matematyczny geniusz z warysia nieopodal borzęcina


Do Borzęcina, dróżką gładką, udałem się dosyć wartko, rowerem szosowym, z bidonem i peleryną przeciwdeszczową, w kolorze pomarańczy, bym mógł być widoczny dla innych kierujących, gdy będzie padało, jednak z nadzieją, że niedziela będzie pogodna, w sam raz, do /Tanga/ Sławomira Mrożka, który w Borzęcinie się narodził, i tu został ochrzczony, jeszcze bez /Tanga/, ale ku chwale miejscowych, nie on jeden zresztą.
Byli też i inni, którzy tu się urodzili, a o których być może wspomnę, choć nie muszę. Wystarczy wejść na stronę www. gminaborzęcin, by się o nich więcej dowiedzieć. Autora /Tanga/ niestety tam nie ma, ale Mrożka znalazłem w napotkanym borzęcińskim rowerzyście, który, na moje czucie, codziennie idzie w tango. O /Tangu/ Mrożka również wiedział, ale nie do końca, sam musiałem dociekać, gdzie chałupa Mrożka stała i kto był chrzestnym Sławomira.
Jechałem jak natchniony, trochę pod wiatr, trochę z wiatrem, po przetartej już trasie. Po drodze pokonując płytki Dunajec w Ostrowie, wypełniony majowymi plażowiczami, Wierzchosławice Wincentego Witosa, z Jego miejscem na cmentarzu (mojego kolegi od skoku w dal również), kościołem i muzeum, pasmem słonecznych baterii, super kąpieliskiem w Niwce, aż do samego Rynku Kościuszki w Radłowie. Nie będę wspominał o kilku strategicznych skrzyżowaniach ze skrzyżowaniem na Siedlec w Radłowie i o ulicy Szpitalnej, na której onegdaj przeprowadziłem historyczny wywiad, dotyczący zacnych osobistości z Radłowa, które edukowały się w tym mieście (był nim również Władysław Bach, znakomity matematyk z Warysia). Być może siedziba biskupów krakowskich ma wpływ na adeptów tego miejsca – Oleśnicki, Hozjusz, Kowalczyk – mało? Jest ich więcej. Na swojej stronie YouTuba pod nazwą CK… można o nich usłyszeć. Będąc dobrym w jednej roli, można być lepszym w drugiej. Pisał o tym Sławomir Mrożek z Borzęcina. Władysław Bach z Warysia, również próbował, ale…, może archiwum X wyjaśni tą przedwczesną śmierć matematyka.
By uwiarygodnić siebie w mym podróżowaniu, pytam się o drogę, choć znam ja doskonale. Dobrze wracać do tych miejsc, gdzie ludzie są życzliwi i wskazują kierunek. W Radłowie przy Szpitalnej są tacy co pomogą. W innych miejscach również. Natknąłem sie na takich.
Obiecuję Sławomirowi i rowerzyście, który swoje Tango mi zaprezentował, że powrócę do Borzęcina i Warysia z wiedzą Wszystkich Świętych i poezją Barana, który być może, o tych matematycznych i innych tajemnych impoderabiliach jeszcze nie zdążył napisać.
Gmina nie zamieściła może chodzi o majątek i nazwę ulicy. W 1996 powrócił do Polski. W 2002 przeszedł udar mózgu, którego wynikiem była afazja. Skutkiem tego utracił możliwość posługiwania się językiem zarówno w mowie, jak i w piśmie. Dzięki terapii, która trwała około trzech lat, odzyskał zdolność pisania i mówienia. Efektem walki z chorobą jest jego autobiografia. Szóstego maja 2008 Sławomir Mrożek zapowiedział ponowne opuszczenie ojczyzny, by osiąść w Nicei na południu Francji z powodu klimatu, który bardziej sprzyjał zdrowiu dramatopisarza. Z Polski wyprowadził się dokładnie miesiąc później – 6 czerwca 2008 – wylatując z lotniska w Balicach.
Zmarł nad ranem 15 sierpnia 2013 r., w szpitalu w Nicei. Jego prochy spoczęły w Panteonie Narodowym w Krakowie na Grodzkiej w kościele św. Piotra i Pawła – (byłem). Pomyślałem sobie, jak blisko mam do Borzęcina. Uroczystości pogrzebowe odbyły się 17 września 2013 w kościele Świętych Piotra i Pawła w Krakowie. Mszy świętej przewodniczył metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz. Delegacja z Borzęcina też pewnie była.
Debiutował w 1950 r. jako rysownik, od 1953 systematycznie publikował cykle satyrycznych rysunków. Dzięki nim, a także pełnym komizmu opowiadaniom, wcześnie stał się autorem niezwykle popularnym, zajmującym osobne miejsce we współczesnej polskiej literaturze. Mrożek tropił i podważał absurdy życia w kraju realnego socjalizmu, ale też zbanalizowane, najczęściej postromantyczne, stereotypy, kształtujące świadomość Polaków. W języku potocznym na stałe zagościła fraza „jak z Mrożka”, określająca szczególnie bezsensowne, wynaturzone aspekty codzienności. Przykładami zaczerpniętymi z jego utworów posługiwano się dyskusjach.
Mrożek-dramaturg debiutował w 1958 roku sztuką „Policja”, ukazującą rzeczywistość państwa totalitarnego, w którym kluczową rolę odgrywają właśnie „policjanci” – funkcjonariusze jawnych i tajnych sił bezpieczeństwa. Aby utrzymywać władcę i społeczeństwo w przekonaniu o swojej niezbędności, Mrożkowa policja sama kreuje opozycjonistów, będących uwierzytelnieniem jej działalności.
Jego kolejne sztuki również zdobywały olbrzymie powodzenie. Mrożek posługiwał się groteską, absurdalnym przejaskrawieniem, satyrą i parodią, nieodmiennie przy tym zachowując talent komiczny. Jednocześnie zawierał w swych dziełach treści, pozwalające klasyfikować je jako przypowieści, moralitety czy powiastki filozoficzne. Tyczyły one tyleż opresyjnej rzeczywistości państwa na poły totalitarnego, jakim był PRL, co międzyludzkich relacji, gier jakie rozgrywamy, najczęściej dążąc do zniewolenia innych. Często ukazywał konflikt między – jak to określił jeden z krytyków – intelektualistami, będącymi de facto jedynie bezwolnymi marionetkami; ideologami czyli świadomymi twórcami społecznych sytuacji oraz bezrefleksyjnymi prostakami, „chamami”, posługującymi się jedynie siłą. Ofiarą zwykle stawał się „intelektualista”, katem zaś „cham”, wypełniający polecenia „ideologa”.
Mrożek pokazuje świat zniewolenia i konformizmu, systematycznie przeprowadzał demontaż narodowych mitów, łączył politykę z egzystencją. W Indyku (1960) ukazywał atmosferę całkowitej niemożności, zalegającą w duszach Polaków. W Tangu (1964) rozprawiał się z dziedzictwem awangardy (zarówno artystycznej, jak i obyczajowo-społecznej), wskazując, że kiedy wszystko już wolno, tęskni się do zakazu, sztywno obowiązującej normy, zaś normą tą może stać się naga przemoc. W Rzeźni (1973) zastanawiał się nad relacją między „naturą” a „kulturą” w człowieku, ukazując naturę jako cienką zasłonę, skrywającą zwierzęcość i okrucieństwo. W Emigrantach (1974) dał znakomity szkic psychologiczny polskiej mentalności, psychomachię rozgrywająca się między dwoma Polakami, nielegalnymi imigrantami w USA – „inteligentem” i „prostakiem”. Wreszcie w ostatniej jak dotąd sztuce, Miłości na Krymie (1993), analizował trzy oblicza Rosji: carskiej, radzieckiej i postsowieckiej.
Wprawdzie śmiałem się na rozmaite sposoby, i głośno i cicho, i biologicznie i intelektualnie, niemniej jednak mój śmiech nie dochodził do samego środka. Należę do pokolenia, którego śmiech zawsze bywa zaprawiony ironią, goryczą, czy rozpaczą. – Zwyczajny śmiech, śmiech dla śmiechu, pogodny i bez problemów, pocieszna gra słów – to wydaje się nam jakby nieco staroświeckie i budzi zazdrość.
[…] Mój ojciec, Antoni, był synem Ignacego, niezamożnego chłopa we wsi Porąbka Uszewska, powiat Brzesko, województwo krakowskie. Dzieci było siedmioro. Gdy skończył szkołę podstawową, samodzielnie i samowolnie powędrował do Brzeska, żeby się uczyć w gimnazjum. Podobno zaoszczędził w tym celu grosze zarobione u gospodarzy, którym wynajmował się do robót. Szczegółów nie znam, trzeba przyznać, że nigdy nie stawiał mi siebie za wzór przedsiębiorczości i wytrwałości w trudnych warunkach. Może dlatego, że w ogóle nie umiał ze mną rozmawiać, może dlatego, że wstydził się biedy, w owych czasach bieda była wstydliwa, może z ambicji, a może po prostu dlatego, że uważał to za rzecz zwyczajną.
Nie dane mu było jednak ukończyć szkoły. Po wojnie światowej przyszła wojna polsko-bolszewicka w roku 1920 i mój ojciec, siedemnastoletni, stawił się na ochotnika jak wielu innych. Opowiadał mi co nieco o tej wojnie. Były to same okropności. Głód i pragnienie, śmiertelne zmęczenie długich marszów, starcia wręcz na bagnety, pięści i zęby, zarzynanie jeńców i rozstrzeliwanie domniemanych szpiegów. (Był tylko świadkiem, nie uczestnikiem rzezi i rozstrzeliwań). Opowiadał jednak, jakby nie zdając sobie sprawy ze straszności, które przeżył. W jego pamięci bezsenność, zmęczenie i głód przeważały nad czynami heroicznymi i haniebnymi, nad śmiercią zadawaną i przyjmowaną. Może taka jest prawda o każdej wojnie widzianej oczami żołnierza, a może to beznamiętność ludowej opowieści o tym, co jest, jak jest, to jest i tyle. Cierpliwość odwieczna, stoickość sama siebie nieświadoma.
Był dumny ze swego udziału w tej wojnie, choć nigdy mi tego nie powiedział. I również nigdy nie usłyszałem od niego słowa: Polska, ojczyzna, naród. Należał do tych najliczniejszych, którzy po prostu narodem są, wcale o tym nie myśląc, tego nie nazywając. Żeby coś nazwać, trzeba się od tego trochę oddzielić, trochę tym i nie być. Tylko świadomość używa słów.
Kiedy umierał w 1987 roku, bardzo mu na tym zależało, żeby jego uczestnictwo w tej wojnie było wspomniane w nekrologu. To było zresztą jedyne jego życzenie.
Po zakończeniu wojny i demobilizacji nastąpił w jego życiu okres, o którym wiem mało, zaledwie tyle, że nie wrócił już do szkoły. Podobno prał swoją koszulę w toaletach publicznych, znamienny szczegół, bo wskazuje na wielką biedę, a nawet bezdomność. Wreszcie jakimś sposobem otrzymał posadę urzędnika pocztowego, jak się to wtedy mówiło: ajenta, we wsi odległej o 16 kilometrów od jego wsi rodzinnej. Ta wieś nazywa się Borzęcin i tam miałem się urodzić.
Porąbka Uszewska to wieś już podgórska, położona na południe od linii kolejowej Kraków-Tarnów. Borzęcin, na północ od tejże linii, leży na równinie. Porąbka jest biednawa, Borzęcin ma dobrą ziemię i w słowniku geograficznym wydanym w XIX wieku jest wymieniony jako najludniejsza wieś w Polsce. Być może utrzymał to pierwszeństwo do tej pory.
Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, jak wielki to był awans dla mojego ojca. Społeczna różnica między pracą rąk a pracą głowy, choćby najskromniejsza, była ogromna. Nagle mój ojciec znalazł się po drugiej stronie tej bariery, zazwyczaj nieprzekraczalnej. Stał się „panem”, miał teraz prawo, obowiązek, przywilej i zaszczyt nosić biały kołnierzyk z krawatem, kapelusz, rękawiczki i laskę. Jako „Ajent Urzędu Pocztowego” wszedł do miejscowej „inteligencji” złożonej z kierownika szkoły, nauczycieli, doktora, proboszcza, wikarego oraz właściciela mleczarni i sklepu „Towary Różne”. Ten ostatni odegrał dużą rolę w życiu nie tylko mojego ojca, ale i moim. Okazało się, że to mój dziadek.
Nazywał się Jan Kędzior i miał trzech synów i trzy córki. Jedna z nich, Zofia, często bywałą na poczcie, ponieważ jej ojciec, jako przedsiębiorca, stale miał coś na poczcie do załatwienia. Wydaje mi się, że moi rodzice nie byli dobraną parą. Za wielkie były różnice usposobień i upodobań. Na ślubnej fotografii moja matka wyraźnie stara się nie być wyższa od mojego ojca, pochyla ramiona i głowę, podczas gdy on stoi przesadnie wyprostowany. To zdjęcie jest symboliczne. Ale silne, obopólne uczucie im pozwoliło, a podstawowa, bezwarunkowa lojalność nakazała – przetrwać przez lata małżeństwa bez podawania niczego w wątpliwość. Żyli w czasach, kiedy „szczęście” osobiste nie było jeszcze demokratycznie postulowanym prawem ani światopoglądowo (czyli towarzysko) wymaganym obowiązkiem. Obowiązki były wtedy znacznie prostsze i znacznie mniej malownicze niż dzisiaj: utrzymać dom, wychować dzieci, nie opuszczać drugiego człowieka w potrzebie.
Pobrali się w roku 1927, on miał lat dwadzieścia cztery, ona dwadzieścia jeden. W rok później urodził się mój brat Jerzy (umarł, mając cztery lata), w trzy lata później – ja. Moja siostra urodziła się jako ostatnia.
Dziadek Kędzior pochodził z Rzeszowskiego, również z rodziny chłopskiej, czy też bardziej elegancko, rolniczej. W każdym razie chyba niebiednej, skoro ukończywszy szkołę przemysłu mleczarskiego, założył własne przedsiębiorstwo. Nie był lubiany. Uchodził za człowieka zimnego, twardego i zamkniętego w sobie. Miano mu za złe, że zatrudniał w przedsiębiorstwie – bez wynagrodzenia – swoje własne dzieci, a w stosunkach z dostawcami, czyli chłopami z Borzęcina i okolicy, jak również z personelem mleczarni, był podobno nieubłagany. Ja również go nie lubiłem i trochę się go bałem. Ale patrząc na jego fotografię, nie widzę twarzy tępego brutala. Myślę więc, że raczej postanowił być twardy niż takim był z natury. Czując się wśród ludzi niewygodnie i obco – nie miał daru towarzyskości ani wdzięku – i będąc, jak sądzę, raczej słabego charakteru, wymyślił sobie typ twardego człowieka i trzymał się go kurczowo, myląc siłę i przedsiębiorczość ze sztywnością i zatwardzialstem. Za moją tezą przemawia historia jego drugiego małżeństwa. Matka jego dzieci, Franciszka, z domu Hadera, umarła młodo, żałowana przez najbliższych i cały Borzęcin. Ożenił się powtórnie z osobą bardzo nieciekawą, szczerze mówiąc dosyć wredną, a mówiąc zupełnie otwarcie – z ohydną jędzą, paskudną na ciele i umyśle. (Duszy nie miała). Ta głupia, lecz widocznie sprytna prowincjonalna Lady Macbeth od razu nim zawładnęła bez reszty, oddał jej nie tylko władzę i terytorium, lecz także – i to bez jednego wystrzału – fortecę swojej osoby, bunkier swojej duszy i kasę pancerną swego serca. Otóż gdyby był z natury takim typem przebiegłego twardziela, bezwzględnym kalkulatorem, graczem i ambitnym rządcą, za jakiego uchodził, cała ta historia by się nie zdarzyła. Miałby bowiem wtedy jakąś znajomość ludzkiej natury choćby w celach manipulacji, jakieś doświadczenie, jakąś bezbronność wobec tego rodzaju kobiet. Chyba że się zakochał. Wtedy cała ta moja analiza nie ma sensu. […] Jakbym słuchał Ojca swego, Kazimierza (1906).
I pomyśleć, ze człowiek z Borzęcina, który do Borzęcina wracał, za tym wszystkim stoi. Wiedziało o tych przemyśleniach wielu, Władysław Bach z Warysia również widział ten matematyczny polski problem, ale po zagadkowej śmierci Bacha w Krakowie, w roku 1968, pochowano Władysława w wielkiej manifestacji na przeciwko działki Mrożków w Borzęcinie.
Warto ten temat znowu pociągnąć. Mam zgodę pana Czesława. Napisałem do Zygmunta, żeby Bachem się zajął.

Mreck