System Mind Manipulation

Znalezione obrazy dla zapytania system mind manipulation

Oprócz prawa Achimowa,‭ ‬Kaduka prawa,‭ ‬Archimedesa,‭ ‬prawa Prezesa i innych praw wyznaniowych,‭ ‬z Hammurabiego kodeksem włącznie,‭ ‬występuje jeszcze prawo serii,‭ ‬które na naszym ludzkim‭ żywym organizmie‭ żeruje i zwie się prawem Kałacha,‭ i ‬tych ich wszystkich prawnych stosunków.‭
Prawo i Sprawiedliwość,‭ ‬to prawo pana Prezesa.‭ ‬Jest ono niezależne od wszystkich innych praw, nawet od artykułów Ustawy zasadniczej. Jest to prawo z dziedziny politycznego prawa zemsty,‭ ‬które znamy z uzębienia i każdy ma je w swojej gębie pod postacią kłów, siekaczy, i zębów trzonowych, które przeżuwają, te wszystkie mądrości. U niektórych Homo Sapiens utrzymują się aż do grobowej deski, a nawet i dłużej. Formuła ‭„‬oko za oko,‭ ‬ząb za ząb‭”, to ‬prawo talionu, kara talionu, talion, lex talionis (łac. talio „odwet”, od talis „taki sam”) – historyczna zasada prawa, wyrażająca jego sprawiedliwość, według której sankcja była identyczna ze skutkiem przestępstwa.
Jeśli pełnoprawny obatel wybił oko członkowi klasy pełnoprawnych obateli, wyrwą mu oko.
Jeśli złamał kość pełnoprawnego obatela, złamią mu jego kość.
– §196, 197 kodeksu Hammurabiego.
Jej stosowanie jest charakterystyczne dla społeczeństw pierwotnych. Uwzględniał ją m.in. Kodeks Hammurabiego, ale wyłącznie w przypadkach, kiedy sprawca miał ten sam status społeczny, co ofiara: Prawo Hammurabiego jest już cywilnym kodeksem prawnym,‭ ‬które w niektórych społeczeństwach jeszcze nadal obowiązuje.‭ ‬Bardziej współczesne nam jest prawo konstytucyjne,‭ ‬które w naszym kraju napotyka na prawne problemy,‭ ‬bo co jakiś czas jest naruszane.‭ ‬W pewnym sensie widzi się z nim prawo pracy w alegorii tzw.‭ ‬odpowiedzialności zbiorowej.
O prawach Łoma,‭ ‬Kilofa i dwóch prawach Kirchhofa wiedzą‭ ‬wszyscy z podstawówki i gimnazjum, tylko o nich wspominam, by nie przedłużać.
Bardzo ważnym prawem,‭ ‬które w ostatnich dniach i tygodniach nas zalewa jest prawo wodne.‭ Swego czasu, zanim jeszcze o ŚDM w Brzegach nikt nie słyszał. Onegdaj wojewoda małopolski pan Kracik imputował‭ ‬w telewizorze Prezydentowi Krakowa,‭ ‬Panu Jackowi Majchrowskiemu,‭ ż‬e to on jest odpowiedzialny za stan Wałów Jagiellońskich i wszystkich krakowskich studzienek ściekowych.‭ Jak tych w Gdańsku, po ulewie. ‬Prezydent Majchrowski wzruszył‭ ‬ramionami,‭ ‬tak jak ja wzruszam,‭ ‬gdy mi‭ ż‬ona  zarzuca, że się nam nie przelewa.‭ 
Ratunkiem dla tych wszystkich praw jest odkryta nie tak dawno metoda,‭ ‬która od jakiegoś czasu nasz kraj prześladuje.‭ ‬Jak tak dalej pójdzie a idzie w tym kierunku,‭ ‬to w najbliższych miesiącach należy się spodziewaæ nalotu szarańczy,‭ ‬a w sierpniu i wrześniu wycia‭ „‬trąb jerychońskich‭”‬.‭ ‬Mam jednak cichą‭ ‬nadzieję,‭ ż‬e nasze dzwony kościelne, remonty cięcie trawy i szczekanie psów je skutecznie zagłuszy.
Co się jednak stanie gdy prezes odejdzie‭? Czy metoda sterowania zachowaniami ludzkich zasobów, opanowana przez pana Prezesa będzie nadal działać, gdy Prezesa już nie będzie?
‭Oto i ona, ale nie każdy potrafi z niej korzystać:
Psychologowie przerażeni skutecznością (i dostępnością na rynku) nowej metody sterowania zachowaniem zupełnie obcych osób.
Nowa metoda hipnotycznej manipulacji i wpływu pozwala sterować zachowaniem obcych i bliskich osób praktycznie każdemu, kto ją wypróbuje. Nie tylko działa dyskretnie, szybko i skutecznie. Nie wymaga specjalnych umiejętności, jest prosta i zrozumiała dla każdego. W klinicznie kontrolowanych testach naukowych psychologowie z przerażeniem potwierdzili skuteczność tej nowej metody. Odkryli ponadto co powoduje tak ekstremalną uległość niemal każdej osoby, która jest jej poddana.
Psychologowie z Warszawy patrzyli z przerażeniem na osoby, na których zastosowano tę metodę. Nigdy czegoś takiego nie widzieli. Stosujący metodę już po 14 dniach jej codziennego stosowania byli w stanie:
– zmienić zachowanie partnera lub nawet najbardziej nieposłusznego dziecka w niewidoczny dla niego sposób
– zdobyć wybraną przez siebie kobietę lub wybranego mężczyznę – bez wypowiadania słowa – przekonać do swoich racji najbardziej nieprzejednanego człowieka
– rozkochać w sobie wskazaną osobę i odzyskać dawnego partnera lub partnerkę – za pomocą krótkiej rozmowy lub kilku prostych SMS-ów.
– być automatycznie i bez pytania wyręczanym w pracy domowej przed domowników, w pracy – przez współpracowników
– uniknąć mandatu, wykręcić się od nielubianej czynności oraz otrzymywać „na piękne oczy” nie do końca należne upusty i gratisy od „sprzedawców dymu“
– zdobyć wysoko płatną pracę i uzyskiwać regularnie mniej lub bardziej zasłużoną premię i podwyżkę
Tajemnicę działania metody hipnotycznej manipulacji i wpływu odkryto dopiero po przeprowadzeniu dogłębnych badań na Uniwersytecie Stanowym w Minnesocie, USA.
Nową metodę stworzono w oparciu o jedną unikalną zasadę. Jej działanie jest niewidoczne gołym okiem, więc również całkowicie dyskretne. Zastosowana pozwala kontrolować umysły i zachowania niemal każdego człowieka. Daje możliwość wydawania skutecznych, podświadomych rozkazów. Sprawia, że stosujący ją stają się osobami charyzmatycznymi, pewnymi siebie oraz poważanymi przez innych i których zdanie liczy się w każdym temacie.
Pozwala przekonać niemal każdego do wszystkiego bez żadnego wysiłku i zbędnych słów.
Tą superskuteczną, unikalną zasadą jest tzw. aktywna podświadoma perswazja. W odróżnieniu od zwykłych psychologicznych metod negocjacji i przekonywania, zasada ta zawiera 3-krotnie silniejsze i głębsze techniki podświadomego oddziaływania na umysł każdego człowieka.
/Mind Manipulation System/ – metoda hipnotycznej manipulacji i wpływu została dostosowana do polskich warunków. Już po pierwszym dniu metoda MMS dociera do aktywnej podświadomości i wraz z nią, każdy użytkownik tej metody zauważy, że ich najbliżsi, a także i obcy, bez zbędnych pytań i uwag, staną się wykonawcami ich poleceń i będą ponadto odnosić się do nich z szacunkiem – tak jak to występuje, w żelaznych elektoratach. Kiedy codziennie stosuje się techniki /Mind Manipulation System/, każdy ich użytkownik roztacza swój wpływ również na przypadkowe, zupełnie obce osoby. Wykonują one wydane polecenia, bez zastanowienia i niemal natychmiastowo. Widać to po Klubie PiS, panu prezydencie i rządzie pani premier.
System Mind Manipulation, bardzo szybko zdobywa popularność wśród osób chcących lub muszących kontrolować zachowania innych. Zdobył on pozytywne opinie o skuteczności wśród psychologów i ekspertów od negocjacji i sprzedaży. Przeszedł bardzo rygorystyczne badania i jest certyfikowany. Zbiera pozytywne opinie od kolejnych osób, które już go stosowały i stosują. System ów działa również na zasadzie wielokrotnego powtarzania kłamstwa, które z czasem staje się prawdą. Jedyną wadą tego systemu jest jego nieusuwalność. By go zmienić na inny potrzebna jest rewolucja, albo przewrót turecki, taki jak w naszym pis-owskim państwie w państwie. Ów fikołek to spore koszty, a wszyscy są już trochę zmęczeni.

Zebrał i swoje trzy grosze dodał – Mreck

ślady litewskich wierzeń króla

Kod Władysława Jagiełły

Znalezione obrazy dla zapytania nagrobek władysława jagiełły

Ogień z nieba
Rebusem zajmującym kolejne pokolenia badaczy jest nagrobek króla Władysława Jagiełły, monarchy wyróżniającego się wśród władców łacińskiej Europy przełomu XIV i XV stulecia. Jego matka, księżniczka ruska Aleksandra, z perspektywy zachodniego chrześcijaństwa była prawosławną heretyczką, a ojciec, wielki książę litewski Olgierd, poganinem. Piętnastoletni Jagiełło po śmierci ojca w 1377 roku objął władzę nad Wielkim Księstwem Litewskim, ogromnym państwem rozciągającym się bez mała od Bałtyku po Morze Czarne i ostatnim pogańskim władztwem kontynentu. W obliczu permanentnej wojny domowej z pretendującymi do tronu kuzynami oraz zagrożenia krzyżackiego litewski władca w 1384 roku zdecydował się porzucić starych bogów i przyjąć chrześcijaństwo w obrządku łacińskim. Razem z nową wiarą (i imieniem Władysław) przyjął rękę Jadwigi Andegaweńskiej i polską koronę.
Możni, którzy oddali Jagielle polski tron, wiedzieli, że zakonna propaganda nie omieszka wykorzystać pogańskiej przeszłości nowego władcy. Według Krzyżaków Litwin jedynie udawał wiernego syna Kościoła, a naprawdę nadal hołdował pogańskim zabobonom. Przez dziesięciolecia polska dyplomacja nie szczędziła wysiłków, by zbić krzyżackie argumenty. Zapewne część polskich możnowładców liczyła, że będzie mogła wykorzystać niepewną pozycję Jagiełły do swoich celów. Widzieli się w roli przewodników czy kuratorów „dzikiego” króla w chrześcijańskim „cywilizowanym” świecie. Srogo się w tych kalkulacjach zawiedli. „Prostak”  – jak określali niektórzy swego litewskiego władcę – nie pozwoliłby łatka eks-poganina ograniczała jego monarsze prerogatywy. Wręcz przeciwnie, ku rozczarowaniu wielu, jak pisze kronikarz Jan Długosz, król niegodność dawnego stanu swego nie tylko nie ukrywał, ale rad nawet o nim wspominał.
Jak było naprawdę? Czy zwycięzca spod Grunwaldu pozostał w głębi serca wierny wierzeniom przodków? Wstąpił na polski tron jako w pełni ukształtowany dwudziesto- czy trzydziestoparoletni (nie znamy dokładnej daty jego urodzin) mężczyzna. Trudno było mu wyzbyć się wyniesionych z Litwy przekonań i zwyczajów. Dlatego też nierzadko dziwił, a nawet szokował, polskich poddanych swym zachowaniem. Podobnie jak otoczenie króla, możemy się jedynie domyślać, co się za tym kryje.
Zaraz po wstaniu z łoża oraz przy wyjściu z domu monarcha miał w zwyczaju łamać w palcach gałązki lub słomki. Być może w ten sposób zwykł sobie wróżyć. Może pytał litewskich bogów o powodzenie planów w zaczynającym się dniu? Innym zwyczajem Jagiełły było zaplatanie w palcach włosów wyrwanych z brody. Czyżby władca tworzył wokół siebie magiczną ochronę przez urokiem?
Wyniesione z Litwy wielobóstwo sprawiało, że Władysław miał kłopoty z zaakceptowaniem podstawowego dogmatu wiary chrześcijańskiej o jednym omnipotentnym Bogu. Utrwalona przez tradycję anegdota świetnie oddaje nieortodoksyjne poglądy króla w tej materii. Otóż, Jagiełło miał udać się w święto Bożego Ciała na nabożeństwo do kościoła w Poznaniu (lub w Krakowie, jak chcą inne przekazy). Tam zobaczył figurę Zbawiciela depczącego rogatego diabła. Monarcha zafrasował się i kazał postawić przed rzeźbą Chrystusa świecę, a chwilę później – ku konsternacji obecnych – mniejszą wysłannikowi piekieł. Stąd poszło w lud powiedzenie: Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Niemiecki historyk Jakub Caro trafnie scharakteryzował jego postawę: Jagiełło odbierał impulsy raczej z tej sfery, która jest wspólna religiom, anieżeli z tej, która je rozdziela i wyodrębnia. Jego prostota i naturalna dusza pojmuje wszystko możliwe w katolicyzmie, ale nie przyjmuje wyłączności katolicyzmu, jego roszczeń do nieomylności.
Szczególnie mocno wstrząsnęło (w przenośni i dosłownie) królem wydarzenie z 1419 roku, które opisał Jan Długosz: Późną godziną podążył [król jadący na wozie ze swym orszakiem] z Poznania w kierunku Środy […]. Kiedy zaś przybyli do gaju położonego przed Tulczą, niebo z pogodnego i jasnego stało się nagle wzburzone i ciemne. Zaczęły się ukazywać groźne błyskawice i bić pioruny. A kiedy król wjechał do gaju i znalazł się koło góry położonej blisko lasu, piorun, który spadł z nieba z ogromnym i gwałtownym hukiem, swoim uderzeniem zabił cztery konie ciągnące wóz królewski i dwu ludzi ze służby królewskiej […], którzy idąc pieszo, podtrzymywali boki wozu od upadku. Zabił też [cztery] konie, których dosiadali [członkowie królewskiej świty]. Piorun zabił też konia króla, którego pokojowiec Forstek […] dosiadał […]. Władysław dygocąc z przerażenia, kiedy panowie i rycerze podbiegli do niego po uderzeniu pioruna i pytali go, jak się czuje, gdy przez długi czas z powodu utraty przytomności czy przerażenia nie dawał odpowiedzi. Rycerze opłakiwali go jak zmarłego. Odzyskawszy siły, które sparaliżował strach, podniósł się w końcu i zaczął mówić. […] Z tego uderzenia pioruna czuł król Władysław ból w prawej ręce, który w ciągu paru dni minął. Zostało mu pewnego rodzaju ogłuszenie, a szaty jego pachniały siarką.[…] Niektórzy też twierdzili, że jako neoficie przychodziły do głowy wątpliwości dotyczące wiary chrześcijańskiej. Jak na wiernego poddanego przystało, Długosz natychmiast dodaje: Ale on sam ani wtedy, ani potem nie przyznał się do występku swej chwiejności w wierze i nikomu bez trudu nie przyszło do głowy, że to było prawdą.

Niewątpliwie porażenie ogniem spadającym z nieba mogło skierować myśli króla ku wierze. Pytanie tylko której? Oczywiście Kościół dostrzegł w wydarzeniu palec Boży. Król miał być ukarany za poślubienie Elżbiety Granowskiej, swojej siostry duchowej (matka Elżbiety była matką chrzestną Jagiełły). Jagiełło jednak mógł uznać, że to nie jego nowy Bóg zesłał mu znak, lecz że w wielkopolskim lesie usłyszał i poczuł gniew najpotężniejszego z litewskich bogów – Perkuna, władcy piorunów. Piorun odgrywał ważną rolę w wierzeniach pogańskich Litwinów jako znak zwiastujący nieszczęście. Być może uderzenie pioruna oraz śmierć ukochanej żony rok później skłoniła sędziwego już króla do zatroszczenia się o miejsce wiecznego spoczynku.

Nowy Krzysztof
Oczywiste było, że król po śmierci dołączy do koronowanych poprzedników Władysława Łokietka i Kazimierza Wielkiego, pochowanych w krakowskiej katedrze na wawelskim wzgórzu. Miejscem najgodniejszym była nawa główna, tuż przy konfesji (czyli ołtarzu z relikwiarzem) św. Stanisława, biskupa i męczennika, patrona Królestwa Polskiego. Tu też stanął królewski grób – między kolumnami arkady oddzielającej nawę główną od południowej nawy bocznej, prawej dla wchodzącego do katedry.
Miejsce to wybrano jeszcze z innego względu. Otóż już w 1393 roku królowa Jadwiga ufundowała w tej arkadzie ołtarz pod wezwaniem św. Krzysztofa. Sam Władysław w 1421 roku, a więc w czasie, gdy powstawał jego pomnik nagrobny, uposażył ołtarz dodatkowymi sumami, zaznaczając w dokumencie, że mają być tam odprawiane msze za jego duszę.
Nabożeństwa do św. Krzysztofa nie były popularne wśród Piastów i Andegawenów. Nie fundowali oni kościołów ani ołtarzy pod jego wezwaniem. Skąd więc taki patron i dbałość o miejsce jego kultu?
Św. Krzysztof świetnie nadawał się na niebieskiego orędownika króla neofity. Podobnie jak Jagiełło, przyszedł na świat jako poganin i dopiero po latach przyjął chrzest. Za radą pustelnika osiadł nad rzeką, trudniąc się przenoszeniem podróżnych na drugi brzeg. Pewnego razu miał mu się ukazać Chrystus pod postacią dziecka, które święty przeniósł przez wodę, dziwiąc się niezwykłemu ciężarowi. Ta pobożna legenda objaśniała imię świętego: Krzysztof pochodzi od greckiego Christo phorus (niosący Chrystusa). Analogia wydaje się jasna – teraz nowym „niosącym Chrystusa” był Władysław Jagiełło, który zaniósł prawdziwą wiarę na pogańską Litwę. Ślady łączenia kultu św. Krzysztofa z Władysławem Jagiełłą znajdujemy również na Litwie. Na najstarszej pieczęci Wilna znalazł się wizerunek św. Krzysztofa przenoszącego Chrystusa przez rzekę. Teraz scena ta zdobi herb stolicy Litwy.
W tym świetle nie dziwi złożenie ciała króla w cieniu ołtarza jego świętego opiekuna. Wątek chrztu dodatkowo wzmacniał inny element wyposażenia katedry. Tuż obok arkady św. Krzysztofa stała chrzcielnica, w której ochrzczono litewskiego księcia. I ten chrzcielny motyw odnajdujemy w litewskiej heraldyce. W polu tarczy Trok, drugiego co do znaczenia miasta Wielkiego Księstwa, przedstawiono głowę Jana Chrzciciela. Trudno o czytelniejszą aluzję do Jagiełły – chrzciciela Litwy.
Pierwotnie nagrobek zwrócony był lekko na lewo od osi wyznaczonej przez szereg kolumn oddzielających nawę główną od bocznej. Wynikało to zarówno ze względów praktycznych, jak i głębszego przesłania religijnego. Wspomniany ołtarz św. Krzysztofa był oparty o kolumnę i trzeba było przed nim zostawić dość miejsca na mensę i celebransa. Nie mniej ważny (jeśli nie ważniejszy) był efekt ideologiczny. Przedstawiony na płycie nagrobnej władca przez wieczność miał kontemplować relikwie św. Stanisława i wraz ze zgromadzonym ludem uczestniczyć w nabożeństwach przy grobie świętego męczennika.
Dziś nagrobek Jagiełły stoi wciśnięty między kolumny podtrzymujące arkadę, równolegle do osi świątyni. To ustawienie pomnika jest wtórne. W latach 1749-1900 nagrobek stał w jednej z bocznych kaplic katedry. Gdy powrócił na pierwotne miejsce, nie było już ołtarza św. Krzysztofa, który zajmował część miejsca w arkadzie, a w nawie głównej potrzebne było miejsce dla żywych. Dlatego grobowiec „wyprostowano”.

Niezwykły pomnik niezwykłego władcy
Grób zwycięzcy spod Grunwaldu przyciąga wzrok wchodzącego do katedry. Przede wszystkim zwraca uwagę szlachetny materiał, w którym wykuto nagrobek. To przepiękny marmur węgierski o głęboko czerwonym połysku i białym żyłkowaniu. W takim kamieniu wykuto również nagrobki Jagiełłowego syna Kazimierza Jagiellończyka i jego wnuków Jana Olbrachta oraz Zygmunta I Starego. Także nagrobne przedstawienie ostatniego z Jagiellonów na polskim tronie Zygmunta II Augusta wyrzeźbiono w tym samym materiale.
Nie wiemy, kto był twórcą grobowca Jagiełły. Jedni historycy sztuki szukają śladów artystycznej inspiracji za Alpami – w kręgu mistrzów rzeźby quattrocenta, inni bliżej – na Węgrzech lub w Niemczech. Wszyscy są jednak zgodni – to dzieło niezwykłej klasy, niemające odpowiednika w Europie Środkowej. Nagrobek jest wspaniałym owocem złotej jesieni średniowiecza, kiedy w Europie ścierały się, jednocześnie uzupełniając, tradycje sztuki gotyku i prądy nowej epoki – renesansu.
Królewski grób ma formę kenotafium, czyli pozornego grobu. Trumna z królewskim ciałem nie została zamknięta w ścianach nagrobka, lecz spoczywa pod nim, w grobie umieszczonym pod posadzką katedry. Gdy więc nagrobek wędrował po katedrze, nie naruszano spokoju królewskich zwłok.
Kamienny król spoczywa wyprostowany, w spokojnej pozie, odziany w szatę zwaną jopulą, wciętą w talii i zapinaną na ozdobne guziki, na której znajduje się płaszcz królewski, podbity gronostajami i zapinany z boku. Całości dopełniają regalia – korona na głowie oraz berło w prawej i jabłko w lewej ręce. O tym, że mamy do czynienia nie tylko z królem, ale również rycerzem, świadczy rycerski pas na biodrach i ostrogi przypięte do trzewików, a przede wszystkim miecz schowany w pochwie oplecionej ozdobnym pasem, który monarcha podtrzymuje lewą ręką. Jan Długosz, który widział króla u schyłku jego życia, uważał, że nagrobek dobrze oddaje królewską postać i rysy.
Uwagę widza przyciąga monarszy profil. Jak pisze Karol Estreicher, który poświęcił nagrobkowi dogłębne studium, widzimy twarz wydłużoną o wzniosłym, łysym czole, przeoranym kilku zmarszczkami. Koło skroni pęki włosów, niżej małżowiny uszu dużych, mięsistych i płaskich.[…] Łuki brwi obejmują wielkie oczy, z powiekami jakby ledwo co przed chwilą zamkniętymi. Nos posiada garb i opada. Silnie wystają kości policzkowe. Wyraźne fałdy pod policzkami nadają twarzy grymas nieco ironiczny. Warga górna jest płaska, ale za to tym silniej występuje odwinięta gwałtownie warga dolna i ostry podbródek.
Głowa króla spoczywa na ozdobionej ornamentem poduszce, za którą leżą dwa lwy. To nie przypadek, gdyż lwy symbolizują królewski majestat. Jednocześnie są personifikacją brutalności, dzikości, nieokiełznanej siły. Z lwią symboliką wiąże się przedstawienie smoka o krokodylich kształtach, którego depcze władca. Smok oznacza dzikość, pogaństwo i szatana. Ta wieloznaczność pozwala na różnorodne interpretacje. Smok może przypominać o poskromieniu przez króla w zwycięskich wojnach nieprzyjaciół królestwa. Może również symbolizować smoka pogaństwa zgniecionego stopą nowego Krzysztofa.
Boki tumby zdobią tarcze herbowe – po trzy z dłuższych i po jednej z krótszych boków. Tarcze podtrzymują pary żałobników opłakujących zmarłego króla. Po prawicy królewskiej (od strony nawy bocznej) umieszczono tarcze z Orłem Białym, litewską Pogonią i herbem ziemi dobrzyńskiej, przedstawiającej popiersie męża o długich włosach i obfitej brodzie. Na lewym boku grobowca od strony nawy głównej powtórzono tarcze z Orłem Białym i Pogonią, a na trzeciej rzeźbiarz wykuł łeb tura (lub wołu) na tle szachownicy – herb Wielkopolski. U królewskiego wezgłowia umieszczono herb ziemi wieluńskiej: Baranka Bożego w aureoli i z chorągiewką, natomiast u królewskich stóp znajduje się herb Rusi – lew.
Heraldycy nie są zgodni co do interpretacji zespołu herbów. Kłopoty sprawia badaczom ustalenie, dlaczego podwojono tarcze z ukoronowanym Orłem i Pogonią. Orzeł Biały może symbolizować zarówno całe Królestwo Polskie, jak i Małopolskę. Ale dwie Pogonie? Być może zdwojone tarcze miały patrzącym z obu stron tumby ukazywać dwie główne części składowe władztwa Jagiełły i najważniejsze jego tytuły: króla polskiego i wielkiego księcia litewskiego.
Pozostałe herby (oprócz herbu Wielkopolski) dają się interpretować jako oznaczenie ziem odzyskanych przez Jagiełłę. Ziemię wieluńską odebrał Władysławowi Opolczykowi w 1392 roku, a ziemię dobrzyńską, utraconą w sierpniu 1409 roku, odbił w wielkiej wojnie z zakonem krzyżackim. Ruś natomiast trwale przyłączyła do Korony królowa Jadwiga w 1387 roku. Nagrobek byłby zatem wieczystym świadectwem chwały Władysława Jagiełły jako zwycięskiego wodza, odzyskującego utracone ziemie.
Możliwa jest też inna – niewykluczająca poprzedniej – interpretacja tarcz herbowych. Być może lew Rusi ma na tumbie podobne znaczenie co smok pod królewskimi stopami. Lew był nie tylko figurą władcy, ale też dzikości, grzechu czy samego szatana. Król więc depcze zło i występek.
Ale gdzie jest w tym labiryncie symboli Ten, którego Jagiełło „Krzysztof” zaniósł w litewskie ostępy? Gdzie jest Ten, w imię którego przyjął chrzest? Gdzie jest w tym kodzie miejsce dla Absolutu? Najprościej można odpowiedzieć – wszędzie. Nie zapominajmy, że nagrobek stoi pośrodku kościoła. Lecz to wytłumaczenie wydaje się zbyt proste. Tworzący zamkniętą strukturę symboli i znaków kod nie mógł pominąć tak ważnego elementu. I nie pomija. Symbol Boga jest tam, gdzie powinien być – nad głową monarchy. W figurze Baranka Bożego, symbolu Odkupiciela, na tarczy herbowej ziemi wieluńskiej.
Pogański stos w krakowskiej katedrze
Jest na nagrobku jeszcze jeden element, który nie poddaje się prostej i łatwej interpretacji. Dookoła, u jego podstawy, umieszczono figury ptaków (najpewniej sokołów) oraz psów. Rzeźbiarz nie ograniczył się do ustawienia figur, lecz cały ten „zoologiczny fryz” udramatyzował: psy skradają się od tyłu do ptaków.
Nie udało się znaleźć analogii dla takiego przedstawienia w średniowiecznej rzeźbie nagrobnej. Interpretacji jest prawie tyle ilu badaczy nagrobka Jagiełły. Jedni widzą w tym artystyczny komentarz do fragmentu Psalmu 21: Boże, ratuj duszę moją z łap psa. Inni odwołują się do znaków zodiaku – psy i sokoły podążają ze wschodu na zachód, tak jak gwiazdozbiory pchane Primum Mobile. Wśród uczonych przeważa jednak pogląd, że zwierzęce wizerunki są aluzją do łowieckich pasji króla. Polowanie było ulubioną formą rozrywki Władysława Jagiełły. Kiedy tylko nadarzała się okazja, monarcha udawał się w leśne ostępy na łowy. Wedle Jana Długosza, który, co tu ukrywać, za królem nie przepadał, Jagiełło był człowiekiem bardziej nadającym się do polowania niż do rządzenia krajem, a w zabawach myśliwskich ani miary zachować, ani czasu oszczędzać umiał. Nie dziwi więc, że król myśliwy zażyczył sobie, by wierni towarzysze polowań zostali uwiecznieni na jego nagrobku.
Ale jest też teoria bardziej niezwykła. Według niej rzeczone psy i sokoły są widomym śladem litewskich wierzeń zmarłego i pogańskich praktyk pogrzebowych. Może jednak piorun, który o mało nie pozbawił króla życia, wbrew zapewnieniom Długosza, skierował myśli monarchy w stronę litewskich zaświatów, krainy Welów?
Za tą teorią przemawia kilka przesłanek. Król nie byłby pierwszym z grona ochrzczonych Olgierdowiczów, którzy nie hołdowali katolickiej ortodoksji. Krewni Jagiełły mieli problemy z akceptacją chrześcijańskiej wizji życia pozagrobowego, gdy sami bądź ich bliscy wchodzili w „smugę cienia”. Nic w tym dziwnego – w obliczu śmierci pytanie „co po” staje szczególnie ostro.

Zebrał – Mreck

nie da się słuchać muzyki Jana Kaczmarka mając do dyspozycji ucho drewniane.

Powściągliwość w wydawaniu sądów, to dziś rzadka cecha. Ten kamień biblijny często jest nadużywany. Zanim rzucisz w kogoś słowem, należy sprawdzić, jakimi głazami patrzysz na kogoś, kto przed tobą stoi.
Kiedy myśl jest prosta i znana nam z obiektywnych formuł, odbiór intencji trudności nie nastręcza. Inaczej jest natomiast, kiedy spotykamy się z myślą twórczą, nie odpowiadającą żadnej z formuł obiegowych. Obserwator i słuchacz w jednym musi nieraz pokonać duże intelektualne trudności w rekonstrukcji intencji, którą nadaje bądź też odbiera, a której czasami pojąć nie potrafi z uwagi na swoje ograniczenia w percepcji swego zmysłowego postrzegania. Prymitywnie myślący słuchacz i odbiorca nie domyśli się co do niego dociera. Przypisuje winę swego niezrozumienia innym osobom, wzbudzając w sobie przekonanie, że to obcy mówią rzeczy ciemne i nierozsądne i że wszyscy są dziwakami, tylko nie on.
Przyczyną takiego rozumowania może być defekt intelektualny, braki w dziedzinie wykształcenia (informacji). Krótko mówiąc, nie da się słuchać muzyki Jana Kaczmarka mając do dyspozycji ucho drewniane.
Chcąc rozmawiać swobodnie z Einsteinem, na tematy, które były jego umysłową zdobyczą, trzeba znać się na fizyce i matematyce, gdy owej wiedzy nam brakuje odbiór będzie bajką, o Czerwonym Kapturku, bądź innym PiS-owskim koszmarem, który suweren na długie lata nam zafundował, biorąc za swoje, wodolejstwo pana prezesa i jego przybocznych wilków żelaznych. Umiaru i ostrożności zabrakło niestety i mamy to co mamy w tym szerokim horyzoncie historycznych doświadczeń suwerena. Gdyby ów „prymitywizm“, o którym wspominałem, był malarskim kierunkiem, to by było jeszcze pół biedy. Ale tak nie jest. Ów prymitywizm dotyczy niestety umysłów prymitywnych w zbiorowym owczym sposobie myślenia, w którym owca czarna odgrywa dominującą rolę. Kto żyje zamknięty w takim kręgu, może być bardzo sprytny, przebiegły i zaradny, ale nie jest nim człowiek inteligentny. To są owi „straszni mieszczanie“, o których tak mówi Tuwim:
/I oto idą zapięci szczelnie.
Patrzą na prawo, patrzą na lewo –
A patrząc – widzą wszystko oddzielnie;
Że dom… że Staszek… że koń… że drzewo…/

Zebrał i dodał swoje dwa grosze – Mreck

„Quod non fecerunt barbari, fecerunt Barberini“. Kamyczkiem do ogródka.

Znalezione obrazy dla zapytania urban viii

Urban VIII (łac. Urbanus VIII, właśc. Maffeo Barberini; ur. pod koniec marca lub na początku kwietnia 1568 we Florencji, zm. 29 lipca 1644 w Rzymie) – włoski duchowny katolicki, 235. papież w okresie od 6 sierpnia 1623 do 29 lipca 1644 roku.
W 1633 Urban VIII przyjął uroczyste poselstwo kanclerza wielkiego koronnego Jerzego Ossolińskiego. W jej wyniku papież zaakceptował scedowanie na nuncjusza apostolskiego swych uprawnień do rozpatrywania apelacji, ale nie zaakceptował polityki tolerancji religijnej ani nie udzielił subsydiów pieniężnych na walkę z Turcją, Moskwą i Szwecją. W latach 1636-1642 doszło do ostrego konfliktu króla Władysława IV Wazy z nuncjuszem Mario Filonardim, który oskarżał króla o sprzyjanie protestantom. W 1642 król aresztował nuncjusza i zmusił go do wyjazdu. Papież wziął w tym konflikcie stronę nuncjusza, jednak ostatecznie został zmuszony do uznania faktów dokonanych i odwołania go z placówki.
W 1629 Urban VIII mianował kardynałem Jana Alberta Wazę, syna króla Zygmunta III i brata jego następcy Władysława IV. Z uwagi na młodociany wiek królewicza jego nominację ogłoszono jednak dopiero trzy lata później.
W 1642 papież potępił tezy flamandzkiego biskupa Corneliusa Jansena, uznając jej za heretyckie. Stanowiło to początek trwających ponad sto lat kontrowersji wokół herezji jansenizmu.
Za jego pontyfikatu doszło do zawarcia unii z częścią kościoła ormiańskiego w Rzeczypospolitej (5 marca 1635). Na czele unitów stanął ormiański abp Lwowa Mikołaj Torosowicz.
W 1633 doszło do ponownego procesu astronoma Galileusza, oskarżonego o popieranie teorii heliocentrycznej mimo nałożonego na niego zakazu z 1616. Naukowiec, uprzednio protegowany Urbana VIII, został skazany na areszt domowy. Choć u podstaw procesu leżały najprawdopodobniej urazy osobiste papieża względem uczonego, który obraził go w jednej ze swych prac, miał on bardzo negatywny wpływ na postrzeganie stosunku Kościoła katolickiego do nauki. W 1992 papież Jan Paweł II oficjalnie zrehabilitował uczonego.
Urban VIII ogłosił, że teorie Mikołaja Kopernika, to większe zło „aniżeli teorie Kalwina i Lutra“. Luter również krytykował Kopernika. Pisał o tej krytyce w swoich „rozmowach przy stole“. Dzieła swe dedykował papieżowi Pawłowi III.
Urban VIII jeszcze jako kardynał dał się poznać jako patron sztuk. Na jego zlecenie (oraz jego krewnych) pracowali m.in. Giovanni Lorenzo Bernini, Pietro da Cortona czy Carlo Maderna. Wybudował potężną barokową rezydencję rodową przy Quattro Fontane. Rozpoczął budowę rezydencji papieskiej w Castel Gandolfo. Wykończył i konsekrował nową Bazylikę Watykańską (18 listopada 1626). Jednakże sposób, w jaki doprowadził on budowę Bazyliki do końca, budził kontrowersje, albowiem rozkazał wykorzystać w tym celu materiały z antycznych rzymskich budowli, zwłaszcza Panteonu. Anonimowy krytyk tego bezceremonialnego plądrowania pomników antyku skomentował to słynnym do dziś powiedzeniem Quod non fecerunt barbari, fecerunt Barberini („Czego nie zniszczyli barbarzyńcy, zniszczyli Barberini”).
Urban VIII sfinansował także wiele inwestycji w obronność Państwa Kościelnego, m.in. ufortyfikował port Civitavecchia, zbudował fort Castelfranco i umocnił Zamek Świętego Anioła w Rzymie.
Papież i kardynał Francesco byli też protektorami uczonych, m.in. historyków Ferdinando Ughelli i Felice Contelori, a początkowo także astronoma Galileusza. Potężne zbiory książek i manuskryptów zebrane przez przez papieża i kardynała dały początek Bibliotece Barberinich.
Nazywany papieżem-poetą, był ceniony jako autor dytyrambów łacińskich. Jako poeta był opiewany przez Macieja Kazimierza Sarbiewskiego, „chrześcijańskiego Horacego”. Papież w rewanżu nadał mu tytuł poeta laureatus.

Zebrał – Mreck

matematyczny geniusz z warysia nieopodal borzęcina

Do Borzęcina, dróżką gładką, udałem się dosyć wartko, rowerem szosowym, z bidonem i peleryną przeciwdeszczową, w kolorze pomarańczy, bym mógł być widoczny dla innych kierujących, gdy będzie padało, jednak z nadzieją, że niedziela będzie pogodna, w sam raz, do /Tanga/ Sławomira Mrożka, który w Borzęcinie się narodził, i tu został ochrzczony, jeszcze bez /Tanga/, ale ku chwale miejscowych, nie on jeden zresztą.
Byli też i inni, którzy tu się urodzili, a o których być może wspomnę, choć nie muszę. Wystarczy wejść na stronę www. gminaborzęcin, by się o nich więcej dowiedzieć. Autora /Tanga/ niestety tam nie ma, ale Mrożka znalazłem w napotkanym borzęcińskim rowerzyście, który, na moje czucie, codziennie idzie w tango. O /Tangu/ Mrożka również wiedział, ale nie do końca, sam musiałem dociekać, gdzie chałupa Mrożka stała i kto był chrzestnym Sławomira.
Jechałem jak natchniony, trochę pod wiatr, trochę z wiatrem, po przetartej już trasie. Po drodze pokonując płytki Dunajec w Ostrowie, wypełniony majowymi plażowiczami, Wierzchosławice Wincentego Witosa, z Jego miejscem na cmentarzu (mojego kolegi od skoku w dal również), kościołem i muzeum, pasmem słonecznych baterii, super kąpieliskiem w Niwce, aż do samego Rynku Kościuszki w Radłowie. Nie będę wspominał o kilku strategicznych skrzyżowaniach ze skrzyżowaniem na Siedlec w Radłowie i o ulicy Szpitalnej, na której onegdaj przeprowadziłem historyczny wywiad, dotyczący zacnych osobistości z Radłowa, które edukowały się w tym mieście (był nim również Władysław Bach, znakomity matematyk z Warysia). Być może siedziba biskupów krakowskich ma wpływ na adeptów tego miejsca – Oleśnicki, Hozjusz, Kowalczyk – mało? Jest ich więcej. Na swojej stronie YouTuba pod nazwą CK… można o nich usłyszeć. Będąc dobrym w jednej roli, można być lepszym w drugiej. Pisał o tym Sławomir Mrożek z Borzęcina. Władysław Bach z Warysia, również próbował, ale…, może archiwum X wyjaśni tą przedwczesną śmierć matematyka.
By uwiarygodnić siebie w mym podróżowaniu, pytam się o drogę, choć znam ja doskonale. Dobrze wracać do tych miejsc, gdzie ludzie są życzliwi i wskazują kierunek. W Radłowie przy Szpitalnej są tacy co pomogą. W innych miejscach również. Natknąłem sie na takich.
Obiecuję Sławomirowi i rowerzyście, który swoje Tango mi zaprezentował, że powrócę do Borzęcina i Warysia z wiedzą Wszystkich Świętych i poezją Barana, który być może, o tych matematycznych i innych tajemnych impoderabiliach jeszcze nie zdążył napisać.
Gmina nie zamieściła może chodzi o majątek i nazwę ulicy. W 1996 powrócił do Polski. W 2002 przeszedł udar mózgu, którego wynikiem była afazja. Skutkiem tego utracił możliwość posługiwania się językiem zarówno w mowie, jak i w piśmie. Dzięki terapii, która trwała około trzech lat, odzyskał zdolność pisania i mówienia. Efektem walki z chorobą jest jego autobiografia. Szóstego maja 2008 Sławomir Mrożek zapowiedział ponowne opuszczenie ojczyzny, by osiąść w Nicei na południu Francji z powodu klimatu, który bardziej sprzyjał zdrowiu dramatopisarza. Z Polski wyprowadził się dokładnie miesiąc później – 6 czerwca 2008 – wylatując z lotniska w Balicach.
Zmarł nad ranem 15 sierpnia 2013 r., w szpitalu w Nicei. Jego prochy spoczęły w Panteonie Narodowym w Krakowie na Grodzkiej w kościele św. Piotra i Pawła – (byłem). Pomyślałem sobie, jak blisko mam do Borzęcina. Uroczystości pogrzebowe odbyły się 17 września 2013 w kościele Świętych Piotra i Pawła w Krakowie. Mszy świętej przewodniczył metropolita krakowski kard. Stanisław Dziwisz. Delegacja z Borzęcina też pewnie była.
Debiutował w 1950 r. jako rysownik, od 1953 systematycznie publikował cykle satyrycznych rysunków. Dzięki nim, a także pełnym komizmu opowiadaniom, wcześnie stał się autorem niezwykle popularnym, zajmującym osobne miejsce we współczesnej polskiej literaturze. Mrożek tropił i podważał absurdy życia w kraju realnego socjalizmu, ale też zbanalizowane, najczęściej postromantyczne, stereotypy, kształtujące świadomość Polaków. W języku potocznym na stałe zagościła fraza „jak z Mrożka”, określająca szczególnie bezsensowne, wynaturzone aspekty codzienności. Przykładami zaczerpniętymi z jego utworów posługiwano się dyskusjach.
Mrożek-dramaturg debiutował w 1958 roku sztuką „Policja”, ukazującą rzeczywistość państwa totalitarnego, w którym kluczową rolę odgrywają właśnie „policjanci” – funkcjonariusze jawnych i tajnych sił bezpieczeństwa. Aby utrzymywać władcę i społeczeństwo w przekonaniu o swojej niezbędności, Mrożkowa policja sama kreuje opozycjonistów, będących uwierzytelnieniem jej działalności.
Jego kolejne sztuki również zdobywały olbrzymie powodzenie. Mrożek posługiwał się groteską, absurdalnym przejaskrawieniem, satyrą i parodią, nieodmiennie przy tym zachowując talent komiczny. Jednocześnie zawierał w swych dziełach treści, pozwalające klasyfikować je jako przypowieści, moralitety czy powiastki filozoficzne. Tyczyły one tyleż opresyjnej rzeczywistości państwa na poły totalitarnego, jakim był PRL, co międzyludzkich relacji, gier jakie rozgrywamy, najczęściej dążąc do zniewolenia innych. Często ukazywał konflikt między – jak to określił jeden z krytyków – intelektualistami, będącymi de facto jedynie bezwolnymi marionetkami; ideologami czyli świadomymi twórcami społecznych sytuacji oraz bezrefleksyjnymi prostakami, „chamami”, posługującymi się jedynie siłą. Ofiarą zwykle stawał się „intelektualista”, katem zaś „cham”, wypełniający polecenia „ideologa”.
Mrożek pokazuje świat zniewolenia i konformizmu, systematycznie przeprowadzał demontaż narodowych mitów, łączył politykę z egzystencją. W Indyku (1960) ukazywał atmosferę całkowitej niemożności, zalegającą w duszach Polaków. W Tangu (1964) rozprawiał się z dziedzictwem awangardy (zarówno artystycznej, jak i obyczajowo-społecznej), wskazując, że kiedy wszystko już wolno, tęskni się do zakazu, sztywno obowiązującej normy, zaś normą tą może stać się naga przemoc. W Rzeźni (1973) zastanawiał się nad relacją między „naturą” a „kulturą” w człowieku, ukazując naturę jako cienką zasłonę, skrywającą zwierzęcość i okrucieństwo. W Emigrantach (1974) dał znakomity szkic psychologiczny polskiej mentalności, psychomachię rozgrywająca się między dwoma Polakami, nielegalnymi imigrantami w USA – „inteligentem” i „prostakiem”. Wreszcie w ostatniej jak dotąd sztuce, Miłości na Krymie (1993), analizował trzy oblicza Rosji: carskiej, radzieckiej i postsowieckiej.
Wprawdzie śmiałem się na rozmaite sposoby, i głośno i cicho, i biologicznie i intelektualnie, niemniej jednak mój śmiech nie dochodził do samego środka. Należę do pokolenia, którego śmiech zawsze bywa zaprawiony ironią, goryczą, czy rozpaczą. – Zwyczajny śmiech, śmiech dla śmiechu, pogodny i bez problemów, pocieszna gra słów – to wydaje się nam jakby nieco staroświeckie i budzi zazdrość.
[…] Mój ojciec, Antoni, był synem Ignacego, niezamożnego chłopa we wsi Porąbka Uszewska, powiat Brzesko, województwo krakowskie. Dzieci było siedmioro. Gdy skończył szkołę podstawową, samodzielnie i samowolnie powędrował do Brzeska, żeby się uczyć w gimnazjum. Podobno zaoszczędził w tym celu grosze zarobione u gospodarzy, którym wynajmował się do robót. Szczegółów nie znam, trzeba przyznać, że nigdy nie stawiał mi siebie za wzór przedsiębiorczości i wytrwałości w trudnych warunkach. Może dlatego, że w ogóle nie umiał ze mną rozmawiać, może dlatego, że wstydził się biedy, w owych czasach bieda była wstydliwa, może z ambicji, a może po prostu dlatego, że uważał to za rzecz zwyczajną.
Nie dane mu było jednak ukończyć szkoły. Po wojnie światowej przyszła wojna polsko-bolszewicka w roku 1920 i mój ojciec, siedemnastoletni, stawił się na ochotnika jak wielu innych. Opowiadał mi co nieco o tej wojnie. Były to same okropności. Głód i pragnienie, śmiertelne zmęczenie długich marszów, starcia wręcz na bagnety, pięści i zęby, zarzynanie jeńców i rozstrzeliwanie domniemanych szpiegów. (Był tylko świadkiem, nie uczestnikiem rzezi i rozstrzeliwań). Opowiadał jednak, jakby nie zdając sobie sprawy ze straszności, które przeżył. W jego pamięci bezsenność, zmęczenie i głód przeważały nad czynami heroicznymi i haniebnymi, nad śmiercią zadawaną i przyjmowaną. Może taka jest prawda o każdej wojnie widzianej oczami żołnierza, a może to beznamiętność ludowej opowieści o tym, co jest, jak jest, to jest i tyle. Cierpliwość odwieczna, stoickość sama siebie nieświadoma.
Był dumny ze swego udziału w tej wojnie, choć nigdy mi tego nie powiedział. I również nigdy nie usłyszałem od niego słowa: Polska, ojczyzna, naród. Należał do tych najliczniejszych, którzy po prostu narodem są, wcale o tym nie myśląc, tego nie nazywając. Żeby coś nazwać, trzeba się od tego trochę oddzielić, trochę tym i nie być. Tylko świadomość używa słów.
Kiedy umierał w 1987 roku, bardzo mu na tym zależało, żeby jego uczestnictwo w tej wojnie było wspomniane w nekrologu. To było zresztą jedyne jego życzenie.
Po zakończeniu wojny i demobilizacji nastąpił w jego życiu okres, o którym wiem mało, zaledwie tyle, że nie wrócił już do szkoły. Podobno prał swoją koszulę w toaletach publicznych, znamienny szczegół, bo wskazuje na wielką biedę, a nawet bezdomność. Wreszcie jakimś sposobem otrzymał posadę urzędnika pocztowego, jak się to wtedy mówiło: ajenta, we wsi odległej o 16 kilometrów od jego wsi rodzinnej. Ta wieś nazywa się Borzęcin i tam miałem się urodzić.
Porąbka Uszewska to wieś już podgórska, położona na południe od linii kolejowej Kraków-Tarnów. Borzęcin, na północ od tejże linii, leży na równinie. Porąbka jest biednawa, Borzęcin ma dobrą ziemię i w słowniku geograficznym wydanym w XIX wieku jest wymieniony jako najludniejsza wieś w Polsce. Być może utrzymał to pierwszeństwo do tej pory.
Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, jak wielki to był awans dla mojego ojca. Społeczna różnica między pracą rąk a pracą głowy, choćby najskromniejsza, była ogromna. Nagle mój ojciec znalazł się po drugiej stronie tej bariery, zazwyczaj nieprzekraczalnej. Stał się „panem”, miał teraz prawo, obowiązek, przywilej i zaszczyt nosić biały kołnierzyk z krawatem, kapelusz, rękawiczki i laskę. Jako „Ajent Urzędu Pocztowego” wszedł do miejscowej „inteligencji” złożonej z kierownika szkoły, nauczycieli, doktora, proboszcza, wikarego oraz właściciela mleczarni i sklepu „Towary Różne”. Ten ostatni odegrał dużą rolę w życiu nie tylko mojego ojca, ale i moim. Okazało się, że to mój dziadek.
Nazywał się Jan Kędzior i miał trzech synów i trzy córki. Jedna z nich, Zofia, często bywałą na poczcie, ponieważ jej ojciec, jako przedsiębiorca, stale miał coś na poczcie do załatwienia. Wydaje mi się, że moi rodzice nie byli dobraną parą. Za wielkie były różnice usposobień i upodobań. Na ślubnej fotografii moja matka wyraźnie stara się nie być wyższa od mojego ojca, pochyla ramiona i głowę, podczas gdy on stoi przesadnie wyprostowany. To zdjęcie jest symboliczne. Ale silne, obopólne uczucie im pozwoliło, a podstawowa, bezwarunkowa lojalność nakazała – przetrwać przez lata małżeństwa bez podawania niczego w wątpliwość. Żyli w czasach, kiedy „szczęście” osobiste nie było jeszcze demokratycznie postulowanym prawem ani światopoglądowo (czyli towarzysko) wymaganym obowiązkiem. Obowiązki były wtedy znacznie prostsze i znacznie mniej malownicze niż dzisiaj: utrzymać dom, wychować dzieci, nie opuszczać drugiego człowieka w potrzebie.
Pobrali się w roku 1927, on miał lat dwadzieścia cztery, ona dwadzieścia jeden. W rok później urodził się mój brat Jerzy (umarł, mając cztery lata), w trzy lata później – ja. Moja siostra urodziła się jako ostatnia.
Dziadek Kędzior pochodził z Rzeszowskiego, również z rodziny chłopskiej, czy też bardziej elegancko, rolniczej. W każdym razie chyba niebiednej, skoro ukończywszy szkołę przemysłu mleczarskiego, założył własne przedsiębiorstwo. Nie był lubiany. Uchodził za człowieka zimnego, twardego i zamkniętego w sobie. Miano mu za złe, że zatrudniał w przedsiębiorstwie – bez wynagrodzenia – swoje własne dzieci, a w stosunkach z dostawcami, czyli chłopami z Borzęcina i okolicy, jak również z personelem mleczarni, był podobno nieubłagany. Ja również go nie lubiłem i trochę się go bałem. Ale patrząc na jego fotografię, nie widzę twarzy tępego brutala. Myślę więc, że raczej postanowił być twardy niż takim był z natury. Czując się wśród ludzi niewygodnie i obco – nie miał daru towarzyskości ani wdzięku – i będąc, jak sądzę, raczej słabego charakteru, wymyślił sobie typ twardego człowieka i trzymał się go kurczowo, myląc siłę i przedsiębiorczość ze sztywnością i zatwardzialstem. Za moją tezą przemawia historia jego drugiego małżeństwa. Matka jego dzieci, Franciszka, z domu Hadera, umarła młodo, żałowana przez najbliższych i cały Borzęcin. Ożenił się powtórnie z osobą bardzo nieciekawą, szczerze mówiąc dosyć wredną, a mówiąc zupełnie otwarcie – z ohydną jędzą, paskudną na ciele i umyśle. (Duszy nie miała). Ta głupia, lecz widocznie sprytna prowincjonalna Lady Macbeth od razu nim zawładnęła bez reszty, oddał jej nie tylko władzę i terytorium, lecz także – i to bez jednego wystrzału – fortecę swojej osoby, bunkier swojej duszy i kasę pancerną swego serca. Otóż gdyby był z natury takim typem przebiegłego twardziela, bezwzględnym kalkulatorem, graczem i ambitnym rządcą, za jakiego uchodził, cała ta historia by się nie zdarzyła. Miałby bowiem wtedy jakąś znajomość ludzkiej natury choćby w celach manipulacji, jakieś doświadczenie, jakąś bezbronność wobec tego rodzaju kobiet. Chyba że się zakochał. Wtedy cała ta moja analiza nie ma sensu. […] Jakbym słuchał Ojca swego, Kazimierza (1906).
I pomyśleć, ze człowiek z Borzęcina, który do Borzęcina wracał, za tym wszystkim stoi. Wiedziało o tych przemyśleniach wielu, Władysław Bach z Warysia również widział ten matematyczny polski problem, ale po zagadkowej śmierci Bacha w Krakowie, w roku 1968, pochowano Władysława w wielkiej manifestacji na przeciwko działki Mrożków w Borzęcinie.
Warto ten temat znowu pociągnąć. Mam zgodę pana Czesława. Napisałem do Zygmunta, żeby Bachem się zajął.

Mreck

Mt 22, 21: „Oddajcie tedy, co jest cesarskiego, cesarzowi, a co jest bożego Bogu.” (Słowa Jezusa skierowane do faryzeuszy, którzy podstępnie spytali go, czy należy płacić podatek Cezarowi. Fraza często używana w sporach o relację państwo–kościół.)

Znalezione obrazy dla zapytania co cesarskie cesarzowi

List papieża Feliksa II do cesarza Zenona: /Wszak nie ulega wątpliwości, że jest dla Waszych spraw rzeczą zbawienną, abyście, gdy chodzi o rzeczy Boże, starali się swoją cesarską wolę podporządkować kapłanom Chrystusa, zgodnie z jego ustanowieniem, a nie stawiać jej ponad nimi, i raczej pod ich przewodem uczyć się świętych tajemnic, niż być samemu nauczycielem, szanować ustrój Kościoła, nie narzucać mu stosowania czysto ludzkich norm prawnych, ani nie usiłować samowładnie odnosić się do jego postanowień, gdyż Wolą Boga jest, aby Twoja Łaskawość ugieła się przed nim w duchu pobożnego oddania się: – albowiem przekraczanie praw Boskich ostatecznie oznacza obrazę Tego, który je ustanowił/.
(List został napisany w 484 r.)
List papieża Gelazego do cesarza Anastazego: /Dwie są oczywiście, Cesarzu Auguście, naczelne władze, które rządzą tym światem: uświęcona powaga biskupów i zwierzchność cesarska, lecz z nich obu o tyle większe jest brzemię ciążące na kapłanach, że oni mają zdać sprawę przed sądem Boskim, nawet za samych królów rządzących ludźmi. Wiesz przecież, Najłaskawszy Synu, że choć godność Twoja oddaje Ci władzę nad rodzajem ludzkim, to jednak schylasz pokornie czoło przed ludźmi odpowiedzialnymi za sprawy Boskie i od nich oczekujesz środków zapewniających Ci zbawienie. Wiesz także i to, że gdy chodzi o przyjmowanie Boskich sakramentów i należyte udzielanie ich, powinieneś – wedle kanonu religii – okazać się raczej podległym, a nie rozkazywać. Tedy w tych sprawach zależysz od ich decyzji, a nie możesz żądać, aby oni podporządkowali się Twojej woli. Jeśli bowiem w dziedzinie prawnego porządku publicznego, zwierzchnicy religijni uznając, że władza została Ci dana z Woli Najwyższego, sami także słuchają Twoich praw, żeby nie wydawało się, iż w sprawach świeckich przeciwstawiają się Twoim kompetentnym decyzjom, to jak ochoczo – pytam się Ciebie – powinno się słuchać tych, którzy zostali ustanowieni szafarzami czcią otoczonych tajemnic?/.
Odpowiedź od Anastazego jeszcze nie nadejszła. (List napisany w 494 r.)
Dziś na straży tych relacji państwa i Kościoła stoi Konstytucja Wielkanocna RP z Preambułą, uchwalona 2 kwietnia 1997 r., w której czytamy m.in., takie oto słowa:
– /(…) Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy ludziom przez niego objawionej, w personifikacji sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielających tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i powinnościach wobec dobra wspólnego Polski, wdzięczni swoim przodkom za ich pracę, za walkę o niepodległość okupioną ogromnymi ofiarami, za kulturę zakorzenioną w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu i ogólnoludzkich wartościach, w nawiązaniu do najlepszych tradycji Pierwszej i Drugiej Rzeczypospolitej, (…) ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej (…)/
Powstaje dylemant: – „Coś” – nie należy do cesarza tylko dlatego, że on się tego domaga
Prawa cesarskie są ograniczone nadrzędnością praw osoby ludzkiej Człowiek należy do Boga
– Z nowego „Katechizmu Kościoła Katolickiego”, nr 2242: /Obywatel jest zobowiązany w sumieniu do nieprzestrzegania zarządzeń władz cywilnych, gdy przepisy te są sprzeczne z wymaganiami ładu moralnego, z podstawowymi prawami osób i ze wskazaniami Ewangelii. Odmowa posłuszeństwa władzom cywilnym, gdy ich wymagania są sprzeczne z wymaganiami prawego sumienia, znajduje swoje uzasadnienie w rozróżnieniu między służbą Bogu a służbą wspólnocie politycznej/.
„Oddajcie Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga” (Mt 22, 21).
„Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi” (Dz 5, 29).
Poniższy artykuł został napisany przez Louisa Evena w 1960 roku. Zasady, które w nim stoją są aktualne, a dzisiaj są bardziej aktualne, niż kiedykolwiek.
(Powinna go przeczytać pani premier rządu i pan prezydent RP).
Faryzeusze, pragnący złapać w pułapkę Jezusa, kiedy będzie mówił, posłali do Niego swoich uczniów razem ze zwolennikami Heroda, popierającymi Rzym, żeby postawić to pytanie: Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie?
W tamtych czasach „danina” oznaczała co innego, niż dzisiejszy podatek od zarobków (income tax) płacony przez wolnych obywateli. Danina oznaczała poddanie; była haraczem egzekwowanym od pokonanych, przez zdobywcę. (Rzym siłą pokonał Palestynę).
Jezus odpowiedział najpierw demaskując pułapkę przygotowaną przez Faryzeuszy: „Czemu Mnie wystawiacie na próbę, obłudnicy?” Następnie poprosił ich o pokazanie monety podatkowej (przy pomocy której uiszczało się daninę), na której wygrawerowana była podobizna Cezara. Wówczas rzekł do nich:
„Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga.”
Cytat ów jest skrócony. Zwykle ci, którzy przytaczają ten cytat z Ewangelii, robią to po to, żeby podkreślić obowiązek płacenia podatków. I robią to bardzo elokwentnie. Oprócz tego, przeważnie cytują tylko pierwszą część tekstu, tę która dotyczy Cezara. Następna część odnosząca się do Boga, zwykle pominięta jest milczeniem, tak jak obecni mówcy zajęci są ważnością Cezara dzisiaj.
I nawet kiedy ludzie cytują pierwszą część, rzadko zwracają uwagę na ograniczenie sensu słów: „to, co należy do Cezara”. Mówimy „ograniczenie”, ponieważ Cezar nie posiada wszystkiego. Ale widocznie według „nauczycieli podatkowych” powinno się dawać Cezarowi wszystko, czego zażąda. Cezar zwykle ma wielki apetyt i mało go obchodzi, czy coś się nie należy także tym, od których wyciąga podatki.
Zrozumieliście, że Cezar znaczy rząd lub bardziej dokładnie rządy, ponieważ jest tylu Cezarów, ile szczebli w politycznej strukturze kraju.
W Kanadzie są Cezarowie miejscy, prowincjonalni i Cezar federalny. I niebawem, na domiar złego, będziemy pewnie dotknięci także Cezarem ponadnarodowym z prawodawstwem ogólnoświatowym.
Rezultatem tej hierarchii Cezarów sięgającej wyżej i wyżej jest potrącanie większej i większej ilości „danin”; uszy tych Cezarów są coraz bardziej oddalone od głosów ludzi, podczas gdy ich lepkie palce sięgają do najniższych warstw społeczności, wysysając każdą część naszych zarobków, wyciskając wszystko, co tylko możliwe z każdej transakcji ekonomicznej.
Ale czy coś należy do Cezara tylko dlatego, że on się tego domaga?
Ograniczenia władzy Cezara.
W mowie wygłoszonej w Parlamencie (House of Commons) 6 lipca 1960 r. podczas debaty nad Ustawą o Prawach Człowieka (Bill of Rights) Noel Dorion – członek parlamentu (MP, poseł) z ramienia Bellechasse (kilka miesięcy później, minister w gabinecie Partii Konserwatywnej) przytoczył odpowiedź Jezusa, jakiej udzielił on zwolennikom Heroda. Pan Dorion nie przytoczył jej w celu poparcia podatków. Przeciwnie – omawiana w tym dniu sprawa dotyczyła praw obywatelskich, a nie praw cesarskich. Pan Dorion słusznie zauważył:Tak naprawdę to Chrystus ustalił pierwszy rozdział praw obywatelskich streszczając je w zwięzłych słowach, które po dwóch tysiącach lat są aktualne i ponadczasowe: „Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga“.
Pan Dorion wstrzymał się od dalszych komentarzy, ale zważywszy na temat debaty miał z pewnością na myśli to, że osoba ludzka należy do Boga, a nie do Cezara; że Cezar nie ma prawa wkraczania w to, co należy się Bogu; że Cezar musi respektować godność, wolność i prawo każdego i wszystkich obywateli, włączając w to prawo do życia, prawo do takich warunków, które pozwolą na pełny rozwój jednostki ludzkiej.
Prawa Cezara są podporządkowane nadrzędnym prawom osoby ludzkiej.
W 1956 roku w Melbourne w gazecie, a potem w wydaniu broszurowym, australijski dziennikarz Eric Butler zacytował Lorda Actona: Kiedy Chrystus powiedział, „Oddajcie Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga“, dał On państwu prawo, którym nigdy przedtem się ono nie cieszyło i ograniczył to prawo w nieznany przedtem sposób. I nie tylko dostarczył, ale wykuł instrument do jego egzekwowania. Ograniczenie władzy państwowej przestało być tylko nadzieją cierpliwych, intelektualistów-filozofów, i stało się ponadczasową instrukcją dla Kościoła Powszechnego.
To, co Lord Acton miał na myśli to to, że Kościół Chrystusa ma obowiązek upewnić się, że Cezar nie wykracza poza swoje prawa. Ta funkcja Kościoła była przyjmowana do wiadomości i poddawana próbom w ciągu stuleci chrześcijaństwa. Zapobiegła rządom wielu Cezarów – małych i dużych – jako absolutnych dyktatorów nad ludźmi. Ale Eric Butler dodaje: Niestety wypaczenie chrześcijaństwa osiągnęło stan, gdzie nawet większość chrześcijańskiego duchowieństwa zamiast dążyć niezmordowanie do ograniczenia władzy państwowej, pomaga w dążeniu do reformowania społeczeństwa przez władzę państwową. W rzeczywistości chcą się przypodobać nie Bogu a Cezarowi. Każde zwiększenie władzy państwowej lub grup monopolistycznych bez względu na słuszność argumentów, nieuchronnie prowadzi do odbierania jednostkom prawa do kierowania się w życiu osobistym wolnymi wyborami.
Kredyt Społeczny, a filozofia chrześcijańska.
Eric Butler jest protestantem i mówi tu o kapłanach swojego kościoła. Pozostawiamy te wnioski do rozwagi, czy dotyczą także księży katolickich i jeżeli tak, to w jakim stopniu?Osoba ludzka przed Cezarem
Acton, Butler i Noel Dorion widzą więc w słowach Pana Jezusa ograniczenia dotyczące władzy Cezara, zamiast usprawiedliwiania jakiegokolwiek rodzaju podatku. A to dlatego, że cytują całą wypowiedź: „Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara; a Bogu to, co należy do Boga”.
Cezarowi to, co należy do Cezara – nic ponadto; albowiem nie wszystko należy do Cezara.
Dokładnie chodzi tu o ochronę obywateli przed wszechwładnym państwem. Cezar ma stać na straży zabezpieczenia praw obywateli – więc 4 sierpnia 1960 r. Parlament Kanadyjski głosował jednomyślnie za przyjęciem Ustawy o Prawach Człowieka, chociaż była ona niekompletna.
Prezentując tę ustawę 1 lipca 1960 r. premier Diefenbaker podkreślił jej cel: „Utrzymać i zabezpieczyć wolność jednostki w stosunku do władzy państwowej, nawet najsilniejszej.” Dlaczego? Dlatego, że osoba ludzka jest suwerenna w stosunku do Cezara. Diefenbaker rozumiał to, więc powiedział: Święte prawo jednostki czyni ją wolną w stosunku do władzy państwowej.
Papież Pius XI napisał w encyklice Divini Redemptoris: Osoba ludzka powinna być postawiona na pierwszym miejscu w hierarchii świata.
A więc na pierwszym miejscu, przed jakąkolwiek instytucją, przed jakimkolwiek Cezarem.
Papież Pius XII napisał w swoim liście do Przewodniczącego Spraw Socjalnych we Francji 14 lipca 1946 r.: To osobę ludzką Bóg umieścił na szczycie widzialnego wszechświata, czyniąc go, zarówno w ekonomii jak i w polityce, miarą wszystkich rzeczy.
To nie Cezar jest na szczycie; to osoba ludzka. Czyli osoba ludzka nie należy do Cezara; to raczej odwrotnie – Cezar należy do osoby ludzkiej i ma jej służyć pełniąc swą funkcję obrońcy praw człowieka.
Maurice Allard, członek parlamentu z Sherbrooke, Quebec, powiedział także podczas debaty nad Ustawą o Prawach Człowieka: Osoba ludzka nie może stać się narzędziem ani ofiarą państwa; to władza państwa podczas tworzenia praw musi gwarantować wolność w różnych dziedzinach życia człowieka. Wobec tego Cezar nie ma prawa obdzierać ludzi żywcem ze skóry poprzez podatki, nie ma nawet prawa pozbawiać człowieka potrzebnych do życia podstawowych rzeczy.
R.S. MacLellan – członek parlamentu z Inverness-Richmond, Nova Scotia, był nie mniej kategoryczny w swojej wypowiedzi: Jednostka ludzka jest przed władzą państwową… Jedynym celem rządu jest gwarantowanie wolności osobistych jednostki.
Oświadczenia wymienionych polityków pozwalają wierzyć, że nie chodzi o nieznajomość tych zasad, ale, że raczej przez nie wprowadzanie ich do prawodawstwa Cezar, czy to federalny, czy prowincjonalny, czy miejski – zbyt często manipuluje ludźmi, popycha i spycha ich w nędzę – podczas gdy powinien postępować odwrotnie.
Udział Cezara
Jednak trzeba oddać Cezarowi to, co należy do Cezara. Oddać nie wszystko, co chce i może zabrać, ale tylko to, co należy do niego.
Więc, co należy do Cezara? Uważamy, że można to zdefiniować następująco: to, co jest potrzebne w celu pełnienia jego funkcji.
Definicja ta wydaje się być całkowicie zaakceptowana przez samego Cezara, przez rząd, gdy rząd mówi tym, którzy narzekają na ciężar podatków: „Im więcej usług ludzie żądają, tym więcej środków, potrzebuje rząd, żeby usługi te zapewnić.”
To prawda. Ale w celu kontynuowania swoich funkcji Cezarowi nie wolno uciekać się do środków, które odbierają ludziom i rodzinom spełnianie ich funkcji.
Poza tym, Cezar w celu zwiększania ważności swojej osoby, zawsze ma pokusę, żeby odebrać rodzinom i organizacjom na niższym szczeblu funkcje, które normalnie do nich należą, a nie do państwa. Oprócz tego obywatele nie potrzebowaliby dużej pomocy Cezara, gdyby Cezar usunął przeszkodę, którą tylko on może usunąć: sztuczną przeszkodę utworzoną przez system finansowy, która nie ma nic wspólnego z olbrzymimi fizycznymi możliwo-ściami zaspokojenia podstawowych potrzeb materialnych każdej jednostki i każdej rodziny naszego kraju.
Ponieważ Cezar nie poprawia tej sytuacji, którą tylko on może poprawić, zmuszony jest przekraczać swoje uprawnienia i przywłaszcza sobie nowe funkcje, używając ich jako pretekstu do tworzenia nowych podatków – czasami rujnujących obywateli i rodziny. Cezar więc staje się narzędziem dyktatury finansowej, którą powinien zniszczyć i osobą uciskającą obywateli i rodziny, które powinien ochraniać.
Życie jednostki nie należy do Cezara, ale do Boga. Należy tylko do Boga i nikt inny nie ma prawa go niszczyć i celowo skracać. Ale kiedy Cezar stwarza takie warunki, które skracają życie jednostek, bierze coś, co do niego nie należy; bierze coś, co należy do Boga.
Osoba ludzka i rodzina są stworzone przez Boga i Cezar nie może ani tego niszczyć, ani przejąć. Odwrotnie, musi chronić przed tym (przed kimś), kto chce pomniejszyć ich integralność i prawa.
Pozbawić rodzinę domu dlatego, że nie może zapłacić od niego podatku, jest działaniem przeciwko rodzinie, przeciwko Bogu. Cezar nie ma takiego prawa.
Jak wiele jeszcze naruszeń prawa i własności ludzi i rodzin można tu wymienić!Dla potrzeb Cezara
Ale Cezar ma rzeczywiście do spełnienia pewne funkcje, których nie można powierzyć jednostce. Są pewne usługi i towary, które jednostka może otrzymać tylko od Cezara – na przykład armię do obrony kraju w razie wojny, policję, która musi pilnować porządku przed tymi, którzy by chcieli go zakłócić, budowanie dróg, mostów, środki komunikacji pomiędzy miastami w kraju. Cezar musi mieć środki na zapewnienie tych usług.
Oczywiście, ale co robi Cezar, żeby zabezpieczyć te usługi? Cezar potrzebuje ludzi i zasobów naturalnych. Potrzebuje ludzkiej pracy i materiałów.
Cezar potrzebuje części produktu krajowego. W systemie demokratycznym wybrani przez ludność przedstawiciele decydują, jaką część produktu krajowego użyć dla potrzeb Cezara.Jeżeli ktoś myśli realnie, to musi przyznać, że nie ma żadnych trudności w udostępnieniu Cezarowi części produkcji krajowej, podczas gdy reszta produkcji pozostaje dla zabezpieczenia potrzeb ludzi, ta część produkcji, która łatwo zabezpieczy wszystkie normalne potrzeby obywateli.
Użyjmy zatem czasownika „opodatkować” w sensie „rygorystycznego żądania”. Można powiedzieć, że prywatne i publiczne potrzeby opodatkowują zdolność produkcyjną naszego kraju. Jeżeli potrzebuję pary butów – opodatkowuję zdolność produkcji butów. Jeżeli Cezar prowincjonalny wybuduje 1 km drogi, opodatkowuje zdolność budowania dróg o długości 1 km. Przy dzisiejszej zdolności produkcyjnej, budowa dróg nie koliduje z produkcją butów.
Dopiero, gdy zaczyna się rozważać sytuację w oderwaniu od realiów i zaczyna się ją wyrażać w kategoriach pieniędzy, pojawiają się trudności. Podatki przybierają wtedy inny wyraz i zaczynają „rygorystycznie żądać” sięgania do portfeli. Jeżeli Cezar potrąca z moich zarobków 60 złotych czy dolarów jako mój wkład w jego drogę, to pozbawia mnie tym samym pary butów – w celu budowy jego drogi. Dlaczego, skoro zdolność produkcyjna naszego kraju pozwala na budowę drogi, nie pozbawiając mnie jednocześnie pary butów?
Dlaczego? Ponieważ system pieniężny fałszuje realia.
– Ale Cezar musi przecież opłacić robotników, musi zapłacić za materiały do budowy – powiedzą niektórzy.
– Oczywiście. Ale, kiedy wszystko jest powiedziane i zrobione, co robi Cezar kiedy płaci inżynierom na przykład 400 złotych? Pozwala inżynierowi na kupno towarów i usług wartości 400 złotych, czyli powoduje żądanie zdolności produkcyjnej naszego kraju o wartości 400 złotych. Więc, żeby zaspokoić potrzeby inżyniera, czy trzeba mnie pozbawić prawa do kupna pary butów? Czy zdolność produkcyjna naszego kraju może zaspokoić potrzeby inżyniera bez redukowania produkcji butów?
I to jest cały problem: tak długo jak zdolność produkcyjna naszego kraju nie jest wyczerpana, nie ma absolutnie żadnej potrzeby obciążania podatkami sektora prywatnego w celu finansowania sektora publicznego.
Zdolność produkcyjna naszego kraju jest obecnie daleka od wyczerpania, gdyż dzisiejszym problemem jest właśnie znalezienie miejsc pracy dla ludzi, którzy chcą pracować i dla bezczynnych maszyn.
Jeżeli środki płatności stwarzają problem, to dlatego, że nie są w zgodzie ze środkami produkcji. Bilety (pieniądze), które pozwalają nam na korzystanie ze zdolności produkcyjnej naszego kraju są niewystarczające dla dostępnej zdolności produkcyjnej.
Brak tych biletów jest nieusprawiedliwiony szczególnie, gdy dzisiejszy system pieniężny jest przede wszystkim systemem cyfr, systemem księgowym. Jeżeli rachunkowość księgowa nie odpowiada zdolności produkcyjnej, to nie jest to ani błąd producentów, ani konsumentów. To kontrolerzy pieniędzy i kredytu finansowego ograniczają ilość biletów, mimo że zdolność produkcyjna jest niezużyta i czeka na użycie.
Sami obywatele nie mogą naprawić tej sfałszowanej przez system finansowy rzeczywistości. Ale Cezar może! Ponieważ Cezar to rząd, który ma dbać o dobro powszechne, może on – i musi – nakazać kontrolerom systemu finansowego uporządkowanie go w taki sposób, żeby był zgodny z realiami.
Tak długo jak Cezar odmawia przeprowadzenia tej korekty sam staje się sługą i narzędziem w rękach dyktatury finansowej; oddaje jej swoją suwerenną funkcję i podatki, których żąda, nie należą się mu z powodu tego finansowego fałszu. „Współczesny system podatkowy jest zalegalizowaną kradzieżą”, powiedział Clifford Hugh Douglas. Cezar nie ma prawa legalizować kradzieży.
Nikt nie odmawia Cezarowi prawa opodatkowania zdolności produkcyjnej naszego kraju, przynajmniej dla potrzeb społecznych tak długo, jak część, którą zabiera pozostawia resztę, która wystarcza na zaspokojenie potrzeb prywatnych. I znowu jest to sprawa, którą powinien zająć się rząd. Niestety parlamenty też ograniczyły swoje działania do limitów, które narzuca im system monetarny.
Jeżeli cała zdolność produkcyjna kraju byłaby odzwierciedlona w postaci ekwiwalentu finansowego w rękach ludności, wtedy można by było część tej zdolności produkcyjnej przeznaczyć dla Cezara i jego niezbędnych usług. Ale nawet wtedy nie może się to odbywać kosztem uszczuplania potrzeb indywidualnych i potrzeb rodzin oraz ich udziałów przynajmniej w takiej części tej zdolności produkcyjnej, która pozwoliłaby na zabezpieczenie podstawowych potrzeb, takich jak jedzenie, odzież, dach nad głową, ogrzewanie, pomoc medyczna itd.
Powtórzmy: ale tak nie jest! Zdolność produkcyjna naszego kraju jest nie tylko używana częściowo, ale też ludność nie może jako całość opłacić wszystkiego, co sama produkuje. Prywatne i publiczne długi są najlepszym tego dowodem!
Mamona
Suma długów za towary, które są wyprodukowane plus suma braków spowodowanych przez nieprodukowanie z powodu braku pieniędzy – to ofiary jakich domaga się dyktatura finansowa – Mamona.
Mamona nie jest prawomocnym Cezarem. Nie musimy niczego Mamonie oddawać, bo nic do niej nie należy. Mamona jest intruzem, uzurpatorem, złodziejem, tyranem.
Mamona stała się suwerenną, nadrzędną władzą nad Cezarem i nad najsilniejszymi Cezarami w świecie.

Cezar stał się narzędziem Mamony, poborcą podatkowym Mamony.

Podczas gdy Cezar potrzebuje części zdolności produkcyjnej naszego kraju do pełnienia swoich funkcji, także bardzo potrzebuje on kontroli narodu; musi być upominany, gdy zamiast być instytucją służącą dobru publicznemu, staje się sługą i lokajem tyranów finansowych.

Współczesny wielki bałagan, który szerzy się jak rak, podczas gdy fantastyczny postęp w produkcji pozwala na uwolnienie ludzi od trosk materialnych, ma swoje źródło w fakcie, że wszystko sprowadza się do pieniędzy, jak gdyby pieniądze były rzeczywistością. Źródło całego bałaganu jest w fakcie, że jednostki uzyskały prawo regulowania emisji pieniędzy – nie jako księgowi realiów, ale dla swoich własnych korzyści i dla umocnienia swojej despotycznej władzy nad całym życiem ekonomicznym.
Pieniądze kreowane przy pomocy produkcji
Przy innej okazji, która jest rzadziej przytaczana, niż sytuacja z monetą, którą płacono daninę [Cezarowi] Jezus musiał się ustosunkować do sprawy podatków. Tym razem nie chodziło o daninę dla najeźdźcy, ale o dwudrachmę – podatek ustanowiony przez samych Żydów, w celu utrzymania świątyni. Ci, którzy pobierali ten podatek przyszli do świętego Piotra, mówiąc: „Wasz Nauczyciel nie płaci dwudrachmy?” Jezus odpowiedział Piotrowi: „Idź nad jezioro i zarzuć wędkę! Weź pierwszą rybę, którą wyciągniesz i otwórz jej pyszczek: znajdziesz statera [srebrna moneta grecka]. Weź go i daj im za Mnie i za siebie!” (Mt 17, 24-26)
Piotr – rybak z zawodu bardzo dobrze to zadanie wykonał.
Tym razem więc pieniądze zostały wykreowane przy pomocy produkcji. Rząd nie może czynić cudów, ale łatwo może utworzyć system monetarny, w którym pieniądze są oparte na produkcji i tworzone zgodnie z produkcją. Innymi słowy, trzeba określić za pomocą liczb wielkość zdolności produkcyjnej kraju i uruchomić środki płatnicze zgodne z tą wielkością cyfrową, żeby finansować sektory zarówno publiczny jak i prywatny. Byłoby to zgodne bardziej z dobrem ogólnym (common good), niż pozostawienie kontroli nad pieniądzem i kredytem despotycznej woli wielkich kapłanów Mamony.
Papież Pius XI napisał, że kontrolerzy pieniędzy i kredytu stali się panami naszego życia i nikt nie ma prawa nawet oddychać bez ich woli.
Nie zgadzamy się na tę bezlitosną dyktaturę Mamony. Potępiamy upadek Cezara, który stał się lokajem Mamony. Nie chcemy tego rodzaju Cezara, który stał się niewolnikiem Mamony, ma prawo ograbiać jednostki i rodziny na jej rzecz. Nie chcemy prawa, które każe nam znosić fałszywe i pazerne zasady Mamony.
Dyktatura Mamony jest wrogiem Cezara, Boga, osoby ludzkiej stworzonej przez Boga i rodziny ustanowionej przez Boga.
Kredytowcy Społeczni pracują, aby uwolnić ludzi od tej dyktatury. Jednocześnie pracują, aby uwolnić Cezara od podporządkowania Mamonie. Kredytowcy Społeczni są przeto na czele tych, którzy rzeczywiście chcą oddać osobie ludzkiej, stworzonej na podobieństwo Boga, to, co do niej należy, oddać rodzinie ustanowionej przez Boga, co jest jej i oddać Bogu, co Boskie.
Louis Even: /Co we mnie jest cesarskie, a co boskie jest? – to pytanie, na które każdy powinien sobie odpowiedzieć. Otóż to czym żyję i co jest świątynią mojego umysłu (duszy) jest cesarskie, a to czym myślę o Bogu i czym podążam do jego zrozumienia, to UMYSŁ – odbiorca słów do człowieka od Niego skierowanych. Znowu wyłania się stary jak filozofia podział mojego jestestwa na fizyczność i afizyczność. Wszystko więc co fizyczne podlega określeniu – cesarskie.
Ciało – bez niego nie zaistnieje JA fizyczne (coś) w sprzężeniu warunkujące mój umysł (ktoś). Jak władać tym ciałem?
Z jednej strony jego rozwój jest determinowany czynnikami fizycznymi ale za jakość i warunki dla kultywowania jego rozwoju odpowiadam też determinując SAM własne zachowania zgodnie z wolą obecną w samoświadomości.
Jezus przemawia do tejże woli właśnie. Jest wolna w tym sensie, że może wybierać pomiędzy dobrem i złem, przede wszystkim dla istoty ludzkiej samej w sobie.
Warto w tym momencie się zastanowić co jest nadrzędne w nas ciało czy umysł.
Zdania są podzielone, niech będzie, że umysł, gdyż on warunkuje poprzez swe isnienie korzystanie z rozumu. Ale jak właściwie z niego korzystac? Praktyka pokazuje, że należy gromadzić wiedzę o wszystkim co możliwe jest do poznania, tak by dokonać odpowiedzialnie (światle) wyboru mając „świadomośc” możliwych skutków. Nie ślepo, nie „na wiarę”, ale przejrzyście oczekując domyślnego, pozytywnego efektu. Efektu działań podjętych w celu fizycznej realizacji wpierw afizycznego projektu zrodzonego w umyśle.
Tu pojawia się w analizie fizycznego otoczenia, które pragnę sobie podporządkować fizyczna istota, która chce (powinna chcieć) tego samego.
I rodzi się pytanie – Jak należy się do niej odnieśc? Czy ma się ją wchłonąć i pokonac, gdyż stanęła na drodze podporządkowywania czy się z nią pojednać?
Tu puka Chrystus i mówi: STOP – to Twój brat, bliźni inny suwerenny człowiek taki jak Ty. Jest wartoscią równoocenną w oczach „Boga”, lub jeśli wolisz Twoich jeżeli próbujesz „Bogu” dorównac i z nim również osiągnąc płaszczyznę porozumienia.
Ale za nim to się stanie musisz pokazac jak osiągasz płaszczyznę porozumienia z twoim bratem. Gdybyś chciał zjednać się z nim fizycznie (cesarsko) obciążasz nim swoją przestrzeń ale nie tego naucza Jezus, On wskazuje na więź umysłową jako na drogę pojednania bez naruszania Twojej fizyczności. Ale znów zapytasz jak się porozumieć solidarnie z obopólną korzyścią, jak zaufac odbiorcy, że Cię naprzykład nie zdradzi?
Obydwaj musicie znać i posiadać moralność jako intersubiektywną, uniwersalną wartość dla Was obojga. Jeżeli ktoś jej nie posiada nie jest Twoim partnerem, a staje się przeszkodą dla nawet skromnej drogi Twojej własnej samorealizacji, w podporządkowywaniu sobie Twojej własnej „cesarskości”. W skrajnym przypadku może być zagrożeniem nawet i śmiertelnym dla Ciebie jako całości. W wilu przypadkach kończy się to cywilną śmiercią osoby.Pomyślałby ktoś może, by unicestwić takowe zagrożenie, ale wszystkich wykończyc się nie da i sam człowiek wie lub domniemywa, że samotność, to zguba i pustka, więc?
Wybiera pojednanie z własnej woli, jako pierwszy akt miłości duchowej, ale pyta następnie jak, jaką drogą jest ono (pełne pojednanie) możliwe?
Pierwszym krokiem do pojednania i solidarności jest zrozumienie samego siebie i jeśli się to uda chocby na tyle, by racjonalnie ograniczyć swoje cesarskie potrzeby, to jest szansa, by zrozumieć też i drugiego człowieka.
Rozumiejąc swoje potrzeby i innych można szukac kompromisu dla chociażby własnego bezpieczeństwa. Trzeba dać tę wiedzę innym, by oni zrozumieli to samo, oświecić ich, by stali się partnerami do stołu sprawiedliwego podziału władzy i wpływów.
Tam gdzie dwóch takich partnerów, cesarzy, zasiądzie tam tworzą model współżycia.
W praktyce jest nas miliony i taki model musi być wszystkim znany, by mówic o światłym społeczeństwie rozumnych istot ludzkich pragnących pokojowej, dojrzałej demokracji na miarę oczekiwanego, realnego królestwa niebieskiego i na miarę globalnej cywilizacji Ziemian/.
Swego czasu (2009), był Pan Prezydent, który odważył się rzucić wyzwanie Jasnej Górze w Częstochowie: – „Oddajmy cesarzowi co cesarskie, a Bogu co boskie”.
Działo się to przy okazji referendum w sprawie odwołania prezydenta Tadeusza Wrony. Ojcowie paulini z niepokojem spoglądali z jasnogórski murów w stronę ul. Jerzego Waszyngtona, gdzie mieści się Urząd Miasta. W niektórych kościołach kolportowane były ulotki, które mały zniechęcić mieszkańców do udziału w referendum. Ci jednak nie dają za wygraną i odwołują prezydenta na rok przed wyborami – to pierwsza taka sytuacja w Polsce. „Dbał bardziej o pielgrzymów niż o mieszkańców” – takie argumenty pojawiają się najczęściej przy urnach. Częstochowianie idą jeszcze dalej – rok później na prezydenta wybierają polityka lewicy – Krzysztofa Matyjaszczyka. Tym samym staje się on jedynym prezydentem z SLD rządzącym w dużym mieście.
Bazując na nastrojach społecznych, Matyjaszczyk postanowił zacząć swoją kadencję z wielkim przytupem. Jego formacja polityczna zaproponowała, aby wprowadzić w Częstochowie… podatek od pielgrzyma. Każdy z pątników przybywających na Jasną Górę musiałby zapłacić miastu cztery złote. – Niech byśmy zebrali siedem milionów złotych, to przy dziurach w kasie miasta byłby bardzo duży zastrzyk – mówił wówczas Marek Balt z SLD.
– 20 procent poszłoby na promocję miasta, także w kontekście pielgrzymowania, a reszta na budowę i naprawę dróg – tłumaczył.
Jednym ze sposobów zbierania pieniędzy miało być obowiązkowe przejmowanie zorganizowanych pielgrzymek przez licencjonowanych częstochowskich przewodników, za których trzeba byłoby płacić. Taryfa miałaby zależeć od liczby pątników w grupie.
Jeśli chodzi o zorganizowane pielgrzymki, to każda z nich jest awizowana odpowiednio wcześniej na Jasnej Górze i w centrum zarządzania kryzysowego miasta i ma wyznaczoną datę wejścia do miasta oraz wyznaczoną trasę. Z pobraniem opłaty też nie byłoby więc problemu. To samo tyczy się autokarów przyjeżdżających na wycieczki do Częstochowy. Jak tłumaczył Marek Balt, byłaby to zupełnie normalna procedura, bo w innych sanktuariach europejskich, np. w Fatimie trzeba zapłacić ok. 100 euro za wjazd do centrum.
Szybko jednak pojawiły się w tej sprawie głosy krytyczne. – To kompletnie idiotyczny i absurdalny pomysł. Ktoś próbuje wsadzić świeżo zaprzysiężonego prezydenta Krzysztofa Matyjaszczyka na minę. Przecież nawet taksy klimatyczne dla wczasowiczów w Zakopanem czy Międzyzdrojach są bardzo kontrowersyjne i traktowane jako wyłudzanie pieniędzy przez samorządy. Ten szatański koncept ma wymiar i bardzo poważny, i groteskowy – mówił wtedy Szymon Giżyński z Prawa i Sprawiedliwości. Na reakcje ze strony Jasnej Góry też nie trzeba było długo czekać.
W noc sylwestrową, podczas transmitowanego przez /TV Trwam/ i /Radio Maryja/ Apelu Jasnogórskiego, przeor klasztoru oo. Paulinów na Jasnej Górze o. Roman Majewski wygłosił OŚWIADCZENIE: – „W związku z informacjami, które płyną z Urzędu Miasta Częstochowa, które są nagłaśniane przez media, o projekcie pobierania od pielgrzymów przekraczających granice miasta myta w wysokości 4 złotych oświadczamy, że Jasna Góra nie weźmie udziału w tym kuriozalnym zamyśle i jest mu absolutnie przeciwna. Zadajemy sobie jednocześnie pytanie, czy to prawda, że bez Jasnej Góry miasto Częstochowa nie potrafi samodzielnie funkcjonować, i byłoby jeszcze większym żebrakiem?”.
SLD zaczęło się szybko wycofywać z tego pomysłu i zamiast podatku od pielgrzyma, postanowiło przeforsować pomysł opłaty miejscowej. Miałyby ją płacić osoby przebywające dłużej niż dobę w celach wypoczynkowych, szkoleniowych lub turystycznych na terenie Częstochowy. Obniżono też kwotę samej taryfy, która tym razem miała wynieść 2,08 zł za dobę.
Pieniądze miały inkasować (za 10 proc. prowizji) i wpłacać na konto miasta osoby kierujące hotelami, motelami, pensjonatami, domami wczasowymi, wypoczynkowymi lub wycieczkowymi, schroniskami, kempingami, polami biwakowymi.
Niezależnie jednak od nazewnictwa, wiadomo było, że ta opłata dotknęłaby przede wszystkim pielgrzymów. Dlatego również w tej formie nie udało się jej wprowadzić w życie. Projekt został odrzucony w Radzie Miasta głosami PO, PiS i Wspólnoty Samorządowej Tadeusza Wrony. Na jego temat nie odbyła się nawet dyskusja.
– Zostało to potraktowane jak jakiś fetysz. A to był po prostu normalny wniosek o to, żeby spróbować w jakiś sposób pozyskać dodatkowe środki na poprawę infrastruktury turystycznej w Częstochowie. Taką samą opłatę pobiera się np. w Krakowie – tłumaczył w rozmowie z Onetem.pl, Krzysztof Matyjaszczyk.
Prawu i Sprawiedliwości mocno zaszkodził konflikt z miejscową „Solidarnością”. Związkowcy uznali, że lokalni politycy PiS za nic mają interes społeczny i nawet pomagają rządzącej miastem lewicy łamać prawa pracownicze i związkowe. Za to „swoim” są w stanie załatwić pracę w miejskich spółkach i instytucjach. Szef lokalnej „Solidarności” Mirosław Kowalik napisał nawet w tej sprawie list do Jarosława Kaczyńskiego.
Tymczasem na najgroźniejszego konkurenta Matyjaszczyka wyrasta niespodziewanie Marcin Maranda. Jeden z najbardziej znanych i wyrazistych częstochowskich radnych opuścił w zeszłym roku Wspólnotę Samorządową Tadeusza Wrony i założył nowe ugrupowanie pod nazwą Mieszkańcy Częstochowy. – Martwi mnie, że coraz więcej młodych częstochowian szuka lepszej przyszłości poza naszym miastem. Częstochowa zmierza do katastrofy. Zrobimy wszystko, by nie stała się polskim Detroit, które kiedyś było perłą w koronie Ameryki, a dziś jest wyludnionym bankrutem – mówił podczas konwencji założycielskiej.
W Częstochowie drugą kadencję z rzędu rządzi Pan Krzysztof Matyjaszczyk (SLD Lewica Razem). W decydującym starciu wygrał z Arturem Warzochą, byłym wicewojewodą śląskim i bezpartyjnym kandydatem wspieranym przez PiS. Na dotychczasowego prezydenta zagłosowało 56,72 proc. wyborców.
W polskich relacjach Państwo-Kościół obowiązuje akt prawny zwany Konkordatem, który został podpisany dn. 28 lipca 1993 r. O relacjach cesarskich i boskich, też jest w nim mowa.
Dziś pan prezydent RP przyjął ślubowanie od nowego rządu pani premier Beaty Szydło.
W Piśmie jest napisane, aby nie wzywać Pana Boga na daremno.
Wypada dodać, z Bogiem, a jak jest widać gołym okiem.

Zebrał i swoje trzy grosze dodał – Mreck

bozon higgsa na styku neuronowych połączeń

Znalezione obrazy dla zapytania bozon higgsa

W tym dzisiejszym pisowskim raju,‭ ‬naznaczonym‭ ‬/dobrą zmianą/,‭ (‬każdy obatel wie o co biega‭)‬,‭ ‬wierzącym i niewierzącym,‭ ‬w‭ ‬/Ciało Boże/‭ ‬i‭ ‬/Opatrzność Kosmiczną/‭ ‬przypominam,‭ ‬że pomimo tego całego kosmologiczno-politycznego zgiełku i zamieszania,‭ ‬które wielu z nas dotyka swoim pisowskim pazurem,‭ ‬w większym,‭ ‬bądź w mniejszym stopniu,‭ ‬a także dźwiękami wyznaniowego i politycznego fałszu,‭ ‬po ostatnią zdrową komórkę naszego ciała,‭ ‬uprzejmie informuję,‭ ‬że wszystko na tym świecie jest tylko marnością,‭ ‬i żeby ta marność nad marnościami w nas się nie szarogęsiła i nami nie rządziła,‭ ‬nie warto do nich przystawać.
Kto tego wszystkiego nie kuma,‭ ‬tkwi pod swoim złudnym i zaściankowymi baldachimem,‭ ‬podtrzymywanym niepewnie,‭ przez ‬osoby trzecie.‭
Dlatego też z całej mojej osobistej wątroby,‭ ‬nerek i serca,‭ ‬serdecznie zapraszam do współpracy‭ ‬na rzecz życzliwej zmiany tego badziewia.‭
Przypominam,‭ ‬że do kolejnych wyborów jeszcze jest wiele dni i nocy,‭ ‬i można wszystkie za i przeciw rozważyć i przeanalizować,‭ ‬na kogo tym razem głosować,‭ ‬aby później nie mieć do siebie pretensji i żalu,‭ ‬że wygrał Rosjanin,‭ ‬albo Niemiec.
Przypominam także,‭ ‬że kalendarz Majów nadal obowiązuje i że właśnie w tym czasie nasza wielokrotnie przebudowywana narodowa reprezentacja w piłce kopanej stoi być może przed‭  ‬wiekopomną szansą zakwalifikowania się i zdobycia tytułu Mistrza Świata w Moskwie.‭
Warto nad tym wszystkim się zastanowić,‭ ‬albowiem dni nasze są policzone,‭ ‬a śmiertelna statystyka niczym memento mori,‭ ‬wraz z marszem żałobnym Fryderyka Chopina,‭ ‬każdego dnia przypomina o naszych ludzkich‭  ‬organach,‭ ‬w postaci nerek,‭ ‬wątroby i serca,‭ ‬oraz IQ w mózgu.‭
Z kalendarium‭ ‬2017‭ ‬wynika,‭ ‬że do końca tego roku pozostało jeszcze parę miesięcy,‭ ‬ok. 200‭ ‬dni,‭ ‬w których wszystko może się zdarzyć w naszym dożywotnim pielgrzymowaniu.‭ ‬Putin ma zamiar kurek z gazem dla Polski zakręcić.‭ ‬Pachnie to wszystko‭ ‬1652‭ ‬rokiem,‭ ‬gdzie w czerwcu na uroczyskach Batohu miał miejsce‭ „‬sarmacki Katyń‭” ‬z ręki hetmana Chmielnickiego,‭ ‬że opis powtórzę:‭ ‬-‭ ‬/Rzeź przebiegała następująco:‭ ‬związanych jeńców po kilku wyprowadzano na wyznaczony plac‭ (‬majdan‭)‬,‭ ‬na którym Kozacy i Tatarzy nogajscy podrzynali im gardła lub ścinali głowy,‭ ‬niektórych zakłuwano‭ ‬pikami.‭ ‬Kaźń odbywała się w obecności pozostałych polskich jeńców oczekujących z kolei swej egzekucji.‭ ‬Oszpeconych ciał nie grzebano.‭ ‬Wśród ofiar masakry znaleźli się m.in.‭ ‬Samuel Kalinowski‭ ‬-‭ ‬syn hetmana dowodzącego pod Batohem,‭ ‬Zygmunt Przyjemski‭ ‬-‭ ‬generał artylerii koronnej i‭ ‬pisarz polny koronny,‭ ‬Jan Odrzywolski‭ ‬-‭ ‬kasztelan czernihowski i weteran walk przeciw Kozakom,‭ ‬Moskwie,‭ ‬Szwecji i‭ ‬Turcji,‭ ‬Marek Sobieski‭ ‬-‭ ‬brat‭ ‬Jana‭ (‬przyszłego króla Polski‭)‬,‭ ‬Niepokojczycki,‭ ‬Górka i wielu innych.‭ ‬Ciało starego hetmana Kalinowskiego odnalezione po bitwie w lesie,‭ ‬zostało przez Kozaków ścięte,‭ ‬a jego zatkniętą na włóczni głowę obnoszono po obozie.‭ ‬Ocaleli nieliczni‭ ‬-‭ ‬w tym‭ ‬Stefan Czarniecki,‭ ‬Krzysztof Korycki,‭ ‬Krzysztof Grodzicki i Stanisław Zygmunt Druszkiewicz,‭ ‬których Tatarzy ukryli w swych namiotach/.
Dla uspokojenia naszego sumienia i naszej narodowej dumy zapodaję i radzę nie rozgrzebywać historii.‭ ‬Być może IPN również się dowie,‭ ‬że kij ma dwa końce,‭ ‬a‭ „‬Boże Ciało‭” ‬biczowane było i ranione wielokrotnie również przez Jego wyznawców.‭ ‬Dziś również tego szacunku dla Ciała nie mamy,‭ (‬po trupach do celu‭)‬,‭ ‬chciałoby się powiedzieć.
Dla uspokojenia naszych narodowych ambicji i nastrojów warto przytoczyć słowa mego ulubionego Mistrza:‭ ‬-‭ „‬Nie wierzcie w jakiekolwiek przekazy tylko dlatego,‭ ‬że przez długi czas obowiązywały w wielu krajach.‭ ‬Nie wierzcie w coś tylko dlatego,‭ ‬że wielu ludzi od dawna to powtarza.‭ ‬Nie akceptujcie niczego tylko z tego powodu,‭ ‬że ktoś inny to powiedział,‭ ‬że popiera to swym autorytetem jakiś mędrzec albo kapłan,‭ ‬lub że jest to napisane w jakimś świętym piśmie.‭ ‬Nie wierzcie w coś tylko dlatego,‭ ‬że brzmi prawdopodobnie.‭ ‬Nie wierzcie w wizje lub wyobrażenia,‭ ‬które uważacie za zesłane przez Boga.‭ ‬Miejcie zaufanie do tego,‭ ‬co uznaliście za prawdziwe po długim sprawdzaniu,‭ ‬do tego,‭ ‬co przynosi powodzenie wam i innym‭”‬.
Na zakończenie,‭ ‬konstatacja:‭ ‬-‭ ‬do‭ „‬Bożego Ciała‭”‬ dróg wiele prowadzi.

Mreck

O tym wszystkim co leży na wątrobie i nerki pogania.