko maskami, zasady i hasła stają się frazesami powtarzanymi w kółko dla zapychania czasu na „zebraniach“, wartości stają się przedmiotami drwiny, a dyskusje – wystawą brzękadeł. W rezultacie sceptycyzm i cynizm, jak rdza przeżerają materię społeczną, nikt nikomu i niczemu nie wierzy – na to jest uczona, dostojnie brzmiąca nazwa: KOROZJA.
Niechaj żyje i rozwija się materia społeczna, bo inaczej będziemy musieli powtórzyć za Adamem Mickiewiczem;

Dotąd się mąż wielki trudzi,
z rąk mozołem, w pocie czoła –
I dotąd zrobić nie zdoła
dobrych chłopów z kiepskich ludzi.

W epokach dramatycznych spięć, epokach rozstroju i nieładu, w których ginie dawność, rozsadzana od wewnątrz, przez nowe stosunki gospodarcze i polityczne, wspólnoty ludzkie są zagrożone, a wraz z ich dezintegracją, powstają masy złożone z „ludzi luźnych“, kierujących się własnym interesem, nie mających poszanowania dla jakichkolwiek wartości ponadjednostkowych.
Warto się wczytać, co o tym tragicznym splocie wydarzeń mówi znakomity historyk grecki Tucydydes, w dziele o wojnie peloponeskiej (431-404). Poruszona w niej została cała Hellada, „gdyż w każdym państwie były dwie partie i przywódcy ludu wzywali na pomoc Ateńczyków, a oligarchowie Lacedemończyków…“

„W czasach pokojowych i w dobrobycie zarówno państwa jak i jednostki kierują się słusznymi zasadami, gdyż nie znajdują się pod jarzmem konieczności. Wojna zaś niszcząc zaś normalne, codzienne życie, jest brutalnym nauczycielem, kształtującym namiętności tłumu według chwilowej sytuacji. Walki partyjne wstrząsnęły państwem, a te które wybuchły później, brały za wzór poprzednie i w niezwykłości pomysłów szły jeszcze o wiele dalej, zarówno jeśli chodzi o przemyślność i podstęp w urządzaniu zamachów, jak i o WYRAFINOWANĄ ZEMSTĘ.
Wtedy również zmieniano dowolnie znaczenie wielu wyrazów. Nierozumna zuchwałość uznana została za pełną poświęcenia dla przyjaciół odwagę, przezorna wstrzemięźliwość – za szukające pięknego pozoru tchórzostwo, umiar – za ukrytą bojaźliwość, a kto z zasady radził się rozumu, uchodził za człowieka wygodnego i leniwego, bezmyślną zuchwałość uważano za cechę prawdziwego mężczyzny, a jeśli ktoś się nad czymś spokojnie zastanawiał, sądzono, że szuka dogodnego pretekstu, aby się wycofać.
Ten kto się oburzał i gniewał, zawsze znajdował posłuch, ten, kto mu się sprzeciwiał – był podejrzany. Jeśli komuś udało się drugiego wciągnąć w pułapkę, chwalono go jako mądrego, ale za jeszcze mądrzejszego uchodził ten, komu udało się tej pułapki uniknąć. Jeśli ktoś tak się urządził, że nie musiał ani na niego zastawiać sideł, ani ich unikać, uchodził za zdrajcę swych towarzyszy partyjnych i człowieka bojącego się partii przeciwnej. Jednym słowem, sławy zażywał ten, kto potrafił ubiec człowieka, który mu chciał krzywdę wyrządzić i kto drugiego zdołał do złego namówić. Związki krwi stały się słabsze od związków partyjnych, gdyż przyjaciel partyjny chętniej ważył się na rzeczy śmiałe i bezwzględne. Związków bowiem tego rodzaju nie zawierano zgodnie z istniejącymi prawami, dla ogólnego pożytku, lecz wbrew prawom, dla egoistycznych celów. Wzajemne zobowiązania między uczestnikami nie opierały się na prawach religijnych, lecz na współuczestnictwie w zbrodni.
Słuszne wnioski przeciwników politycznych przyjmowano jedynie wtedy, jeśli mieli oni istotną przewagę, a nie z uczuciem prawdziwego zaufania.
Większą też radość sprawiało móc się na kimś zemścić, niż w ogóle nie doznać od niego krzywdy. Wszystkie układy zawarte w przymusowej sytuacji i zaprzysiężone miały wartość tylko do chwili, gdy jedna ze stron poczuła się silniejsza, przy pierwszej zaś sposobności, ten, kto zyskał na sile, widząc przeciwnika bezbronnego, nie dotrzymywał układu. Zamiast bowiem otwarcie wrogo występować, chętniej łamano układy, nie tylko dlatego, że nie narażało to na duże niebezpieczeństwo, ale że jeszcze w nagrodę za podstęp, przynosiło sławę przebiegłości. Większość bowiem ludzi woli uchodzić za przebiegłych nicponiów, niż dobrodusznych uczciwców: pierwszym się chełpią, drugiego się wstydzą. Źródłem tego wszystkiego, była i jest rządza panowania, dążąca do zdobycia bogactw i zaspokojenia ambicji, a stąd wybuchały rywalizacje, wkraczały w grę namiętności. Przywódcy polityczni jednej i drugiej partii posługiwali się pięknymi hasłami, mówili o równouprawnieniu wszystkich obywateli, albo o rządach rozumnej arystokracji, ale w rzeczywistości, mówiąc o sprawie ogólnej, walczyli między sobą o swoje prywatne interesy. Używając wszelkich metod w walce o pierwszeństwo, odważali się nawet na największe okropności, a w zemście nie oglądając się ani na prawo, ani na interes publiczny, lecz kierowali się wyłącznie samowolą. Czy to za pomocą niesprawiedliwych wyroków sądowych, czy też przemocą gotowi byli zaspakajać swe namiętności. Żadna partia nie szanowała świętości, a dobre imię zyskiwali ci, którzy za pomocą pięknych słów osiągali coś niegodnego. Bezpartyjnych zaś obywateli gnębiły obie strony dlatego, że nie brali udziału w walce i że zazdroszczono im spokoju…“

Wstrząsające te słowa Tucydydesa są nadal aktualne. Zawierają one prawdy ponadczasowe: zawartą w nich analizę można odnieść nie tylko do wojny peloponeskiej. Mówi ona wiele o naszej najnowszej historii i tej z przed wielu setek lat. Kto wie w jakich przyszłych wydarzeniach przyjdzie nam uczestniczyć. Na dziś mamy zawłaszczanie państwa polskiego przez PiS, szczyt NATO pod przywództwem pana ministra…w Warszawie, a po nim religijne uroczystości zwane światowym zgromadzeniem młodzieży z udziałem papieża.

Zebrał i swoje dwa grosze wtrącił – Mreck

teatr absurdu.

DSC01787Do Borzęcina, dróżką gładką, udałem się dosyć wartko, rowerem szosowym, z bidonem i peleryną przeciwdeszczową, w kolorze pomarańczy, bym mógł być widoczny dla innych kierujących, gdy będzie padało, jednak z nadzieją, że niedziela będzie pogodna, w sam raz, do /Tanga/ Sławomira Mrożka, który w Borzęcinie się narodził, i tu został ochrzczony, jeszcze bez /Tanga/, ale ku chwale miejscowych, nie on jeden zresztą.
Byli też i inni, którzy tu się urodzili, a o których być może wspomnę, choć nie muszę. Wystarczy wejść na stronę www. gminaborzęcin, by się o nich więcej dowiedzieć. Autora /Tanga/ niestety tam nie ma, ale Mrożka znalazłem w napotkanym borzęcińskim rowerzyście, który, na moje czucie, codziennie idzie w tango. O /Tangu/ Mrożka również wiedział, ale nie do końca, sam musiałem dociekać, gdzie chałupa Mrożka stała i kto był chrzestnym Sławomira.
Jechałem jak natchniony, trochę pod wiatr, trochę z wiatrem, po przetartej już trasie. Po drodze pokonując płytki Dunajec w Ostrowie, wypełniony majowymi plażowiczami, Wierzchosławice Wincentego Witosa, z Jego miejscem na cmentarzu (mojego kolegi również), kościołem i muzeum, pasmem słonecznych baterii, super kąpieliskiem w Niwce, aż do samego Rynku Kościuszki w Radłowie. Nie będę wspominał o kilku strategicznych skrzyżowaniach ze skrzyżowaniem na Siedlec w Radłowie i o ulicy Szpitalnej, na której onegdaj przeprowadziłem historyczny wywiad, dotyczący zacnych osobistości z Radłowa, które edukowały się w tym mieście (był nim również Władysław Bach, znakomity matematyk z Warysia). Być może siedziba biskupów krakowskich ma wpływ na adeptów tego miejsca – Oleśnicki, Hozjusz, Kowalczyk – mało? Jest ich więcej. Na swojej stronie YouTuba pod nazwą CK… można o nich usłyszeć. Będąc dobrym w jednej roli, można być lepszym w drugiej. Pisał o tym Sławomir Mrożek z Borzęcina. Władysław Bach z Warysia, również próbował, ale…
By uwiarygodnić siebie w mym podróżowaniu, pytam się o drogę, choć znam ja doskonale. Dobrze wracać do tych miejsc, gdzie ludzie są życzliwi i wskazują kierunek. W Radłowie przy Szpitalnej są tacy co pomogą. W innych miejscach również.
Obiecuję Sławomirowi i rowerzyście, który swoje Tango mi zaprezentował, że powrócę do Borzęcina i Warysia z wiedzą Wszystkich Świętych i poezją Barana, który być może, o tych matematycznych i innych tajemnych impoderabiliach jeszcze nie napisał.
Gmina nie zamieściła może chodzi o majątek i nazwę ulicy. W 1996 powrócił do Polski. W 2002 przeszedł udar mózgu, którego wynikiem była afazja. Skutkiem tego utracił możliwość posługiwania się językiem zarówno w mowie, jak i w piśmie. Dzięki terapii, która trwała około trzech lat, odzyskał zdolność pisania i mówienia. Efektem walki z chorobą jest jego autobiografia. Szóstego maja 2008 Sławomir Mrożek zapowiedział ponowne opuszczenie ojczyzny, by osiąść w Nicei na południu Francji z powodu klimatu, który bardziej sprzyjał zdrowiu dramatopisarza. Z Polski wyprowadził się dokładnie miesiąc później – 6 czerwca 2008 – wylatując z lotniska w Balicach.
Zmarł nad ranem 15 sierpnia 2013 r., w szpitalu w Nicei. Jego prochy spoczęły w Panteonie Narodowym w Krakowie. Uroczystości pogrzebowe odbyły się 17 września 2013 w kościele Świętych Piotra i Pawła w Krakowie. Mszy świętej przewodniczył metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz. Delegacja z Borzęcina też pewnie była.
Debiutował w 1950 r. jako rysownik, od 1953 systematycznie publikował cykle satyrycznych rysunków. Dzięki nim, a także pełnym komizmu opowiadaniom, wcześnie stał się autorem niezwykle popularnym, zajmującym osobne miejsce we współczesnej polskiej literaturze. Mrożek tropił i podważał absurdy życia w kraju realnego socjalizmu, ale też zbanalizowane, najczęściej postromantyczne, stereotypy, kształtujące świadomość Polaków. W języku potocznym na stałe zagościła fraza „jak z Mrożka”, określająca szczególnie bezsensowne, wynaturzone aspekty codzienności. Przykładami zaczerpniętymi z jego utworów posługiwano się dyskusjach.
Mrożek-dramaturg debiutował w 1958 roku sztuką „Policja”, ukazującą rzeczywistość państwa totalitarnego, w którym kluczową rolę odgrywają właśnie „policjanci” – funkcjonariusze jawnych i tajnych sił bezpieczeństwa. Aby utrzymywać władcę i społeczeństwo w przekonaniu o swojej niezbędności, Mrożkowa policja sama kreuje opozycjonistów, będących uwierzytelnieniem jej działalności.
Jego kolejne sztuki również zdobywały olbrzymie powodzenie. Mrożek posługiwał się groteską, absurdalnym przejaskrawieniem, satyrą i parodią, nieodmiennie przy tym zachowując talent komiczny. Jednocześnie zawierał w swych dziełach treści, pozwalające klasyfikować je jako przypowieści, moralitety czy powiastki filozoficzne. Tyczyły one tyleż opresyjnej rzeczywistości państwa na poły totalitarnego, jakim był PRL, co międzyludzkich relacji, gier jakie rozgrywamy, najczęściej dążąc do zniewolenia innych. Często ukazywał konflikt między – jak to określił jeden z krytyków – intelektualistami, będącymi de facto jedynie bezwolnymi marionetkami; ideologami czyli świadomymi twórcami społecznych sytuacji oraz bezrefleksyjnymi prostakami, „chamami”, posługującymi się jedynie siłą. Ofiarą zwykle stawał się „intelektualista”, katem zaś „cham”, wypełniający polecenia „ideologa”.
Mrożek pokazuje świat zniewolenia i konformizmu, systematycznie przeprowadzał demontaż narodowych mitów, łączył politykę z egzystencją. W Indyku (1960) ukazywał atmosferę całkowitej niemożności, zalegającą w duszach Polaków. W Tangu (1964) rozprawiał się z dziedzictwem awangardy (zarówno artystycznej, jak i obyczajowo-społecznej), wskazując, że kiedy wszystko już wolno, tęskni się do zakazu, sztywno obowiązującej normy, zaś normą tą może stać się naga przemoc. W Rzeźni (1973) zastanawiał się nad relacją między „naturą” a „kulturą” w człowieku, ukazując naturę jako cienką zasłonę, skrywającą zwierzęcość i okrucieństwo. W Emigrantach (1974) dał znakomity szkic psychologiczny polskiej mentalności, psychomachię rozgrywająca się między dwoma Polakami, nielegalnymi imigrantami w USA – „inteligentem” i „prostakiem”. Wreszcie w ostatniej jak dotąd sztuce, Miłości na Krymie (1993), analizował trzy oblicza Rosji: carskiej, radzieckiej i postsowieckiej.
Wprawdzie śmiałem się na rozmaite sposoby, i głośno i cicho, i biologicznie i intelektualnie, niemniej jednak mój śmiech nie dochodził do samego środka. Należę do pokolenia, którego śmiech zawsze bywa zaprawiony ironią, goryczą, czy rozpaczą. – Zwyczajny śmiech, śmiech dla śmiechu, pogodny i bez problemów, pocieszna gra słów – to wydaje się nam jakby nieco staroświeckie i budzi zazdrość.
[…] Mój ojciec, Antoni, był synem Ignacego, niezamożnego chłopa we wsi Porąbka Uszewska, powiat Brzesko, województwo krakowskie. Dzieci było siedmioro. Gdy skończył szkołę podstawową, samodzielnie i samowolnie powędrował do Brzeska, żeby się uczyć w gimnazjum. Podobno zaoszczędził w tym celu grosze zarobione u gospodarzy, którym wynajmował się do robót. Szczegółów nie znam, trzeba przyznać, że nigdy nie stawiał mi siebie za wzór przedsiębiorczości i wytrwałości w trudnych warunkach. Może dlatego, że w ogóle nie umiał ze mną rozmawiać, może dlatego, że wstydził się biedy, w owych czasach bieda była wstydliwa, może z ambicji, a może po prostu dlatego, że uważał to za rzecz zwyczajną.
Nie dane mu było jednak ukończyć szkoły. Po wojnie światowej przyszła wojna polsko-bolszewicka w roku 1920 i mój ojciec, siedemnastoletni, stawił się na ochotnika jak wielu innych. Opowiadał mi co nieco o tej wojnie. Były to same okropności. Głód i pragnienie, śmiertelne zmęczenie długich marszów, starcia wręcz na bagnety, pięści i zęby, zarzynanie jeńców i rozstrzeliwanie domniemanych szpiegów. (Był tylko świadkiem, nie uczestnikiem rzezi i rozstrzeliwań). Opowiadał jednak, jakby nie zdając sobie sprawy ze straszności, które przeżył. W jego pamięci bezsenność, zmęczenie i głód przeważały nad czynami heroicznymi i haniebnymi, nad śmiercią zadawaną i przyjmowaną. Może taka jest prawda o każdej wojnie widzianej oczami żołnierza, a może to beznamiętność ludowej opowieści o tym, co jest, jak jest, to jest i tyle. Cierpliwość odwieczna, stoickość sama siebie nieświadoma.
Był dumny ze swego udziału w tej wojnie, choć nigdy mi tego nie powiedział. I również nigdy nie usłyszałem od niego słowa: Polska, ojczyzna, naród. Należał do tych najliczniejszych, którzy po prostu narodem są, wcale o tym nie myśląc, tego nie nazywając. Żeby coś nazwać, trzeba się od tego trochę oddzielić, trochę tym i nie być. Tylko świadomość używa słów.
Kiedy umierał w 1987 roku, bardzo mu na tym zależało, żeby jego uczestnictwo w tej wojnie było wspomniane w nekrologu. To było zresztą jedyne jego życzenie.
Po zakończeniu wojny i demobilizacji nastąpił w jego życiu okres, o którym wiem mało, zaledwie tyle, że nie wrócił już do szkoły. Podobno prał swoją koszulę w toaletach publicznych, znamienny szczegół, bo wskazuje na wielką biedę, a nawet bezdomność. Wreszcie jakimś sposobem otrzymał posadę urzędnika pocztowego, jak się to wtedy mówiło: ajenta, we wsi odległej o 16 kilometrów od jego wsi rodzinnej. Ta wieś nazywa się Borzęcin i tam miałem się urodzić.
Porąbka Uszewska to wieś już podgórska, położona na południe od linii kolejowej Kraków-Tarnów. Borzęcin, na północ od tejże linii, leży na równinie. Porąbka jest biednawa, Borzęcin ma dobrą ziemię i w słowniku geograficznym wydanym w XIX wieku jest wymieniony jako najludniejsza wieś w Polsce. Być może utrzymał to pierwszeństwo do tej pory.
Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, jak wielki to był awans dla mojego ojca. Społeczna różnica między pracą rąk a pracą głowy, choćby najskromniejsza, była ogromna. Nagle mój ojciec znalazł się po drugiej stronie tej bariery, zazwyczaj nieprzekraczalnej. Stał się „panem”, miał teraz prawo, obowiązek, przywilej i zaszczyt nosić biały kołnierzyk z krawatem, kapelusz, rękawiczki i laskę. Jako „Ajent Urzędu Pocztowego” wszedł do miejscowej „inteligencji” złożonej z kierownika szkoły, nauczycieli, doktora, proboszcza, wikarego oraz właściciela mleczarni i sklepu „Towary Różne”. Ten ostatni odegrał dużą rolę w życiu nie tylko mojego ojca, ale i moim. Okazało się, że to mój dziadek.
Nazywał się Jan Kędzior i miał trzech synów i trzy córki. Jedna z nich, Zofia, często bywałą na poczcie, ponieważ jej ojciec, jako przedsiębiorca, stale miał coś na poczcie do załatwienia. Wydaje mi się, że moi rodzice nie byli dobraną parą. Za wielkie były różnice usposobień i upodobań. Na ślubnej fotografii moja matka wyraźnie stara się nie być wyższa od mojego ojca, pochyla ramiona i głowę, podczas gdy on stoi przesadnie wyprostowany. To zdjęcie jest symboliczne. Ale silne, obopólne uczucie im pozwoliło, a podstawowa, bezwarunkowa lojalność nakazała – przetrwać przez lata małżeństwa bez podawania niczego w wątpliwość. Żyli w czasach, kiedy „szczęście” osobiste nie było jeszcze demokratycznie postulowanym prawem ani światopoglądowo (czyli towarzysko) wymaganym obowiązkiem. Obowiązki były wtedy znacznie prostsze i znacznie mniej malownicze niż dzisiaj: utrzymać dom, wychować dzieci, nie opuszczać drugiego człowieka w potrzebie.
Pobrali się w roku 1927, on miał lat dwadzieścia cztery, ona dwadzieścia jeden. W rok później urodził się mój brat Jerzy (umarł, mając cztery lata), w trzy lata później – ja. Moja siostra urodziła się jako ostatnia.
Dziadek Kędzior pochodził z Rzeszowskiego, również z rodziny chłopskiej, czy też bardziej elegancko, rolniczej. W każdym razie chyba niebiednej, skoro ukończywszy szkołę przemysłu mleczarskiego, założył własne przedsiębiorstwo. Nie był lubiany. Uchodził za człowieka zimnego, twardego i zamkniętego w sobie. Miano mu za złe, że zatrudniał w przedsiębiorstwie – bez wynagrodzenia – swoje własne dzieci, a w stosunkach z dostawcami, czyli chłopami z Borzęcina i okolicy, jak również z personelem mleczarni, był podobno nieubłagany. Ja również go nie lubiłem i trochę się go bałem. Ale patrząc na jego fotografię, nie widzę twarzy tępego brutala. Myślę więc, że raczej postanowił być twardy niż takim był z natury. Czując się wśród ludzi niewygodnie i obco – nie miał daru towarzyskości ani wdzięku – i będąc, jak sądzę, raczej słabego charakteru, wymyślił sobie typ twardego człowieka i trzymał się go kurczowo, myląc siłę i przedsiębiorczość ze sztywnością i zatwardzialstem. Za moją tezą przemawia historia jego drugiego małżeństwa. Matka jego dzieci, Franciszka, z domu Hadera, umarła młodo, żałowana przez najbliższych i cały Borzęcin. Ożenił się powtórnie z osobą bardzo nieciekawą, szczerze mówiąc dosyć wredną, a mówiąc zupełnie otwarcie – z ohydną jędzą, paskudną na ciele i umyśle. (Duszy nie miała). Ta głupia, lecz widocznie sprytna prowincjonalna Lady Macbeth od razu nim zawładnęła bez reszty, oddał jej nie tylko władzę i terytorium, lecz także – i to bez jednego wystrzału – fortecę swojej osoby, bunkier swojej duszy i kasę pancerną swego serca. Otóż gdyby był z natury takim typem przebiegłego twardziela, bezwzględnym kalkulatorem, graczem i ambitnym rządcą, za jakiego uchodził, cała ta historia by się nie zdarzyła. Miałby bowiem wtedy jakąś znajomość ludzkiej natury choćby w celach manipulacji, jakieś doświadczenie, jakąś niebezbronność wobec tego rodzaju kobiet. Chyba że się zakochał. Wtedy cała ta moja analiza nie ma sensu. […] – Jakbym słuchał Ojca swego, Kazimierza (1906).
I pomyśleć, ze człowiek z Borzęcina Mrożek Sławomir, który do Borzęcina powracał, za tym wszystkim stoi. Wiedziało o tych przemyśleniach wielu miejscowych. Władysław Bach z Warysia również znał ten matematyczny polski problem. Po zagadkowej śmierci Bacha w Krakowie, w roku 1968, został pochowany w wielkiej manifestacji cmentarnej, na przeciw działki Mrożków w Borzęcinie.
Warto ten temat znowu pociągnąć. Mam zgodę pana Czesława na kontakt w tej sprawie.

Mreck